Już, już miałam wyskakiwać z kaski, już przeglądałam, gdzie by tu można ją dostać, ale stało się tak, że książka Doroty Smoleń i Karoliny Piękoś „Sześciolatki w szkole” sama do mnie przyszła. Przyszła i poprosiła, żeby ją przeczytać i powiedzieć, co o niej myślę. Jezusicku, prosić nie musiała, toż z pazurami się rzuciłam! Bardzo byłam jej ciekawa z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego że moje najstarsze dziecko urodziło się w mocno kiepskim momencie historycznym. Od początku dostaje po garach od rzeczywistości. A to nie dostała się do przedszkola, a to jako pierwszy rocznik w 2014 roku pójdzie do szkoły obligatoryjnie w wieku lat sześciu, a to podstawówka, która jest najbliżej domu, już teraz ma tryb dwuzmianowy, to co będzie za rok i tak dalej i te pe. Kwestia przedszkolno-szkolna generuje u mnie permanentny wkurw, co biorąc pod uwagę poziom ministerialnego lamerstwa wydaje się uzasadnione.

Drugi powód jest krańcowo inny. Czytałam książkę Doroty „Mamo, dasz radę” i ujęła mnie szczerość autorki oraz jej lekkie pióro. Bardzo byłam ciekawa jej kolejnej książki. No to mam. Mam i co ja o niej myślę? Popcorn do łapy, cola obok i jedziemy z tym koksem.

szesciolatki-w-szkole

Zanim się nabzdyczysz

W necie krążył, krąży i będzie krążyć zdjęcie jedynie słusznego prezesa (tego od najsławniejszego w Polsce kota) z podpisem „ja się już dzisiaj nabzdyczyłem, a ty?”. Co ma piernik do wiatraka? W samym środku wojny rodziców z ministerstwem, w ogóle w całym zamieszaniu rodzicielskim, nie tylko przedszkolnym (bo jeszcze włączmy matki pierwszego kwartału i inne grupy walczące o swoje prawa) książka mogłaby być odebrana jako pocisk w batalii. „Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o sześciolatku w szkole, a czego nie pokażą ministerialne spoty reklamowe!” – głosi napis na okładce. Ktoś, kto nie zahaczyłby okiem o treść książki, a przy tej okładce pozostał, mógłby sobie dumać, że to pewnie jakieś pełne zacietrzewienia, typowo polskie machanie szabelką. Przyznaję bez bicia, że sama wyobrażałam sobie, że zaraz po przewróceniu dwóch pierwszych stron runie na mnie potok słów wypełnionych rozgoryczeniem i gniewem. Nic z tych rzeczy!

Książka jest napisana w niezwykle wyważony sposób. Ocieka, owszem, ale profesjonalizmem. Każde słowo jest tam gruntownie przemyślane. Nie ma ani trochę zacietrzewienia, nie ma ani trochę okopywania się we własnych przekonaniach i niewyściubiania nosa poza nie. Wprost przeciwnie. Książkę pisały osoby o otwartym umyśle – to widać, słychać i czuć! To nie jest książka dla przeciwników reformy szkolnej albo dla jej zwolenników. To książka dla rodziców dzieci sześcioletnich, dla tych, którzy wkraczają razem ze swoim dzieckiem w zupełnie nowy etap życia. Książka nie indoktrynuje, nie nawraca, nie przekonuje do jedynie słusznej idei. Książka informuje, jakim dzieckiem jest sześciolatek, jakie ma potrzeby, czego możemy się spodziewać, co jest dla niego normalne, a na co powinniśmy zwracać uwagę, co nas czeka i co może się zdarzyć.

