Tak sobie tu od pewnego czasu pitu-pitu, nawijam o pierdołach, bez których w życiu spokojnie można sobie poradzić, aż uświadomiłam sobie nagle, że skoro już tak o makijażu najczęściej, to warto podzielić się tym, co podbiło moje serce, stoi na szczycie hierarchii i na co gotowa jestem zrujnować się zawsze. Jak śpiewał klasyk, tysięczny tłum spija słowa z mych ust, a skoro spija, to niech to będzie ambrozja 😉 Co więc warto kupić, jeśli chodzi o makijaż? Lista totalnie subiektywna i co mnie pasuje, może okazać się totalnym niewypałem w przypadku innych. Pamiętam o tym i ewentualne reklamacje dzielnie przyjmuję na klatę.

Korektor pod oczy

Próbowałam kilku, ale rządzi, wymiata, miażdży mnie i wyciska fontannę łez ze szczęścia korektor firmy Inglot.

Znakomicie tuszuje, jest nieprawdopodobnie wydajny, a w relacji do tej wydajności cena 25 zł za 5 ml jest po prostu śmiesznie niska. Świetnie się trzyma, nie znika, znakomicie rozprowadza. Kupno tego kosmetyku to jedna z moich najlepszych decyzji. Poleciła mi go pewna makijażystka, która używa korektora Inglot w swojej codziennej pracy. Miała baba rację. Gorąco polecam.

Baza pod cienie

Używać nie trzeba, ale jeśli ktoś już to robi, to doskonała jest baza pod cienie firmy Art Deco.

Zużyłam kilka opakowań. Jest absolutnie cudowna. Sprawia, że najgorszy badziew trzyma się na powiekach kilkanaście godzin. Można eksperymentować z kolorami cieni, kupując jakąś rzeźnię po 3 zł, bo na tej bazie będą się trzymać jak produkty z wyższej półki. Nie przesadzam. Baza kosztuje około 35 zł (chyba że coś się zmieniło), ale starcza na baaaaaardzo długo. W moim przypadku każde z opakowań zużywałam w ciągu co najmniej dziewięciu miesięcy, nawet do roku czasu. Nakłada się jej mikroskopijne ilości, chwile odczekuje i nakłada cienie. Efekt jest piorunujący. Warto mieć w swojej kosmetyczce, zwłaszcza jeśli mamy w planach jakieś densy w klimacie tropikalnym i obawiamy się, że nam makijaż spłynie.

Róż do policzków

Bourjois, potem długo, długo nic i dopiero cała reszta. Róż, którego nie da się przedawkować.

Nawet załączony do opakowania pędzelek daje radę. Odcieni całe mnóstwo, każdy coś dla siebie wybierze. Wydajność jest po prostu przerażająca. Jeden róż kupujemy na całe życie, bo nie zużyjemy tego za cholerę. On się normalnie nie kończy. Drogi jest, te kilkadziesiąt złotych kosztuje, ale warto dać za niego każde pieniądze. Znakomity.

Cienie do powiek

Och, tu można by wymieniać, ale powiedzmy, że zawsze kupię cienie Inglot i cienie Vipera.

Cienie Inglot

Cienie Vipera

Vipera jest tańsza, orgią kolorów z powodzeniem nadąża za Inglotem, cienie ładnie trzymają się na powiece, są intensywne (dla mnie to zaleta), nie osypują się. Co tu gadać – są znakomite! Inglot odleciał nieco z cenami, ale też mocno poprawił jakość swoich produktów i mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że cienie Inglota zawsze warto kupić.

Tusz do rzęs

Jak dla mnie Bourjois Volume Glamour i jego drugie wcielenie Ultra Black nie ma sobie równych.

To właściwie ten sam produkt tylko w różnych opakowaniach. Jakość identyczna w obu przypadkach i równie wysoka. To najlepsza maskara, jaką w życiu miałam. Fakt, nie miałam okazji przekonać się o jakości produktów z wyższej półki, ale cały czas pamiętamy, że lista the best of jest mocno subiektywna 😉 Tusz Bourjois znakomicie przedłuża rzęsy, znakomicie pogrubia, nie osypuje się, nie skleja rzęs i jestem w stanie osiągnąć naprawdę zabójczy efekt. Bozia co prawda na rzęsach nie oszczędzała (ale odjęła z biustu), jestem jednak zdania, że maskara poradzi sobie z każdymi rzęsami.

Błyszczyk

No, tu będzie grubiej. Helena Rubinstein Stellars Gloss

Absolutnie znakomity. Świetny efekt daje na ustach, długo (jak na błyszczyk) się utrzymuje, bardzo dobrze nakłada, nie skleja, pięknie pachnie i… słono kosztuje. No niestety, trzeba na niego wywalić prawie 90 zł. Sama nie kupiłam, wygrałam kiedyś w konkursie (razem z kosmetyczką, która służy mi do dziś i lakierem do paznokci, który był beznadziejny).

