Wyobraźcie sobie, że w przedszkolu waszego dziecka nie ma posiłków. Ani obiadu, ani nawet skromnego śniadania. Dzieci przynoszą wałówę ze sobą. W termosach mają coś do picia. W roli picia występuje… zimna woda z kranu. Wyobraźcie też sobie, że wasze dziecko chodzi do przedszkola, w którym dzieci cały czas są na dworze bez względu na pogodę. Leje, nie leje, mróz, nie mróz, one na powietrzu. Przedszkole jako budynek to po prostu miejsce, gdzie można na chwilę wejść i odpocząć, no i skorzystać z toalety. Wszystko w temacie. Wyobraźcie sobie, że przychodzicie po dziecko do przedszkola, a ono właśnie zwisa z drzewa lub siedzi na dachu. A nauczyciel nic. Ciekawie, co nie?

Najdalej na północ położone przedszkole. Na całej planecie najdalej na północ. Zdjęcie z Wyborczej, autorem jest Larsen, Hakon Mosvold AFP

Tak właśnie jest w Norwegii, przynajmniej można tak wnosić z artykułu w Wyborczej, który niezależnie od siebie podesłały mi Asiek i Anna (to tak jak z badaczami, że dwaj niezależnie od siebie wpadli na to samo 🙂 ).

Jesteście w szoku? Ja też byłam, ale gdybym zatrzymała się wyłącznie na tym aspekcie, mocno skrzywiłabym sprawę. Przede wszystkim wychodzi na to, że w Norwegii jest zupełnie inne podejście do wychowania i zupełnie inna ludzka mentalność. Brak posiłków w przedszkolach nie wynika tam z jakiś szalonych oszczędności nawiedzonego ministra finansów, tylko po prostu ten typ tak ma. Taki jest zwyczaj w społeczeństwie i nikogo to nie dziwi. Inna sprawa, że statystycznie rzecz biorąc norweskie dzieci spędzają w przedszkolu mniej czasu niż dzieci polskie. Przedszkola są tam najczęściej czynne od 7.00 do 16.30. Gdyby placówka mojego dziecka – a dziecko cudem boskim dostało się w tym roku do przedszkola publicznego do czterolatków na dodatek (jeszcze w to nie wierzę) – miała być czynna od 7.00 czy 7.30, to chyba bym się pocięła. Jadzisko ma zadeklarowany pobyt od 6.30 do 16.00 (czy słyszę szept „zła matka, zła matka”? 😉 ).

Ale statystyczny Norweg może sobie na taki luzik pozwolić, ponieważ najczęściej po pierwsze przedszkole ma pod nosem, po drugie jego dziecko dostało się do niego z palcem w tyłku. W Norwegii 92% dzieci ma zapewnione miejsce w przedszkolach. Dla porównania w przedszkolu, do którego startowała pierworodna w pierwszej kolejności – w tym roku można było we Wrocławiu wskazać sześć placówek – przygotowanych miejsc było 35, a podań wpłynęło 250. Zobaczcie, ilu ludzi zostało bez przedszkola. Jadzia dostała się do przedszkola szóstego wyboru. Czyli system (ach, te systemy…) sprawdził po kolei pięć wcześniejszych wskazanych przeze mnie placówek i skoro tam miejsc nie było, to sprawdził i szóstą. Jest. W Norwegii nie do pomyślenia.

Co więcej, do przedszkola można tam posłać już roczne dziecko (czyli jest to coś w rodzaju żłobko-przedszkola), a ponieważ problemów z tym nie ma praktycznie żadnych, to owocuje to dwoma ważnymi rzeczami: po pierwsze oboje rodziców mogą spokojnie iść do pracy, bo opieka dla dziecka jest zapewniona. Po drugie mogą sobie spokojnie robić drugiego potomka, bo z opieką w jego przypadku będzie dokładnie tak samo, czyli lajcik. Dlatego w Norwegii jest współczynnik dzietności na poziomie 1,95 i to jest piąty najwyższy wynik w Europie. Dla porównania my jesteśmy na szarym końcu, a za nami plasuje się już tylko Rumunia. Z czegoś to, kurde, wynika, co nie?

No dobra, ale co z tym zimnym chowem?