Oczy szeroko otwarte

Chyba najczęstszą moją reakcją, kiedy czytałam tę książkę, było „o, mam to! O, to też mam! I to mam, i to, i to!”. Jakbym czytała o własnym dziecku. Z każdą kolejną stroną spływała na mnie z jednej strony coraz większa ulga, że po pierwsze jestem normalna (a myślałam, że mam nierówno pod sufitem), po drugie, że moje dziecko też jest normalne i wszystko, co mnie spotyka, jest tak typowe, że już bardziej nie można. Z drugiej strony z każdym zdaniem docierało do mnie coraz mocniej, ile jeszcze pracy mnie czeka. Ba, że teraz dopiero praca się zacznie. Do tej pory miałam względną plażę, a to, co odbierałam jako hardcore, było jedynie rozgrzewką przed rozgrzewką, bo nawet nie przed wyścigiem. Mnie jako rodzica sześciolatki, która zacznie swoją przygodę ze szkołą, czeka naprawdę wielka praca polegająca na dawaniu wsparcia, pomocy podczas odrabiania lekcji, bycia z dzieckiem, wyczulenia na wszelkie sygnały alarmowe i takie tam inne sprawy.

Książka bardzo dużo mi wyjaśniła. Zrozumiałam wiele sytuacji, które do tej pory wyprowadzały mnie z równowagi. To nie znaczy, że teraz nie wyprowadzają. Wyprowadzają, ale mniej, bo wiem, dlaczego moje dziecko zachowuje się tak a nie inaczej.

Technikalia

Przyjrzyjmy się teraz książce od strony „bebechów”. Dorotę Smoleń znakomicie się czyta! „Sześciolatki w szkole” się chłonie! To jest poradnik, ale napisany tak wartkim językiem, że w ogóle nie jesteśmy przytłoczeni „poradnikowością”. Jest w niej ta sama szczerość i uczciwość względem siebie i czytelnika, co w książce „Mamo, dasz radę”. To cudownie. Dzięki temu mam wrażenie, że pisana jest dla mnie, że autorka ze mną rozmawia, mówi do mnie. To rewelacyjne uczucie i na palcach jednej ręki mogę policzyć te poradniki, które też je generują. Sposób wypowiedzi jest prosty (ale nie przesadnie, taki akurat, żeby nie zmęczyć) i dostępny dla każdego.

Książka nie jest długa, ale nie odnoszę wrażenia, że potraktowano w niej zagadnienie po łebkach. Nie. To kompendium wiedzy, coś w rodzaju „bryku” z sześciolatka, a nie doktorat czy rozprawa naukowa. To zbiór wskazówek dla rodzica i nauczyciela, wstęp do tego, co każda osoba może potem zbudować sama.

Wady? Widzę jedną. Nie wiem, kto wpadł na pomysł wydania książki w takim formacie, ale to jakieś nieporozumienie. Może koszty zadecydowały, ale tak czy siak kiedy człowiek jedzie w tramwaju (bo kiedy mam czytać, do licha, w nocy piszę, czytam w tramwajach 😉 ), to nie poczyta, jeśli nie usiądzie. Format jest fatalny, niewygodnie się książkę trzyma. Jeśli to miała być oszczędność na kosztach, to postulowałabym orientację w pionie. Ale dobra, to jedyne, do czego mogłabym się przyczepić.

Polecam czy nie polecam?

Książkę gorąco polecam każdemu rodzicowi dziecka pięci0-, sześcio- i siedmioletniego. Bardzo, bardzo wiele wyjaśnia, bardzo pomaga zrozumieć i odkryć na nowo własne dziecko. Szczerze żałuję, że mój mąż jej nie przeczyta, a nie przeczyta, ponieważ jako modelowy samiec alfa z definicji nie tyka niczego, co daleka pachnie poradnikiem dla rodziców. Będę musiała sama informować, że to czy to jest normalne i że tu czy tu musimy dziecko wesprzeć, bo ono ze względu na specyfikę wieku tego potrzebuje. Bardzo boję się też o to, czy ja zadaniu sprostam. W domu głównie mnie nie ma. Pomaganie w lekcjach nie będzie moją domeną, bo ja ściągam do chałupy około godziny dziewiętnastej. Czy mój mąż będzie wiedział, że pomoc na tym etapie jest zupełnie normalna i czy ustrzeże się postawy w stylu „niech sama przetrenuje, jak parę razy zaliczy dołek, to się nauczy”? Chcę wierzyć, że będzie dobrze.

