Cynik zerknie na tytuł i powie, że się nie da. Normalnie z cynikiem bym się zgodziła, albowiem charakter mam wredny i spaczony przez życie, ale właśnie na sobie dokonuję eksperymentu, który każe mi stwierdzić coś zupełnie odwrotnego i pokazać cynikowi środkowy palec, ewentualnie bardziej kulturalnie wystawić język. W połowie lutego rozpoczęłam zrzucanie kilogramów i waga wyjściowa wynosiła 71,8 kg. Moje BMI ewidentnie wskazywało, że mam nadwagę (niewiele, ale jednak). Po trzech miesiącach ważę 65,3 kg. BMI w normie, a ja czuję się znacznie lepiej. Czy 6 kg w trzy miesiące to dużo? Nie. To tempo bardzo umiarkowane. Czyli nie zarzynam się, nie głodzę, a chudnę. Jak to zrobić? Proszę bardzo, zapraszam od kuchni.

Z tego, co po sobie widzę, trzy rzeczy są bardzo ważne i wspólnie odpowiedzialne za sukces:

  • cel
  • metoda
  • konsekwencja

Troszkę o wszystkim po kolei.

Cel

Cel powinien być konkretny, ambitny, ale jednocześnie możliwy do zrealizowania. Konkretny, czyli ściśle określony. Ja wyznaczyłam sobie zejście do 61 kg, ale cel uznam za zrealizowany, kiedy waga osiągnie 63 kg. Powiedzenie „schudnę trochę” czy „nieco zrzucę” nie jest postawieniem sobie celu, bo „trochę” i „nieco” albo „dużo” to określenia, które znaczą wszystko i nic i które można przedefiniowywać w zależności od okoliczności. Jak nam się chce to „trochę” znaczy dużo, a jak nam się nie chce, to znaczy tyle, co nic. Nic nie osiągniemy bez konkretu. Określ ściśle ilość kilogramów, których chcesz się pozbyć. Jeden? Pięć? Dwadzieścia? Nieważne. Konkretna liczba. Mój cel to 10, ale cel uznam zaliczony przy ośmiu.

Nic tak nie demotywuje, jak cel, którego za cholerę nie da się osiągnąć. Jeśli więc coś sobie wyznaczamy, to musi mieć ręce i nogi. Umówmy się, że opcja „zrzucę 25 kg w trzy tygodnie” jest z dupy i ogólnie bez sensu. Ja na zrzucenie 10 kg dałam sobie pół roku, czyli niecałe 2 kg na miesiąc. To niewiele, ale wystarczająco dla mnie. Znam swoje możliwości i idę zgodnie z planem. Z kolei zbytnie rozciągnięcie w czasie sprawia, że efekty działań są słabe do zauważenia, a to nie mobilizuje do dalszych starań.

Metoda

Inaczej technikalia, inaczej wskazówki, co żryć, panie premierze, co żryć. Mój sposób podpasuje tym, którzy lubią nabiał. Sorry Batory, lajf is brutal end ful of zasadzkas, jak mawiali starzy górale. Moja wersja jest zmodyfikowaną dietą białkową. UWAGA! Mocno zmodyfikowaną! Na tyle, że ciężko mówić o trzymaniu się oryginału, powiedzmy jednak, że szkielet pochodzi właśnie z niej, a obudowałam własną treścią.

Zanim przejdę do konkretów (no tak, jeszcze nie przeszłam, wytrzymajcie), trzeba sobie powiedzieć kilka ważnych rzeczy. Co jest głównym paliwem dla organizmu? Węglowodany. Organizm zdobywając energię przede wszystkim i w pierwszej kolejności spala węglowodany. Jeśli ich brakuje, bierze się za tłuszcze. Jeśli brakuje węglowodanów i tłuszczy, przychodzi kolej na białka. Jeśli spalamy białka, to znaczy, że jest źle. To znaczy, że głodujemy i to tak poważnie. Osoby cierpiące z powodu głodu, umierające z głodu mają zredukowane organy wewnętrzne, jak wynika z sekcji zwłok (strasznie to brzmi, wiem). Organizm trawi własne tkanki. W pierwszej kolejności bierze się za te narządy, które najmniej znaczą z punktu widzenia utrzymania czynności życiowych (np. wątroba, która ma zdolność do regeneracji), w dalszej kolejności te, które pełnią rolę strategiczną (mózg nie bywa zredukowany praktycznie nigdy). Nie dopuszczamy do spalania białek (nie działamy agresywnie względem własnego organizmu, nie skazujemy się na śmierć głodową, nie dążymy do anoreksji), ale zależy nam na zredukowaniu tkanki tłuszczowej. Co zrobić? Ograniczyć dostawy węglowodanów.

I o to chodzi w tym sposobie. Czyli o co konkretnie? Proszszszsz.