Dzieci w Norwegii do przedszkola zabierają kanapki. Rodzicie przygotowują im do bidonów picie i rzadko kiedy jest to coś ciepłego, nawet jeśli na dworze jest trzaskający mróz. Dzieciom w przedszkolach ogólnie można więcej niż naszym dzieciom w naszych i małolaty włażą, gdzie tylko mogą wleźć. Co więcej, są przedszkola, w których z definicji dzieci są cały dzień na dworze bez względu na pogodę, a do budynku wchodzą tylko na siusiu. Dla nas hardcore, co nie? Tylko jakoś się nie słyszy, żeby dzieci norweskie padały jak muchy i chodziły non stop z zapaleniem płuc. Słyszy się natomiast coś innego.

Zwróćcie uwagę, jakie Norwegowie mają wyniki w sportach. Głównie zimowych, ale lekkoatletyka też nie tak na szarym końcu. Skoczków narciarskich za przeproszeniem w pizdu, biegaczy od metra, diathlonistów multum. Wszystko, co żyje, uprawia sport i przebywa dużo w ruchu i na świeżym powietrzu. Biegają, skaczą, maszerują, pływają, wspinają się, ścigają się, cokolwiek. To po pierwsze rzeźbi ciało, po drugie charakter. Sport to zdrowie nie tylko fizyczne. Psychiczne też. Jeśli w takim duchu wychowują swoje potomstwo, to klaszczę wszystkim, czym się da, nawet uszami.

A u nas co? U nas już w podstawówce 30% uczniów nie ćwiczy na wuefie z powodu różnorakich zwolnień, a potem jest tylko gorzej. Nasze dzieci kondycję mają żałosną, kręgosłupy krzywe a coraz częściej zmagają się z plagą XXI wieku, czyli z nadwagą i otyłością. Trudno o gorsze rokowania na przyszłość.

Z premedytacją spuszczam zasłonę milczenia na coś, co w artykule w Wyborczej również się pojawia, a co nas szokuje, czyli głębokość, z jaką państwo potrafi ingerować w wychowanie dziecka na wniosek… dziecka. Kto zechce, to sobie doczyta. To temat na zupełnie osobną notkę i z pewnością zostanie poruszony. Dlaczego by nie?

Link do artykułu z wyborczej –> proszę bardzo.

24 KOMENTARZE

  1. W Danii jest bardzo podobnie – plus dodatkowo dzieciska śpią na dworze. Rodzic przywozi dziecko w wózku (w Skandynawii mają specjanie modele wózków głębokich, po 90-95cm, specjalnie po to, żeby jednym pojazdem opędzić cały okres wózkowania) i wózek zostawia w placówce, a dziecko w porze spanka ląduje na podwórku we własnym wózku – i śpią po 2-3 godziny na mrozie. Z tym, że w Danii dają jeść, i przedszkola są podzielone pod względem wyżywienia: normalne, bezsłodyczowe, ekologiczne, bezorzechowe, itp.

  2. W UK też dzieci nie są specjalnie przegrzewane, duzo czasu spędzają na dworze, wiem od koleżanki, która tam mieszka. Dla porównania pierwsze dzicko chowała w Polsce, oczywiście jak na nasz kraj przystało czapka wiązana coby uchli nie przewiało, kombinezon, że maluch wygląda jak opona Pirelli i co mała wciąż chora na zapalenie oskrzeli. Syna już urodziła w Anglii, ubierała go jak inne dzieci żeby się z niej nie śmiały matki i chłopak w ogóle nie choruje. Tam mało kto zakłada w ogóle czapki a wiązanych to nawet nie ma. Coś jest w tym zimnym chowie, bo ja lekko ubieram dzieci i w ogóle nie chorują, córka w zeszłym roku w klasie miała 100% frekwencję, mały jak na 2,5L tylko jakiś katarek czy kaszel to na domowych miksturach, ale oni spędzają prawie cały dzień na dworze. Wiem, wiem nie każdy może sobie na to pozwolić;-(

    • kurcze ale zazdroszczę niechorowalności…co prawda mój niespełna dwuletni synio nigdy nie chorował do momentu jak poszedł do złobka…3 dni żłobka=3tyg kataru i kaszelku,teraz poszedł na tydzień i od wczoraj znów na wyciagu z tym że już coś się na oskrzela pcha…ale bronię się przed antybiotykami jak mogę..mam nadzieję że się bez nich obejdzie…

      • Jak tylko coś pcha się na oskrzela to polecam syrop przeciwzapalny PULMEO to jedyny ratunek przed antybiotykiem, nigdy mnie nie zawiódł, bo nie raz mi dzieci miały katar i co za tym idzie kaszel ale na tym syropie + Flawamed wykrztuśnie zawsze obyło się bez antybiotyku

