Przerabiałam najrozmaitsze szampony koloryzujące i farby do włosów. Po części o mało nie wyłysiałam, po części byłam zadowolona z efektów. Szampon koloryzujący Casting zalicza się szczęśliwie do tej drugiej grupy. Ponieważ z natury włosię ciemne mam, ciemne nawet bardzo, orbituję wokół kolorów z końca palety. Coś w stylu czerń, granatowa czerń, fioletowa czerń, ewentualnie jakieś tam wersje ciemnych brązów. Miałam więc okazję ostatnio wziąć na tapetę dwa odcienie z gatunku jasnych inaczej: granatową czerń i czarną porzeczkę (to jakaś nowość).

Nad jakością roztkliwiać się nie będę, peany już były. Szampon koloryzujący Casting jest po prostu świetny. Od przyjaznej człowiekowi zawartości opakowania, poprzez wygodne rozwiązanie odnośnie aplikacji, po samo działanie. Kolory utrzymują się bardzo długo i bardzo długo zachowują świeżość. Przy okazji czarna porzeczka okazała się niespieralna (u mnie odcień wychodzi znacząco ciemniejszy niż u modelki na opakowaniu).

No właśnie i tu jest pies pogrzebany. Coś w tych Castingach zmienili, ponieważ bardzo ciemne odcienie… nie schodzą. Działają jak farba! Wiem, że tak jest w przypadku ichnich blondów. Na tych jaśniejszych jak krowie na rowie jest napisane na opakowaniu, że kolor jest trwały. Blondy to nie moja broszka, ale w przypadku ciemnych obserwuję to samo zjawisko. Granatowa czerń nie schodzi. Spiera się tylko (i to po dłuższym czasie) granatowość (czy jak to zwał). Czerń zostaje.

Mnie to w sumie rybka, bo mam włosy tak krótkie, że z powodzeniem mogę startować do marines. Koloru pozbywam się poprzez ścinanie. Mam zamiar jednak nieco włosy zapuścić i tu pojawia się zonk. Zechcę zmienić kolor i kicha. Dokładnie tak jak z Palette, której czerni nie pokona nic, zawsze wylezie i zostaje na zawsze. No nic. Pożyjemy, zobaczymy. Casting zalicza jednakowoż coś w rodzaju posmaku pierwszego minusika.

Tekst przeniesiony z mojego drugiego bloga „My, babki”.

BRAK KOMENTARZY