  1. Odstawiłam wszystkie produkty wysokowęglowodanowe, czyli inaczej… mączne. A zatem zero pieczywa (w każdej postaci, chrupkie nie chrupkie, dowolne), zero makaronu, zero kasz, ryżu itp., zero pierogów, naleśników, zero panierek, zero chipsów, paluszków itp. A rosołek jak zjeść? Bez makaronu, a na przykład z drobiowym mięsem i marchewką, ale o tym potem.
  2. Nabiał – jak najbardziej wskazany, ale uwaga: jogurty, serki itp. wyłącznie naturalne. Wbrew pozorom lepszy jest jogurt grecki, który ma 10% tłuszczu i 3% węglowodanów niż jogurt owocowy, który tłuszczu ma 2 lub 3%, ale cukrów co najmniej 15%. Patrząc z tego punktu widzenia świetnym pomysłem przekąski jest żółty ser. Ma co prawda sporo tłuszczu, ale też dużo białka i zero (okrągłe zero) węglowodanów. Wszelkie odmiany białego sera są mile widziane.
  3. Mięso – jem dowolne (podkreślę: DOWOLNE) w dowolnej postaci, jednakowoż z akcentem na nabiał i ryby. To nie oznacza, że wpierdzielam wyłącznie kurczaki, nie. Tak samo jem schab, szynkę, karczek (a co), jak indyka, kurczaka czy kaczkę (a kaczka jest tłusta). Jem i wędzoną makrelę, i chudego śledzika w zalewie octowej. Jem każdy rodzaj mięsa. Pieczony, duszony i smażony. Z jednym wyjątkiem: kotlety mielone to zło (używamy do ich produkcji bułki tartej), a panierkom mówimy stanowcze nie. Jeśli więc jem schab, to zrobię go raczej w sosie niż formie kotletów tradycyjnie polskich.
  4. Warzywa – jak najbardziej tak. Normalnie wpierniczam sałatkę, kapustę, pomidory, marchewkę i tego typu bajery. Lubię sałatki i jem sałatki. Raczej z jogurtem niż z majonezem, ale jem i nie odmawiam sobie tego. Warzywa są jednocześnie jakimś tam źródłem błonnika, to też ważne.
  5. Owoce – ograniczone. Owoce mają u mnie kategorię słodyczy. Zawierają bardzo dużo cukru, a cukier to paliwo, a tego paliwa mam unikać, żeby spalały się tłuszcze. Jem jabłka i jakieś tam inne dowolne owoce, ale w ograniczonej ilości. Jest kilka zakazanych, np. winogrona i banany – barrrrrrrdzo kaloryczne.
  6. Ziemniaki won. No niestety, są w tej samej kategorii co chlebek i bułeczki. Zabronione.
  7. Żadnych, absolutnie żadnych słodyczy. Nigdy i nigdzie. Nie ma słodyczy light. Słodycze to słodycze i kropka.
  8. Kawa, alkohol – tak. Ortodoksyjna dieta białkowa każe je odstawić, ale żadna siła na tej planecie nie wymusi na mnie odstawienia kofeiny. Bez szans. Kawa musi być i kropka. Oczywiście niesłodzona. Alkoholu nie unikam, ale siorbię z umiarem. I nie każdy alkohol. Wermut jeszcze tak (choć dużo ma cukru), ale piwo już nie (bomba kaloryczna).

Straszne? Chyba nie.

Konsekwencja

To jest towar deficytowy dla rodzica, wiemy to, prawda? Nic się nie uda bez konsekwencji, ani wychowanie dziecka, ani zrzucenie kilogramów. Jeśli nie jesteśmy odpowiednio zmotywowani, to się za to nie zabierajmy, bo to nie wypali. Trzeba CHCIEĆ. Jeśli się naprawdę chce, idzie za tym działanie. Nie ma taryfy ulgowej. Żadnych ucieczek i myków w stylu „no dobra, dzisiaj wyjątkowo ciasteczko, wszystko jest dla ludzi, takie malutkie, więc co tam”. Nie. Zero słodyczy to zero słodyczy i koniec dyskusji.

Trzeba sobie sukcesywnie przypominać, do czego dążymy. Moim celem jest zrzucenie kilogramów i osiągnięcie wagi między 61 a 63 kg. Jeśli będę stwarzać sobie wyjątki od reguły, to nie dojdę do tego, do czego dojść zamierzam, a to sprawi, że całe to staranie będzie o kant dupy rozbić. Albo chcemy osiągnąć cel, albo nie chcemy. Jak nie chcemy tak naprawdę, to nie ma co się katować. Jeśli jednak chcemy, to nie widzę powodów na szukanie wymówek. Konsekwencja działania to jeden z tych trzech kluczy do sukcesu.