Z czystym sumieniem polecić mogę również błyszczyki Bourjois (tak, tak, znowu Bourjois) Effet 3D.

Cena z deczka spora, bo 40 zł, ale błyszczyki Effet 3D są niesamowicie wydajne. Zamiast klasycznego wyciorka jest pędzelek, ale wbrew pozorom nakładanie dzięki temu jest precyzyjniejsze. Błyszczyk jest półtransparentny, delikatnie muska usta kolorem i utrzymuje się dłuższy czas. Odcieni ma mnóstwo. Miałam kilka i za każdym razem byłam zachwycona.

Podkład

No tak, został nam podkład. I tu jest zgryz, ponieważ do tej pory nie natrafiłam na taki, przed którym mogłabym bałwochwalczo paść na kolana. Wskazałabym jednak dwa, które w moim odczuciu ponad poziomy wylatują, choć do euforii jeszcze trochę zostaje.

Podkład Lirene City Matt

Znakomicie się utrzymuje, długo matuje, nie tworzy maski, wygładza cerę, ukrywa nierówności – zalet ma naprawdę sporo. Kolor jasny mógłby być jaśniejszy (City Matt jakieś wyjątkowo ciemne są), ale tak poza tym daje radę. Z pewnością kupię go jeszcze nie raz.

Drugi mój typ to Soraya Makeup Sceniczny

Mam same dobre wspomnienia. Kosztuje i działa tak samo jak Lirene City Matt. Koniecznie w wersji matującej, bo miałam możliwość spróbować jeszcze kryjącego, ale – jak śpiewa klasyk – to już nie to samo. Kryjący nie powala, natomiast w matującym trudno znaleźć wady.

Można mieć typy, rzecz jasna, zupełnie inne. Te są moje. Jeszcze mnie nie zawiodły.

Notka przeniesiona z mojego drugiego bloga „My, babki”.

5 KOMENTARZE

  1. Baza Art Deco wymiata! Z Twoich KWC bardzo lubię też róż i błyszczyki Burżuja (droższych nie próbowałam, więc nie mam porównania). Ostatnio z rzeczy naustnych zakochałam się w Loreal Shine Caresse, daje trochę błyszczykowy efekt i jest zadziwiająco trwała. Wytrzymuje jedzenie i picie, aż byłam w szoku 🙂
    Podkłady to temat trudny, bo idealnego nie znalazłam, za to wciąż zaliczam wpadki. Lubię Healthy Mix od Bourjois, ale ostatnio podobno jest nowa wersja, z opinii wynika, że gorsza 🙁

  2. Ja miałam kiedyś podkład Yves Saint Laurent – to był podkład idealny! Kupiony podczas wielkiej wyprzedaży sklepów Duty Free w Warszawie z powodu likwidacji terminala. Skończył się, a drugiego takiego nie kupiłam, kosztuje coś około 2 stów.

    a z Twojej listy ma dokładnie taki sam cienie do powiek – Inglota (świeżutki nabytek, kupiony w sumie też jaka tańszy zamiennik cienia YSL – również z Wawy) ale jakość przednia. I maskarę mam od burżuja, taką samą, jestem zadowolona.

  3. jeśli chodzi o podkłady rujnuję się od lat na Clinique Superbalanced Makeup. Podpasował mi bardzo, co poradzę 😉
    Puder w kamieniu- Max Factor, od zawsze.
    Kredka- ostatnio ArtDeco, ale Rimmela też darzę sentymentem. O sephorowych nie wspominając 😉
    Tusz- Bourjois Volume Glamour, bez dwóch zdań. Kiedyś dostał mi się jakiś z wyższej półki, nie pomnę już marki, ale żadnych cudów, których nie byłby w stanie zrobić B, ten wysokopółkowy też nie czynił. Więc po co przepłacać, jak mawia reklama 😉
    Cienie- Inglot, IsaDora, Loreal
    Baza pod cienie- ArtDeco, bezkonkurencyjne
    błyszczyk- Avon kiedyś miał bardzo fajny, ale to lata temu było…
    szminka: Bourjois lub Loreal

    Więcej grzechów nie pamiętam 😉

  4. podkład – zakochana w BeYu Velvet Mat Foundation. Drogi, oj drogi ale jakość, wydajność i efekt są boskie.
    puder – Max Factor Transparentny
    cienie – Inglot, Vipera (niestety w UK brak i muszę uśmiechać się do Mamy)

    reszta nadal w fazie eksperymentów