Grudzień to dla rodzica ciężki czas. Konkretnie dla portfela wyżej wymienionego. Najpierw są mikołajki, potem Boże Narodzenie, a jeszcze ten i ów zalicza po drodze urodziny swojej pociechy. Słowem, człowiek może wyskoczyć z kasy i ani się spostrzeże. Oczywiście wszelkie pisma dla rodziców starają się podpowiedzieć, co też może się nieletnim spodobać, albo i nie tylko spodobać, ale i wyedukować ich przy okazji. Jeśli więc ktoś nie wie, co kupić na Mikołaja, wystarczy, że przerzuci kilka kartek dowolnego czasopisma. Ale zanim przerzuci, najpierw niech najlepiej usiądzie i powoli policzy do dziesięciu.

Ja zaglądnęłam do pisma Rodzice małego dziecka (nr 12/2009), które to stanowi jedno z odnóży Claudii. Claudii nie czytuję, Rmd też nie, ale dołączyli książeczkę z bajkami, to się skusiłam. Zajrzałam i spadły mi kapcie. Dział Jak wybrać prezent zawiera w sobie „nasze propozycje na upominki”. Propozycje właśnie opad obuwia spowodowały.

Zabawka do kąpieli firmy Tommy – jedyne… 76 zł. Żadne mecyje, po prostu hipopotam w łódce.

Interaktywny miś firmy Fisher Price – zaledwie 200 zł.

Magnetyczne klocki Cartoon Planet – skromne 134 zł.

Mata edukacyjna Baby Moov – tylko 435 zł.

Nieźle nie? Ale kompletnie rozwalił mnie zestaw kąpielowy (też Baby Moov) złożony z gumowej pływającej żaby i kilku innych zwierzaków, z kilku płaskich zwierzątek, które można przyklejać do kafelków w łazience (pomysłowe swoją drogą), oraz z czegoś o wyglądzie kolorowego podbieraka za… 136 zł.

Dżizaskrajst. To już nie można zaproponować nic tańszego?

Obserwuję, oprócz horrendalnej drożyzny, intensywne promowanie wszystkiego, co interaktywne. Jak miś nie gada, nie uczy dźwięków, literek, słów czy czegoś tam jeszcze, to nie warto go nawet zaszczycić spojrzeniem. Znam osobę, której dziecko posiada prawie same zabawki interaktywne różnych firm! Rany, a może ono czasami miałoby ochotę coś miękkiego po prostu przytulić? Mam wrażenie, że zabawki dla dzieci mają za zadanie wywołać u tych ostatnich nagły wzrost IQ i jest jakaś presja na to, żeby wszystko, co dziecko weźmie w łapki, od pierwszych dni życia rozwijało, rozwijało i rozwijało bez końca jak papier toaletowy z Biedronki.

Bywa jednak tak, jakże często zresztą, że najmłodsi nie podzielają gustu starszych. Moje dziecko zapałało miłością do małej plastikowej żyrafy (podprowadzonej zresztą kuzynowi), za którą nie dałabym więcej jak 5 zł. „Jekaka” towarzyszy jest wszędzie. Podobnie wielkim uczuciem darzy obrzydliwie różową gumową małpkę (taka piszcząca zabawka do kąpieli) i równie beznadziejnego kotka. Małpę babcia wygrała w parafialnej loterii, a kotek ma tyle lat, co ja. A superinteligentne i megarozwijające klocki Fisher Price walają się po kątach niezauważone.

Najważniejsze to chyba nie dać się zwariować.

Fotka z pixabay.com

BRAK KOMENTARZY