        • teraz jestesmy na etapie inhalacji…od wczoraj jest znaczna poprawa bo w noc z niedzieli na poniedziałek nie spaliśmy wcale tak się Kac dusił dziś w nocy pokasływał ale już mokrym kaszelkiem takze mam nadzieję że damy radę,a w syropek się zaopatrzę w razie co…niech sobie stoi w szafeczce w razie w 🙂

  3. Zimny chów jest cool. 😉 Tylko trzeba mieć na tyle silną wolę, żeby się nie ugiąć pod presją babć własnych i przypadkowych, które z krzykiem i potępieńczym wzrokiem pytają, „a gdzie jest czapeczka/ skarpetki”?! Moje dziecię za chwilę kończy pół roku, od początku chowane bez czapeczki (z wyjątkiem pierwszego miesiąca, ale to był marzec ;)) i skarpetek, i odpukać, i przepluć (tfutfutfu), na razie nawet nie smarknęło. No dobrze, miałam szczęście, bo trafiłyśmy na letnią połowę roku, ale i tak, w porównaniu z innymi, często starszymi dziećmi, to moje było wyjątkowo lekko ubrane. Jak mi było żal tych biednych, przegrzanych stworzeń, które przy żarze lejącym się z nieba biegały w polarkowych bluzach, rajstopach, długich spodniach… A mamusie w tym czasie krótkie spodenki i koszulki na ramiączkach. U nas chyba panuje przekonanie, że dziecko to istota z innej planety. Całe szczęście, że coraz częściej się mówi, że dla małych dzieci przegrzanie jest równie szkodliwe jak wychłodzenie.

  4. Moja koleżanka z liceum mieszka w Norwegii, hen poza kołem podbiegunowym. Muszę ją popytać o przedszkole Kuby i skonfrontować z artykułem.
    Ale na pewno politykę prorodzinną mają ok. Jeśli do przedszkola przyjmują roczne dziecko, to znaczy, że faktycznie nie ma problemu z powrotem do pracy, bo matce przysługuje 50-56 tygodni macierzyńskiego. A ojcu 12 czy 14 tygodni, co by mógł matkę wspomóc. Czyli po macierzyńskim dzieć przedszkole, matka do pracy, i jakoś to zgrabnie funkcjonuje.
    Nie pytałam jej o szczegóły, ale może artykuł mnie do tego zmobilizuje…

  5. Zapomnieli dodać że przedszkola są czynne cały rok, również w wakacje;) I że dziecka młodszego niż rok do placówki nie przyjmą – jak ktoś chce wrócić do pracy wcześniej to musi sam załatwiać opiekę nad maleństwem.
    W Danii przedszkola są otwarte od 6 rano – może te norweskie to tylko wyjątek?

  6. Generalnie w Norwegii jest inaczej, to co się dziwić, że przedszkola inne? Widziałam na własne oczy dzieci biegające boso (bez obuwia i skarpet) po parku. U nas jak dzieć w domu nie ma kapci, to jest dramat …
    A co do mrozu trzaskającego – prawda, że tam potrafi być i minus 40, ale przy -10 to się w swetrze chodzi. Suche powietrze, suchy mróz. Nie daje tak w kość, jak nasz.

    • Mój szesnastomiesięczniak biegał w lato na bosaka (nadal biega), czapeczka tylko z daszkiem, żeby słonko nie przygrzało za bardzo, do tego wypady nad rzekę, gdzie czasem woda potrafiła być lodowata… I dzieć zdrowy, zdarzyło nam się trzy dni smarkania, ale delikatnego. Ale co ja się nasłucham o tych bosych stópkach i gołym tyłku, to moje 😛

  7. To, że dzieci wchodzą gdzie chcą i nikt im nie zabrania- u nas niewykonalne, ale w wielu krajach Europy to oczywistość. Jak sie dziecku cos stanie, uważa sie, że winni sa rodzice, bo nie przygotowali dziecka do zycia i ochrony swojego zdrowia, winne jest tez dziecko, bo nie stosowało sie do zasad wpojonych przez rodziców. U nas jak dziecko sobie guza nabije, albo na dwór rękawiczek nie założy, winna jest nauczycielka, bo nie dopilnowała.

