Napisało do mnie wydawnictwo „Pestka„, że, prześlą mi egzemplarz książki Doroty Smoleń „Mamo, dasz radę!„, żebym wzięła i oceniła. I czy ja chcę. No ba! Jak dają, to bierz, jak biją, to uciekaj – to po pierwsze. A po drugie od jakiegoś już czasu miałam tę książkę na oku, tylko jakoś mi się nie udało kupić 😉

mamodaszrade

Powiedziałam więc, że chętnie, dostałam więc i przeczytałam. Wróć, pochłonęłam. I to była prawdziwa przyjemność.

Tradycyjnie – szklanka do połowy pełna – najpierw wyłożę na stół zalety, potem wady. Z wadami to będzie problem, bo przytłoczone są przez nadreprezentację zalet.

Zalety

Książka napisana jest lekkim stylem i znakomicie się czyta. Lekkie pióro połączone z poczuciem humoru i sporym dystansem do siebie sprawia, że poradnik (bo umówmy się, że to jednak poradnik, choć nie do końca) staje się porywającą lekturą. Tę książkę się pożera, nie czyta, słowo harcerza! Już dawno nie miałam w rękach tak dobrego rodzicielskiego czytadła. Ostatnią taką pozycją była „Zła matka”, choć nie można jej przyrównać do „Mamo, dasz radę!”. Obie są zupełnie inne, choć równie fajnie „wchodzą”.

Ujęła mnie – i to jest druga wspólna cecha ze „Złą matką” szczerość autorki. Tę szczerość czuje się na każdej stronie. Dorota Smoleń nie kreuje się na alfę i omegę macierzyństwa, nie twierdzi, że coś wie najlepiej, nie sugeruje, że dany pomysł jest najlepszy z możliwych. Po prostu pisze, że u niej to czy tamto zadziałało i tyle. Otwarcie mówi o swoich błędach i porażkach, nie łagodzi i nie wybiela, ale kiedy wie, że może na jakimś polu odnotować swój sukces, to się nim po prostu chwali. To bardzo zdrowe podejście. Czytając książkę, ma się wrażenie, jakby się rozmawiało z żywą osobą. Nie bezpłciowym, hipotetycznym ekspertem ds. rodzicielstwa, ale z  normalną matką, taką jak każda inna matka.

Książka – i chyba to jest jej największa zaleta – niesie ze sobą nieprawdopodobną dawkę optymizmu. Czytałam ją w tramwaju i suszyłam ząbki po same ósemki. Człowiek się po lekturze po prostu dobrze czuje. Jestem zwyczajną matką, nie odbiegam od przeciętnej, nie jestem ani gorsza, ani lepsza. Mam prawo do błędów, mam prawo do zmęczenia, odczuwam radość, satysfakcję, lęk, wkurw i setki innych uczuć związanych z moim macierzyństwem i to jest normalne. Książka dała mi, hmm… jakby to określić… coś w rodzaju wewnętrznego spokoju. Dobrze mi zrobiła.

Ze zdumieniem odkryłam, że bardzo wiele doświadczeń mam identycznych jak autorka. W wielu sytuacjach postępuję dokładnie tak samo. To zapewne nie tylko moje spostrzeżenie. Podejrzewam, że większość czytelniczek podzieli moje zdanie. Książka – i tu smuteczek – uświadomiła mi też, że co do pewnych rzeczy mogłam w życiu zadecydować inaczej. Teraz straty są już nie do naprawienia.

Jeśli ktoś chce rzucić w publikę rechotem, to polecam rozdział o mitach związanych z ciążą i macierzyństwem. Może próbkę? Proszszsz… 🙂

„Kobieta w ciąży musi patrzeć na ładne rzeczy, co zagwarantuje dziecku urodę. Mistrzostwem świata była dla mnie pewna starsza pani, która opowiadała, że przez całą ciążę wpatrywała się w noszony przy sobie obrazek Dzieciątka Jezus i urodziła dziecko kapka w kapkę podobne do Jezuska”.

Wady

Żeby nie było, coś tam wynalazłam. Głupia sprawa, ale korektor niezbyt się do swojej roboty przyłożył 🙂 Jest sporo błędów w stylu tu brakuje kropki, tam przyimka. Niby pierdoła, ale wiecie, rozumiecie, można było porządniej. Jeśli ja to wynalazłam, to znaczy, że profesjonalista z pewnością też powinien.

Książka jest za krótka. Aż chciałoby się, żeby była dużo grubsza 😉 Mam też wrażenie, że niektóre zagadnienia potraktowano zbyt zdawkowo.

I to jest właściwie wszystko, do czego mogłabym się doczepić. Czy warto książkę przeczytać? Zdecydowanie TAK! To fantastyczny pomysł na prezent dla kogoś, kto spodziewa się dziecka lub jest świeżo upieczonym rodzicem. Brawa dla Doroty, dobra robota. To naprawdę dobra książka i cieszę się, że miałam okazję ją przeczytać 🙂

6 KOMENTARZE

  1. A ja śmiem się przyczepić do okładki, bo to jedyna rzecz, której czepić się można nie przeczytawszy książki. Cóż, ‚don’t judge the book… treść chętnie pochłonę przy najbliższej okazji.

  2. Ha! ja też śmiem twierdzić, że książka jest naprawdę dobra – traktuje temat macierzyństwa bardzo wprost a jednocześnie z dawką ciepła właściwego tylko matkom (śmiem twierdzić 🙂 ). Także ją pochłonęłam – tak samo jak Twoje wpisy Krusz, które bardzo, ale to bardzo nierzadko mi pomagają 🙂 to samo zresztą tyczy się też MatkiSanepid, którą notabene dzięki Tobie „poznałam! Tę książkę własnie tak się czyta – jak dobrze skonstruowanego i z sercem / polotem – uzupełnianego bloga 🙂 a że nie ma więcej treści… cóż, dzieci podrosną, to i doświadczeń do opisania przybędzie – co do czego mam szczerą nadzieję :o)))))))))))) buziaki dla wszystkich blogujących Mam i tych… nieblogujących :o))))))))))) a.

  3. …a ja czekam na ksiazke pt. „Dzieciowo.pl ” mam nadzieje, ze kiedys sie ukaze i ze znajda sie w niej wszystkie watki z tego bloga. Tak jak w przypadku bloga „moje wypieki blox.pl ” Pani Doroty Swiatkowskiej…. takie blogi musza doczekac sie klasycznej, papierowej formy !!! 😀