kalkulator_centyli_baner

Właśnie to mamy za sobą, bo bliźniaczki wczoraj oficjalnie rozpoczęły 23. miesiąc życia. Serwuję więc zupełnie świeże jak ciepłe bułeczki doniesienia z linii frontu i nie ma zagrożenia, że przedwczesna demencja starcza zafunduje mi niepamięci cud.

Poradnik* mówi, że pod koniec 22. miesiąca dziecko POWINNO umieć:

  • używać sześciu słów
  • wchodzić po schodach

To plan minimum. W dziedzinie słownictwa galopująco wybiegamy do przodu, bo dziewczynom ostrą pracę u podstaw zapodała starsza siostra, natomiast w chodzeniu po schodach radzimy sobie czasem w sposób urągający honorowi homo sapiens. Rzecz jasna „ja siama, ja siama” i spróbuj wyciągnąć pomocną dłoń – zostanie wzgardliwie odtrącona.

Osobniki, które noszą ksywę „Speedy”, pod koniec 22. miesiąca MOGĄ:

  • budować wieżę z 4 klocków,
  • wykonywać dwustopniowe polecenia bez pomocy gestów
Osobniki szczególnie wyrywne MOGĄ poszczycić się:
  • budowaniem wieży z 6 klocków
  • rozpoznawaniem i wskazywaniem palcem 4 obrazków
  • myciem i wycieraniem rąk.
A NAWET:
  • podskakiwaniem

Jesteśmy wyrywni stwierdzam powyższe zapodawszy. No nic. Dwadzieścia dwa miesiące to już jedną nogą dwa lata, a dwulatek wiele rozumie, bardzo wiele. Nawet jeśli nic jeszcze nie mówi, to pamiętajmy, że najpierw pojawia się ZROZUMIENIE, a dopiero potem MOWA. Należy więc uważać, co się mówi w obecności dziecka. I co się robi, ponieważ osobniki w tym wieku wykazują niesamowite chęci naśladowcze.

Nie mogłam sobie darować – moje przeszczęśliwe bydlę przed strzyżeniem.

Kiedy junior ma niecałe dwa, rodzice odkrywają, że przestrzeń mieszkalna nagle stała się dla nich nieco za mała i żeby przedsięwziąć pewne czyny, przy których nieoczekiwana widownia nie jest pożądana, muszą sięgnąć po dodatkowe zabezpieczenia. I nie chodzi o gumki, tylko o drzwi.

O nie, nie ma lekko. Jedną z sytuacji, kiedy człowiek czuje tak dogłębnie, że jest rodzicem, jest ta, że odkrywa, że baraszkowanie może się odbywać w godzinach ściśle określonych. Oraz przy zaistnieniu odpowiednich okoliczności przyrody. Ech, to se ne wrati, te czasy, kiedy nachodziła nas ochota i siup, wyskakiwaliśmy z szatek, co nie? I człowiekowi zwisało, gdzie się akurat znajdował, wystarczyło, że stwierdził, że we własnych czterech kątach. Teraz człowiek musi najpierw upewnić się, że potomek został nakarmiony i ostatecznie kimnął. Dobrze będzie, jeśli zadba o zamknięcie drzwi.

Dwuletnia progenitura uskutecznia nocne wędrówki i jest mistrzem w bezszelestnym skradaniu się, a następnie ujawnianiu swej obecności w najmniej oczekiwanym momencie.

Nam może wydać się to po prostu głupią sytuacją, którą być może będziemy wspominać w towarzyskich pogaduszkach, ale nie dla dziecka. Młode nie rozumie, co to jest i na czym polega seks i wygibasy rodzicielskie odbiera jako agresję. Jeśli przylazło nieoczekiwanie i nakryło nas in flagranti, to po prostu bez zbędnych wrzasków i nagłego wyskakiwania z pościeli należy coś narzucić na grzbiet i spokojnie odprowadzić młode do łóżeczka. Ważne, żeby nie dać dziecku odczuć, że zrobiło coś złego, bo nie zrobiło. I niech nie czuje się winne.

Głupia sprawa, ale bycie mimowolnym świadkiem seksu dorosłych może niekorzystnie odbić się na późniejszym rozwoju dziecka. Dlatego staraj się, człowieku, tak zadbać o okoliczności przyrody, żeby wykluczyć ryzyko nieoczekiwanej wizyty potomstwa, kiedy ty akurat sprawdzasz w praktyce teorię zaczerpniętą z Kamasutry.

Niespełna dwuletnie dzieci rozwijają się piorunująco szybko, ale jednocześnie wykazują niezwykłe przywiązanie do rutyny. Codzienna rutyna sprawia, że czują się bezpieczne. Dlatego kiedy my umieramy z nudów i czujemy się przytłoczeni przez codzienny kierat, one otrzymują to, czego potrzebują. O tej samej porze spanie, jedzenie, spacer, te same przewidywalne czynności, te same, znane osoby. My wzdychamy do innowacji, nasze dzieci wprost przeciwnie. Dlatego nie powinno nas dziwić, że nieoczekiwane zmiany planów generują w podopiecznego coś, co można porównać jedynie z rykiem startującego odrzutowca z jednoczesnym zejściem wyżej wspomnianego do parteru (podopiecznego, nie odrzutowca oczywiście, ten drugi niech sobie leci).

Wiek okołodwuletni to również czas, kiedy zaczynamy akcję nocnik. Wyczuwam szóstym zmysłem pojawienie się komciów typu „a ja nocnikuję od 6. miesiąca życia i jest OK”. Daj ci, Boże, zdrowie, rób jak uważasz, zwisa mi to. Rzecz tylko w tym, że około 2. roku życia dzieci stają się ŚWIADOME swoich potrzeb fizjologicznych, tego, że co jakiś czas pojawia się siusiu, a czasem nawet i kupa. Oczywiście czasem oznacza to, że dziecko dumne i blade pozbywszy się własnej pieluchy bawi się jej zawartością (a ty realizujesz się przy garach szczęśliwa, że masz moment spokoju). Około 2. roku życia dzieci zaczynają same zgłaszać finalizację wędrówki jedzenia przez układ pokarmowy i przychodzą z żądaniem, żeby im rodzic zmienił pieluchę. I znów wiem, że ten i ów powie „a mój to od 4. miesiąca życia zgłaszał, a ja świetnie rozumiałam”. OK, wszystko pojmuję, ale różnica polega na tym, że po pierwsze zgłaszało jękiem a nie słownie, po drugie zgłaszało DYSKOMFORT, a nie fakt, że ZROBIŁO kupę. Rozumiecie różnicę? Jasne, że junior może wcześniej sygnalizować, że mu źle, ale nie zdaje sobie sprawy, że to, co właśnie sprawia, że mu źle, to naturalna konsekwencja zjadanego pokarmu, czyli kupa czy siku.

Jestem więc zwolenniczką nocnikowania wtedy, kiedy dziecko do tego dojrzeje i kiedy otrzymamy sygnały, że tak właśnie jest. Jednocześnie jestem przeciwniczką zbyt szybkiego wyskakiwania z pieluch ze względu również na kręgosłup młodego obywatela. Sadzanie na nocniku dzieci, które dopiero co opanowały sztukę samodzielnego siedzenia szkodzi ich kręgosłupom.  Howgh. A ty rób, jak uważasz.

Dla chętnych podaję namiary na moje pierworodne boje nocnikowe (bo bliźniacze jeszcze przede mną): Od kiedy na nocnik? Jak przyuczać do nocnika – triki i chwyty.

*Pisząc notkę korzystałam z książki „Drugi i trzeci rok życia dziecka”.