Jaki krem z filtrem dla niemowlaka?

Jaki krem z filtrem dla niemowlaka?

2 777
Mamy lato. Przynajmniej teoretycznie. Wypadałoby jednak zaopatrzyć się w małe co nieco na wypadek ładnej pogody. Co prawda pewien dowcipny pasażer tramwaju zapewniał, że deszcze są przelotne, bo „za trzy miesiące spokojnie przelecą”, ale w duchu liczymy jednak na to, że przelot będzie trwał prędzej. Zwłaszcza jeśli akurat mamy urlop.
Ewentualne upały stawiają przed nami ewentualne wyzwania, a my ewentualnie powinniśmy im sprostać. Jednym z takich wyzwań jest ochrona skóry naszych najmłodszych.
Skóra noworodka i małego niemowlęcia wrażliwa bardzo jest. To truizm, banał czy jak go tam zwał, ale pamiętać o tym należy. Na samym początku dobrze jest stosować krem z wysokim filtrem. Co poniektórzy radzą oprócz zastosowania kremu trzymać niemowlę tylko i wyłącznie w cieniu oraz smarować całe ciało, pod ubrankiem też. Ja bym nie przesadzała, ale fakt faktem, w słońcu temperatury są bez porównania wyższe.
Kiedy położna zaczęła do mnie przychodzić po naszym powrocie ze szpitala, to jedno z pierwszych jej zaleceń dotyczyło zaopatrzenia się w krem z wysokim filtrem. Choć był marzec. Kupiłam wtedy krem Nivea Baby, o taki:

Zaskoczyło mnie wtedy po raz pierwszy to, co zaobserwowałam niejednokrotnie i później, że kosmetyk dozwolony „od pierwszych dni życia” różni się znacząco ceną od tego „od 6. miesiąca”, nawet jeśli opakowanie poza tym drobnym szczegółem wygląda identycznie. Klęłam na czym świat stoi, kiedy z portfela wyciągąłam 35 zł, by zrujnować się na ten krem. O produktach Nivea Baby mam dobre zdanie, ale Krem ochronny na słońce nie podszedł nam kompletnie. Nie mam pojęcia dlaczego. Dziecię darło się w niebogłosy przy próbie aplikacji. Żadnych reakcji alergicznych nie zaobserwowałam i, wierzę, spełnił swoje zadanie (co można powiedzieć o marcowym słońcu? Że zazwyczaj go nie ma, prawda?), ale krem oddałam świeżo co zadziecionej koleżance.
Położna poleciła mi krem Mustela Bebe Lait solaire tres aute porection SPF UVB 50. Oceniłam go zresztą w tej notce.

Słusznie zrobiła, że poleciła, bo krem jest fantastyczny. Kosztuje, jak to Mustela, straszliwe pieniądze (około 45 zł), ale jest baaaaaaardzo wydajny (tubkę mam do dzisiaj i pewnie tak z połowa została, choć co najmniej od roku po niego sięgam), no i dziecię reagowało na niego zupełnie inaczej niż na krem Nivea Baby. Konkretnie zero ryku. Dzieci nie lubią smarowania twarzy, ale aplikacja tego kremu przeszła nam bezboleśnie. Nie mam pojęcia, czego to zasługa. Fakt pozostaje faktem. Filtr 50 SPF to bloker. Teoretycznie twarz nie ma prawa się opalić, ale prawda jest taka, że wszystko jest kwestią czasu. W każdym bądź razie Mustela wspaniale się sprawdziła i z czystym sumieniem mogę ten kosmetyk polecić każdej świeżo upieczonej mamie. Krem dostałam od siostry i ta notka to kolejna okazja, by jej podziękować.
Krem Lait solaire służył nam dzielnie do czasu ostatniej wizyty u lekarza (wizyta z racji jakiegoś rzygania była, sprawa okazała się błaha).
– Ooo, a nasza Jadziunia ma pysio opalone! – zagadnęła pediatra.
Przystąpiłam do kajania się w prochu i popiele, biczowania i w ogóle, bo czasami o posmarowaniu dziecięcego pyska przypominałam sobie pół kilometra od domu i głupio przyznać, ale nie chciało mi się wracać. Na swoje usprawiedliwienie powiem, że przy obarczeniu psem i wózkiem nie jest to takie najłatwiejsze. Moje bicie się w piersi i mea culpa wyznanie okazało się jednak zupełnie niepotrzebne.
– Ale to dobrze, dobrze – dodała pani doktor – przecież jakoś musi asymilować witaminę D.
Mówię, że daję cały czas Vigantol.
– Vigantol Vigantolem – ona na to – ale nic nie zastąpi witaminy D tworzonej w naszym organizmie za pomocą słońca.
Przyznałam babie rację.
– Nie ma co przesadzać z tymi kremami – ciągnęła dalej – jakiś dostęp do promieni słonecznych musi być.
No, dobra. Ponieważ moje niemowlę powoli staje się mowlęcięm (to niesamowite, jak potrafi się wykłócać przy zasobie leksykalnym, którym dysponuje), uznałam, że czas rozebrać nieco te barykady i przejść na filtry z rodzaju soft. Sięgnęłam po Ziajkę:

Krem ma SPF 6, a zatem reprezentuje ochronę niską. Z tej serii jest jeszcze ochrona średnia i wysoka. Po wysoką nie sięgam, bo mam przecież Mustelę, a średniej nie dane mi było jeszcze stosować. Krem dostałam od mamy. Kosmetyk zaskakująco dobry. Oczywiście, że dziecko się opala, bo przecież filtr jest niewielki, ale ochronę jednak stwierdzam naocznie. Jesteśmy na etapie piaskownicy, a wszystkie piaskownice, jakie mamy do dyspozycji, zlokalizowano w pełnym słońcu. Swoją drogą, co za pomysł? Jakby któraś była w cieniu, nic by się nie stało, prawda? I kwitnij tu w upale przez dwie godziny, bo ono ma fantazję w nieskończoność robić babki z piasku. W każdym bądź razie młodzież potraktowana Ziajką Kremem z filtrem dla dzieci i niemowląt ani razu nie wyszła z piasku poparzona (czytaj: zaczerwieniona). Dla spokoju sumienia powiem, że moje dziecię ma śniadą karnację i, jak zauważyłam, zawsze opala się na brązowo, w przeciwieństwie do jej mamusi, która reprezentuje rodzinę bladawców permanentnych. Nie wiem, jak ten krem sprawdziłby się w przypadku dziecka o jaśniejszej skórze. Ochrona mogłaby być niewystarczająca. Tak czy inaczej ja go sobie chwalę.
Podsumowując: kierowałam się wskazaniami położnej i lekarza. Na początek zabezpieczamy niemowlę najlepiej, jak tylko można (bardzo wysokie filtry). Potem stopniowo możemy zmniejszać ochronę, pamiętając jednak, by krem stosować zawsze (mea maxima culpa). Dobrym rozwiązaniem jest noszenie dyżurnej tubki w jakiejś kieszonce wózka.
No dobrze, te trzy kremy stosowałam i mogę coś o nich powiedzieć. Jeśli ktoś używał czegoś innego i chciałby podzielić się opinią, zapraszam do komentowania.

2 KOMENTARZE

  1. Nivea Baby na słońce rzeczywiście fatalny (chociaż inne produkty Nivea u nas super), a to dlatego, że jego konsystencja nie pozwala na szybkie, sprawne i „bezurazowe” rozsmarowanie na małym pyszczydle – stąd u nas też przy tym kremie był ryk i wierzganie.
    Kupiłam Lirene Kids (SPF 20, powyżej 6 miesiąca), bo taki akurat mieli w sklepie i jestem zadowolona. Po pierwsze cena znośna (nie pamiętam ile, ale ręka mi przy sięganiu po portfel nawet nie zadrżała), po drugie ma na tyle lekką konsystencję, że bardzo łatwo się go aplikuje.
    Co do ochronnej funkcji kremów, nie będę się wypowiadać, bo jako matka wyrodna, bardzo często o smarowaniu kremem zapominam, a że młoda odziedziczyła po nas ciemną karnację, opala się ekspresowo (rączki ma już jak małe Murzyniątko) i od razu na brązowo. A ja się cieszę, że naturalną witaminkę D łapie.

  2. żadnego z wymienionych nie używamy, a tego co mamy nie ma sensu wymieniać firmy bo jest droga i słabo dostepna w Polsce – ale na pewno jak krem na słońce to w sprayu co by szybko wysmarować dziecia bo wiadomo jedna warstwa na dzień to żadna ochrona i jak dla mnie faktor 50 i powyżej