Bardzo ważne w moim postępowaniu było uświadomienie sobie, że robię to dla siebie. Tylko DLA SIEBIE. Nie dla męża, nie żeby podobać się innym mężczyznom, nie żeby kobity wywaliły gały i zalały się żółcią ze złości, nie dla uznania, dobrego słowa, akceptacji i czegoś tam. Robię to tylko i wyłącznie dla siebie. To ja jestem celem działań i mój własny organizm. Ja i kropka.

Muszę też szczerze powiedzieć, że chudnięciu sprzyja moja praca. Mówiąc bez ogródek, mam w niej taki zapierdziel, że człowiek często nie wie, jak się nazywa. Nie ma czasu pomyśleć o jedzeniu, nie mówiąc już o przejściu od słów do czynów. To niedobrze, ale tak już jest. To oznacza jednak, że stosowana przeze mnie metoda wcale nie musi zadziałać w przypadku innej osoby. Jak zwykle. Póki co do pracy latam wyposażona w nabiał w postaci serków i jogurtów. Jest dobrze 😉

No dobra, a co potem? Co kiedy już dojdę do 61 kg? Jak dalej jeść? Wrzucamy na luz i wio po frytki z majonezem i pizzę? No nie. Trzeba będzie konsekwentnie (ach, to słowo…) trzymać się ustalonego planu żywienia, lekko łagodząc wyznaczniki. Ta dieta nie jest tak naprawdę dietą, ile racjonalizacją sposobu odżywiania się. Stosuję ją bez bólu i cierpienia, nie widzę powodu, dla którego nie miałabym tego kontynuować. Jest mi z tym dobrze. Pewnie po osiągnięciu celu zapodam sobie jakieś pieczywko (w ograniczonej ilości), ale będę kontrolować wagę i kontrolować, co jemy.

jedzenie

9 KOMENTARZE

  1. Gratuluję, ale coż -wyboru diety nie pochwalam. Brak węglowodanów złożonych i dużo białka…każdy dietetyk powie, że to nie jest najzdrowsza dieta. Sztuką jest tak zrównoważyć posiłki, żeby zawierały wszystkie niezbędne skłądniki: białka, tłuszcze i węglowodany.
    Ale wierzę, żeś mądra baba! Trzymam kciuki!

    • No właśnie, to samo chciałam napisać 🙂 Węlowodany nie są złe – oczywiście te złożone, z kasz, brązowego ryżu, pełnoziarnistych produktów. A za dużo białka może między innymi obciążyć nery niestety. Najlepsza dieta jest zrównoważona, potem najłatwiej też kontynuować taki styl odżywiania. To pisałam ja – świetny teoretyk 😉
      Tak czy inaczej – ogromny szacun za konsekwencję i też trzymam kciuki za osiągnięcie celu.

      • OK, nikt nie powiedział, że będę to ciągnąć w nieskończoność. Poza tym nie jem zatrważającej ilości nabiału, jem go tyle, ile jadłam do tej pory. Odstawiłam produkty zbożowe 🙂

        Węglowodany nie są złe, jasna sprawa, ale czasowe ich zredukowanie przerzuca działanie organizmu na spalanie tłuszczów. I o to chodzi. Kiedy osiągnę upragnioną wagę, będę stopniowo z powrotem wprowadzać do diety pieczywo z pewnymi ograniczeniami. Białe na przykład zastąpię ciemnym, no i ograniczę jego ilość, bo żarłam bez pamięci. Poza tym definitywnie odstawiam słodycze. Słodycze nie są organizmowi potrzebne 🙂

        • tak ale spalając tłuszcz w nieobecności węglowodanów, wprowadzasz się w stan kwasicy ketonowej…a to może być groźne…plus rozleniwiasz jelita…dodaj do jogurtu łychę otrąb czasem, garść ugotowanej kaszy/ciemnego ryżu do mięcha, ziemniaka (z koperkiem)…długofalowo będzie lepiej, bo nie odzwyczaisz organizmu od glutenu…

  2. No tak, każdy ma jakąś inną definicję słów „skutecznie i bezboleśnie”. Bo skuteczna – być może – ta Twoja dieta jest, ale jak dla mnie baaaaaaaaaaardzo bolesna. Znaczy u Ciebie zdaje egzamin, dla mnie byłaby katorgą. Ze mną to w ogóle ze wszystkim pod górkę, bo ja bardzo odporna jestem, ale jednak taka dieta to dla mnie koszmar, a nie „bezbolesne” chudnięcie. Także nadal twierdzę, że nie da się schudnąć bezboleśnie i wcale nie jestem cynikiem tylko realistką 🙂

    • Oj da się, i to w całkiem przyjemny sposób; właściwie to schudnięcie jest tu skutkiem ubocznym… 😉
      Substancje mocno psychoaktywne, przybywajcie!

  3. na wszystko trzeba czasu, niestety od tak się nie da przytyć a tym bardziej schudnąć, troszkę zmian żywieniowych, dużo ruchu i tyle 🙂 Jednak warto pamiętać że dieta to 70% sukcesu.