Słowo się rzekło, kobyłka u płota, zainwestowałam w pomadkę Inglota.

Odgrażałam się, że to zrobię, to i zrobiłam. Cały czas trwałam przy opcji poszukiwania szminki w kolorze doskonale beżowym, takim, który pasuje do makijażu typu smooky eyes. Zależało mi, żeby na ustach efekt był mniej więcej taki, jak na zdjęciu poniżej:

 

Wyskoczyłam więc z kaski, zbiedniałam o całe 20,50 zł i… i schizofrenicznie zawisłam w niebezpiecznym rozkroku pomiędzy totalnym zachwytem i stwierdzeniem WTF. Jedziemy ze szczegółami.

Kolor jest absolutnie boski. Doskonały, MATOWY (musiał być matowy, żadne perły, żadne błyski, nie daj Boże brokaty), neutralny beż. Efekt identyczny jak u panny powyżej i to bez fotoszopa. Ach, nie powiedziałam, szminka nr 403.

 

Czegoś takiego szukałam i tutaj Inglot nie zawiódł. Odcieni szminek ma chyba z miliard, znalazło się więc coś dla mnie. Jest również odpowiednik perłowy tego samego odcienia, ale numeru nie pamiętam. Szminka świetnie się trzyma. I długo. Zjada się, rzecz jasna, nie może być inaczej, nie ma być w założeniu trwała (a przynajmniej ja tak myślę), ale ponieważ kolor jest delikatny, to nie ma bólu, mogę przeżyć bez poprawiania. Znakomicie wygląda przy mocnym makijażu oczu (i tutaj trochę naginam dress code, ale wszystko w granicach przyzwoitości), odwraca uwagę od moich wąskich ust i wszystko, co żyje, patrzy na mega-rzęsy. Yes, yes, yes! Zaliczyłabym nirwanę i rzucała peanami przez 24 godziny na dobę, gdyby… no właśnie, pojawia się to „gdyby”.

Szminka potwornie ciężko rozprowadza się na wargach. Próbując kolor przy stoisku, myślałam, że trafiłam na jakiś przesuszony tester, bo wiadomo, cały czas na widoku stoi, ale nie. Szminka „właściwa” jest dokładnie taka sama. Beton to przy tym określenie pieszczotliwe. Masakra. Aż się boję, że jak mocniej docisnę, to ją złamię, taki stawia opór. Druga rzecz – potwornie wysusza usta. Mam wrażenie, jakbym posmarowała usta podkładem. Matującym. Nie no, nie robi się spieczona ziemia pustynna, ale jestem w stanie pomimo mojego lamerstwa rozróżnić szminkę, która nawilża przyzwoicie, od takiej, która nawilża nieprzyzwoicie. Nieprzyzwoicie słabo. I Inglot nr 403 zalicza się niestety do tej drugiej kategorii.

To moje kolejne podejście do ichnich szminek po kilkuletniej przerwie i stwierdzam, że nic się nie zmieniło. Jakość nadal taka se, wysuszanie (no dobra, brak nawilżania, to brzmi lepiej) jak było, tak jest. Pewnie kwestia tego matu, szminki matowe z definicji mniej nawilżają, wiadomo.

Czy będę jej używać? Ja wohl! Tak cudowny beż, wprost idealny w relacji do moich oczekiwań trafia się raz na milion lat. Przełknę więc ten niedostatek nawilżania i będę szpanować kolorem. Czy żałuję, że kupiłam? Nigdy w życiu! Tak cudowny beż, wprost idealny…

Post przeniesiony z mojego drugiego bloga „My, babki”.

2 KOMENTARZE

  1. Ich szminki nie matowe nawilżają super, a co do matowych to ja miałam ostatnio dokładnie to samo co Ty, ze szminką pt. burdelowa czerwień. Kolor bosssski, ale rozprowadzić ją na moich przeważnie przesuszonych ustach to już sztuka nie lada…