  8. ja pracowałam w żłobko – przedszkolu w Anglii. tam w podstawie programowej jest zawarte, że maluchy mają być 40% czasu na dworze. W praktyce faktycznie wychodziły 2 razy dziennie albo na plac albo na spacer. W ciągu 2 lat zdarzyło się chyba ze 2-3 razy, że nie wyszły (mróz -10 i jaka awaria czy cóś już nie pamiętam).
    Ale generalnie dzieci ubierane dużo lżej niż u nas. Często zimą kurteczka się podwija a tam gołe plecy u półroczniaka albo gołe nogi ! A potem na okrągło gile z nosa im lecą.

  9. Miałam to szczęście, że chodziłam do norweskiego przedszkola. Jest tak jak piszesz, dla mnie to był raj! Dla mnie dodatkowym atutem byli mężczyżni wychowawcy. Szukając w Polsce przedszkola dla syna byłam załamana słysząc, że dzieci wychodzą na godzinę…oczywiście przy ładnej pogodzie.

  10. Moja córa do oddziału żłobkowego w przedszkolu chodzi. Dzieciaki jak najbardziej chodzące, muszą mieć min. rok i 9mcy do 3rż w tej grupie. Jak usłyszałam – na dwór NIE wychodzą…ew. jak już się ciepło robi. A przedszkole ma spory teren własny bez placu zabaw (co też mnie dziwi, no ale…) więc w tym wypadku i kwestia wypadkowości mniejsza.

  11. Wszyscy tak narzekają na polskie przedszkola, że za mało na zewnątrz itp. A Wy mamy same ile spędzacie czasu na spacerkach w ciągu dnia?! Same sobie odpowiedzcie na to pytanie.
    Od sierpnia minionego roku do kwietnia siedziałam w domu z moimi synami (1,5-roczniakiem i młodszym urodzonym właśnie rok temu) na zewnątrz spędzaliśmy mnóstwo czasu (minimum 2-3h/dziennie przy dużych mrozach, przy lepszej pogodzie dużo więcej). I co zauważyłam? Jak tylko temperatura spada poniżej 20C – place zabaw, ławeczki i skwerki się wyludniają. WYLUDNIAJĄ. Zimą mieliśmy stałą ekipę 3-4 mam spacerujących niezależnie od pogody, poza tym NIKOGO.
    A jak na zewnątrz upał ponad 30C to na placu zabaw palca nie da się wcisnąć.
    O przepraszam! Jeszcze jak sypnie śniegiem to tata wyjdzie z dzieckiem na górkę, ale max na pół godzinki.
    Także jak dla mnie to nie wina przedszkoli, ale mam. Dla większości dzieci przez większą cześć ten godzinny spacer z przedszkola to jedyny kontakt ze świeżym powietrzem (bo do przedszkola przecież samochodem trzeba dziecię zawieźć).

    • Święte słowa. Pełno jest mamusiek, które jak tylko kropelka z nieba spadnie od razu uciekają do domu, zawieje wiaterek to nosa nie wyściubią „bo zawieje”, a o spacerze przy -10 można zapomnieć. Potem rosną takie cherlawe spiecuszone ciepłe kluchy – nie dość, zę chorowite to jeszcze ruchowo mało sprawne, bo ruch ogranicza się do bycia wożonym przez rodzica w jakiś podbajerowanych trójkołowych karetach z czapką obowiązkowo.
      Jestem gorąca zwolenniczką zimnego chowu. Codziennie kilka godzin intensywnego ruchu na powietrzu bez względu na pogodę. Klimat u nas czasem trudny, ale w takim przyszło nam żyć, a nie od niego uciekać. Póki co się udaje, bo Młody szaleje na dworze z nami, niania lub liberalną babcią, boje się co będzie jak pójdzie do przedszkola i zamkną go w czterech ścianach, a potem szkoła….

  12. „Kobiety, które wcześniej nie pracowały, mają prawo do jednorazowego zasiłku macierzyńskiego, którego kwota obecnie wynosi 35 263 koron norweskich (ok. 20 tys. zł).” O w mordę!

  13. Żeby u dzieci stosować „Zimny norweski chów”, samemu trzeba być trochę zahartowanym, mieć trochę kondycji fizycznej i nie bać się mrozów.
    No bo jak rodzice całą zimę z kluskami przed telewizorem przesiedzą, to ciężko od dzieciaka wymagać, aby na dwór wychodziło. I norweskie przedszkole nie pomoże.