9 KOMENTARZE

  1. A czy Szanowna Krusz podpisała się pod wnioskiem o referendum ogólnokrajowe w sprawie reformy edukacji?! Jeśli nie to migiem drukować kartę do zbierania podpisów, podpisać się, odwiedzić rodzinę bliższą i dalszą – niech każda żona brata męża ciotki od strony wujka Mietka się podpisze, odgrzać wszelakie kontakty towarzyskie, ukłonić się nisko sąsiadce.. i też niech się podpisze…A potem poczta, polecony priorytet i … „Pani Minister, ta reforma nie wejdzie w życie!!!” 😛

    Więcej szczegółów tu: http://www.rzecznikrodzicow.pl/referendum-edukacyjne-ratuj-maluchy-i-starsze-dzieci-tez

    Podpisy zbierane są do 1 czerwca. Potrzebnych jest 500 tyś, jest już ponad 433 tysiące.

  2. I nas niestety nie ominęły te same „przyjemności” co Jadzię 🙁
    I ciągle liczę, że wycofają się z reformy.
    Recenzja ciekawa, pewnie skuszę się na książkę.

    • Ja nie mam absolutnie nic przeciw obowiązkowi szkolnemu od 6. roku życia. W wielu krajach europejskich tak jest. Ale niech to będzie robione z głową, a nie na wariata. Na razie mamy gigantyczny, galopujący bałagan, bzdurne przepisy i zero pomysłu na przeprowadzenie reformy. Już pomijam takie drobnostki jak brak odpowiedniej ilości szkół i odpowiedniej ilości zatrudnionych nauczycieli.
      W kraju, gdzie mieszka moja siostra, jest obowiązek szkolny od 6. roku życia. ALE jest też obowiązek przedszkolny od 4. roku życia i nie ma w związku z tym najmniejszych problemów ze znalezieniem miejsca w przedszkolu. Jest spójna i obowiązująca wszystkich podstawa programowa, dlatego nauczyciel otrzymujący pod opiekę 6-latka wie, czego może się spodziewać. Niuans polegający na klasach złożonych z góra 17 uczniów pominę litościwym milczeniem. U nas natomiast jest wolna amerykanka. Jeden wielki burdel. A moje, między innymi, dziecko będzie ponosić konsekwencję czyjegoś pomysłu na przetrwanie na ministerialnym stołku.

  3. Książkę na pewno nabędę drogą kupna, ale jak Boga kocham – jeśli jeszcze raz gdzieś przeczytam, że : „Jeśli nie to migiem drukować kartę do zbierania podpisów, podpisać się, odwiedzić rodzinę bliższą i dalszą – niech każda…” itd. itp. to kopnę w kalendarz… wg mnie, w którym by to nie było robione momencie i tak będzie w tym permanentny problem – dlaczego? ano dlatego, że zaczęto zamykać placówki oświatowe, gdy nasz wyż demograficzny wyszedł ze szkół. Stąd wziął się cały problem. Plus to, co wyprawia związek nauczycieli polskich, czy jak się ich tam nazywa, a wyprawia dlatego, że są niedofinansowani, a dlaczego? ano dlatego, że się nie docenia ich pracy… i tak można ciągnąć tę litanię w nieskończoność. Rodzic jako taki został sam na placu boju i powiem szczerze – ja się cieszę, że moje dziecko w wieku lat 5 (czyli tenże wrzesień) zaliczy zerówkę szkolną. Powiem więcej – ewidentnie nie mam nic naprzeciwko. Dzieci w tym wieku są nad wyraz inteligentne, chłonne i lepiej się przystosowują do okoliczności a naszym zadaniem jako rodzica jest mu w tym ze wszech miar pomagać. Cieplarniane warunki jeszcze nikogo niczego nie nauczyły – widzę to po mojej pociesze… dobrze, że jeszcze nie założyłam mu kasku na głowę, jak sugerowano to w niektórych czasopismach rodzicielskich, bo już w ogóle nie zdawałby sobie sprawy, że kontakt głowy z podłogą / kantem / drzwiami / inną głową – może się zakończyć tylko bólem… także nie przesadzajmy z tą kwestią juz naprawdę…
    Za recenzję dziekuję i śmigam do sklepu :o) internetowego :o)