Do trzech razy sztuka niby, co nie? Kupiłam podkład Lirene i wtopa. Kupiłam podkład Rimmel i znowu wtopa. Kupiłam podkład Eveline i co? No nie sukces, to pewne.

Zanim powiem i pokażę, co sukcesem nie było, trzeba ustalić jedno: kręcę się zawsze wokół odcieni najjaśniejszych z możliwych, bo jestem bladawcem. Opalam się zawsze na czerwono, długo brązowieję, a opalenizna szybko blaknie. Młodą dziewoją będąc, miałam piegi, których wtedy nienawidziłam (idiotka), a teraz dałabym się za nie pokroić. Piegowata jestem zresztą nadal, ale na całej reszcie mojego szanownego ciała z pominięciem twarzy (why?!). Zawsze jest mi ciężko znaleźć odpowiedni podkład, bo wszystkie z reguły są za ciemne. Jeśli więc coś mam wybierać, sięgam po odcień ivory, bo jest jakieś tam prawdopodobieństwo, że po pierwsze jest najjaśniejszym z palety, po drugie przy odrobinie szczęścia będzie mi pasował.

Co z tym podkładem Eveline? Błąd polegał na tym, że zaufałam nazwie. Testera nie było, ja czasu nie miałam, autobus tuż, tuż, a chciałam mieć wreszcie coś, co zostanie na twarzy dłużej niż trzy godziny i nie zamieni się w serek. Zainwestowałam w podkład z gatunku scenicznych, czyli kryjący na maksa a jednocześnie elastyczny, dla każdego typu cery. No i oczywiście w odcieniu ivory. A, jeszcze jedno. Dlaczego akurat ten kupiłam? No cóż, był w promocji, a ja jestem mało odporna na promocje. Wydałam całe 11 zł z grosikami.

To, co stało się moim udziałem, zwaliło mnie z nóg i sprawiło, że paszcza w dalszym ciągu szoruje panele, co dramatycznie utrudnia mi pisanie. Zamiast mówić, pokażę. To sieknie bardziej.

Poniżej na zdjęciu od lewej do prawej posiadane przeze mnie podkłady po najjaśniejszym z palety danej firmy. Co prawda w przypadku Rimmela nie jest to ivory, a porcelain (ivory był ciut ciemniejszy), ale to nie zmienia stanu rzeczy.

Na pierwszy rzut oka widać, że podkład po prawej jest najciemniejszy. Różnica nie jest powalająca, dlatego zapodam drugie zdjęcie.

Już lepiej, prawda? Wszystko to to najjaśniejsze odcienie z palety. Środkowy i ten po prawej (a po prawej jest właśnie Eveline) to odcienie ivory. Kość słoniowa czyli. I jasne to ma być. Z założenia.

Jak to się ma do mojej skóry? Ułatwię sprawę i powiem, że odcień po lewej (Rimmel) wydaje się ciut za jasny (hallelujah!), ale po rozprowadzeniu jest idealny. Lirene jest na granicy akceptowalności. Na początek dnia może być, ale uwaga, z godziny na godzinę ciemnieje. Powiedzmy jednak, że tragedii odcieniowej nie ma. Natomiast po prawej mamy najjaśniejsze coś z palety Eveline. I jak się pytam WTF??!!

To może jeszcze jedno zdjęcie.

Nałożyłam podkład Eveline na twarz i powiem wam, że w życiu nie byłam taka zjarana. Nawet po Tunezji nie miałam takiej opalenizny. Różnica między twarzą a szyją jest tak szokująca, że normalnie wysiadam. WTF, że tak powtórzę? Jeśli to jest odcień ivory, to jak wyglądają ciemniejsze, na Boga? Żeby odcień mi pasował, musiałabym dojść jak grzanka pod ultrafioletem i przyjąć promieniowanie przekraczające dawkę śmiertelną. Dramat to mało, to jakaś tragedia szekspirowska, a one krwawe były. Podkład, owszem, nieźle się trzyma, dobrze rozprowadza, ale odcień, ODCIEŃ!!!

Nie wiem, co sobie myślą producenci, ale chyba pora to wszystko ujednolicić. Nie zawsze, kufa, jest tester w sklepie. Odcienie o tej samej nazwie się różnią tak drastycznie jak buty dziecięce w tych samych rozmiarach a od różnych producentów. Nie wiem, co myślał ten, kto ustalał odcienie w podkładach Eveline, ale chyba nie był trzeźwy. Na trzeźwo nie da się wymyślić ivory, które jest ciemniejsze niż np. podkład „opalony” w Sorai czy warm beige z Avonu.

Wot i tak. Trzecie podejście, trzecie rozczarowanie. Chyba z podkulonym ogonem wrócę do City Matt. Ciut za ciemny, ale oprócz tego znakomity.

Notka przeniesiona z mojego drugiego bloga „My, babki”.

4 KOMENTARZE

  1. hmmm ja też jestem bladolica i zawsze wybieram odcień porcelain… Ale kiedyś dostałam próbkę podkładu Second Skin z FM Group i akurat był to kolor cinnamon. No ja i cynamon – dobre sobie! Ale użyłam i się zdziwiłam. Bo chociaż przy rozprowadzaniu faktycznie ciemnawy, tak już na buzi ładnie się stapia z cerą i w życiu nikt by nie powiedział, że to cynamon. I zakupiłam całe opakowanie:) Podkład super, choć nie najtańszy.

    • krusz, a rozważasz minerałki? ja znalazłam ideał w podkładzie kryjącym annabelle minerals, kolor golden fairest i fair (ten ciut ciemniejszy, ale nadal jasny).
      Jeszcze żaden podkład nie dawaj u mnie takiego efektu photoshopa.
      to mówiłam ja-bladolica do kwadratu.

      pozdrawiam,
      E.G.

  2. także bladawcem ekstrmalnym jestem więc doświadczam podobnych perypetii w drogerii. w czasie „na bogato” używam maybelline affinitone odcień 03 light sandbeige (czy jak się tam to pisze) albo dream satin liquid jakiś też jasno-ivorowaty i jest gicior. w tych czasach kiedy gotówka nie chce płynąć strumieniem używam rimela [sic!] aczkolwiek na tyle co smaruję paszczę, to jest to do przeżycia.
    odradzam Ci zdecydowanie zakup kremu bb z garniera do (teortycznie) jasnej cery. tak chciałam być do przodu z czasem i przeciągnąć „jeszcze pięć minut” w łóżku, że aż się przejechałam na tym jak na śliskim g….guanie. koło jasnej cery to to ani nie stało, a efkt matujący dopiero po przytegowaniu pudrem. pfff… oszczędność czasu i kasiury- ŻADNA. jedyny plus- utrwalanie wulgaryzmów.
    cóż… za podkład idealny chyba należałoby zapłacić połowę wypłaty, a i to niekoniecznie, bo co paszcza to opinia. pozdrawiam!