  14. Mi podoba się takie wychodzenie na dwór;) mam przedszkole za oknem i jak nie jestem w pracy to widzę,że nie w każdy dzień dzieciaki są na dworze,a jak coś to np bardzo krótko. Dla mnie to bez sensu-ja rozumiem,że np w ziemie to Paniom jest źle, bo ubrać taka gromadę i stać na mrozie….ale jak pisze willa-jak temperatura w ziemie jest ok -15 stopni to sie pusto robi, nie ma nawet 20-a na mój widok z ówczesnym niemowlakiem to w ogóle dziwnie się patrzyli…

  15. Zapytałam się kumpeli, która mieszka w Norwegii i cytuję:
    „przedszkola jakie ona zna serwują normalne posiłki, nawet raz w tyg dzieci same robią coś np. pizzę. Są na dworze bez względu na pogodę, faktycznie łażą gdzie chcą 🙂 I nie chorują! Jest ogromna pomoc dla rodziców, np. przedszkola są przy szkołach, by studiującym rodzicom było łatwiej, nawet otwarte dłużej, by mieli czas na naukę w czasie egzaminów. Państwo reaguje głównie na przypadki: bicia dzieci znaczy wymierzania kar cielesnych. Znaczy bez przesady z tym nadzorem. ”
    Szkoda że w mnie w IE tak nie ma. Ech

  16. Tylko patrząc na to zdjęcie, dzieci i nauczyciele/ opiekunowie sa ciepło ubrani: uszanki, ciepłe kurtki, wszystko zapiete pod szyję, solidne buty,… A wiecie jak wyglada bardzo często ubranie dziecka w polskich przedszkolach? Spodnie takie sobie, cos pod spodem, lub nie, buty włoskie, czyli nie przystosowane do naszych zim, sweterek, lub nie, kurtka różna, czapka jest, szalika i rękawiczek brak, bo dziecko jest przywozone do przedszkola samochodem (bo w drodze do pracy rodziców), więc w samochodzie nie zmarznie. A potem na podwórku przedszkolnym stoi i sie trzęsie sine z zimna. Namówic go do zabawy nie można, bo jak tu sie bawić, skoro zimno siega za siódmą skórę?

    Zimą wychodzimy raz na dwór, tylko przed południem, bo wiadomo, że dzieci zmocza spodnie i buty na śniegu (to nie kraj pólnocny, u nas snieg jest raczej mokry), a jakby rodzic odbierając dziecko zastał mokre spodnie, czy buty… wiecie jaka by zrobił drakę nawet u dyrekcji?

    I nie wiem, jak w Norwegii wyglada w takim razie program dydaktyczny, bo nie wszystko da się nauczyc na dworze. U nas sa bardzo konkretne wytyczne i codziennie sporo sie robi.

    Poza tym wydaje mi się, tak na logikę, że te dzieci muszą wchodzic do przedszkola nie tylko na siusiu. Nie da sie zjeść kanapki w rękawicach, a skoro ich picie jest zimne, na dworze by zamarzło. Musza iśc chociaż na posiłki do przedszkola.

  17. Jak już ktoś tu pisał, w Danii jest podobnie, choć wiem, że dzieci śpią tylko u dagpleje (coś w rodzaju nianii), a w przedszkolu już nie. Na dworze owszem spędzają sporo czasu. Trochę to inaczej wygląda w zerówce (pracuję od niedawna z dziećmi w klasie 0). A co do jedzenia, no to posiłków ciepłych nie ma, ale za to są bardzo zdrowe (w porównaniu do niejednokrotnie polskich) frokosty (powiedzmy śniadania), które przygotowują rodzice. Od szkoły dzieci dostają mleko (różne rodzaje wybrane przez rodziców). Pisałam o tym na moim blogu jakby ktoś był zainteresowany 🙂 bajka-o-wikingach.blogspot.com

  18. w Dani bardzo podobnie, pedagodzy duzo z siebie daja , musza stac na mrozie i pilnowac dzieci,zmoczone ciuche susza w specjalnych suszarkach.Dzieci nosza drogie dragter tzw kombinezony w ktorych moga bawic sie nawet w blocie.Tez choruja, gil do pasa to tutaj normalne.chodza nieraz z antybiotykiem do przedzszkola(pedagog daje).dostaja madpakke tzn pudelko z kanapkami i zimny sok.ok , nic zlego ale i nic ciekawego…ale dzieci to lubia bo nie ma zadnych nauk tylko zabawa…