Bielenda atakuje! Kremy, kremy, kremy…

1
3183

Dzięki Zosi (Zosiu, całusy, uściski, Ty wiesz 🙂 ) stałam się posiadaczką nieprawdopodobnej ilości kremów do twarzy. W życiu nie miałam tylu na raz, a mam ich chyba sześć. Dobra, dla kogoś to może norma, ale ja jestem z gatunku tych ciemnogrodzkich hardcore’owców, co to przez dłuższy czas W OGÓLE nie używali żadnego kremu (nawet pod oczy, jak o tym pomyślę, to od razu sięgam po batog i włosienicę), żyjąc w przekonaniu, że są na wszystko uczuleni (a nie byli) i karmiąc swojego prywatnego demona lenistwa. Mam więc teraz tych kremów ho, ho i jeszcze trochę, no i je sprawdzam na sobie. Dzisiaj postanowiłam poużywać sobie nieco na Bielendzie. Ofiarodawczyni moich kremów, delikatnie rzecz ujmując, nie mdlała z zachwytu na myśl o nich i była ciekawa mojej opinii, opinię niniejszym więc upubliczniam 😉

I co? I ja też nie mdleję. To znaczy spoko, kremy ogólnie dobre są, nawilżają, wchłaniają się nawet o tyle, o ile, robią mi dobrze, rano skóra jakoś tam przypomina ludzi i mniej mam pracy przy usuwaniu efektu zombie, ale… cóż, brakuje im jednego podstawowego „cusia”, który z założenia posiadać miały. Nie nadają się mianowicie do skóry tłustej i mieszanej, dla której były przeznaczone. Konkretnie to były dla niej przeznaczone na dzień. Bo na noc to proszę bardzo, sprawdzają się cudownie. Lecimy z tym koksem.

Bielenda Esencja Młodości to krem – jak czytamy – nawilżający na pierwsze zmarszczki dla skóry po 30. roku życia. Jeszcze trzy lata i będę mogła z czystym sumieniem stosować kremy do cery dojrzałej, ech. Teraz też stosuję, tylko sumienia czystego nie mam 😉 Krem nie zmniejsza i nie usuwa oczywiście pierwszych zmarszczek i na dobrą sprawę, jeśli ktoś twierdzi, że jakikolwiek krem jest w stanie TRWALE usunąć oznaki starzenia się skóry, to będzie u mnie w top 10, jeśli chodzi o naiwność. Nie ma opcji. Ani Bielenda, ani wszelkie diory czy szanele tego nie potrafią. Na pewien czas – owszem, ale żaden krem skóry nie odmłodzi, czasu oszukać się nie da. Nie szukam więc w smarowidłach do twarzy tego, co one tak uparcie obiecują, spodziewam się natomiast pielęgnacji. Pielęgnacja w przypadku Esencji Młodości owszem jest. Krem jest delikatny, skóra jest odświeżona, nie podrażnia, nie robi krzywdy i byłby świetnie sprawdzającym się kremem typowo na noc. Na dzień do skóry tłustej nie nadaje się kompletnie. Kiepsko się wchłania, zupełnie nie nadaje się pod makijaż. Ma jednak cechę nie do pogardzenia – nie kosztuje dużo i jest ogólnodostępny.

Bielenda wyraźnie postawiła na młodość i nadal do mnie uderza od tej strony barykady. Młodzieńczy Blask, matujący krem ultra nawilżający. Na dzień i na noc. Nie za bardzo ogarniam, po kiego mi krem matujący NA NOC. Może żeby lepiej wypaść wizualnie na randce z własnym mężem? Mężu jednakowoż ogląda mnie co rano i jeśli do tej pory nie uciekł z wrzaskiem, to znaczy, że matowanie tudzież niematowanie ma znaczenie trzeciorzędne.

Dla mnie zresztą też, jeśli chodzi o porę nocną, natomiast na dzień efekt matujący bardzo by się przydał. I tutaj właśnie zonk, bo Młodzieńczy Blask od Bielendy nie matuje kompletnie. Mam też wątpliwości, czy jest tak bardzo ULTRA nawilżający, ale ponieważ jestem niereformowalna i uparcie lamerska, jeśli chodzi o używanie kremów, to pozwolę sobie nie drążyć tematu, albowiem się nie znam.

Poprzestańmy więc na tym, że nie matuje. Nie dość, że nie matuje, to jeszcze dokładnie niczym nie różni się od opisanego w notce poprzednika. Mam wrażenie, że to próba sprzedania tego samego produktu pod dwoma różnymi nazwami. Mają prawo? Mają. Opakowania podobne łudząco, musiałam się upewniać, czy wstawiam właściwą fotkę. Podobieństwo w zewnętrzu przerzuciło się i na wnętrze.

Stosunkowo najlepiej z całej trójki wypada propozycja najtańsza, czyli Bielenda Ogórek & Limonka, krem do cery mieszanej i tłustej. Jest najlżejszy i najlepiej się wchłania. Tylko ten krem położony pod makijaż nie spowodował strat w ludziach. Szału nie było, nie ma opcji, nie przy tym stopniu tłustości skóry, ale wrażenie odświeżenia zostało najsilniejsze. No i podkład nie spłynął po godzinie. Miło z jego strony.

Bielenda Ogórek i Limonka nie zostawia na twarzy tłustego filmu, wchłania się natomiast całkowicie. To dobrze. Tak jak w poprzednich przypadkach nie ma mowy o matowaniu i tak jak w poprzednich przypadkach stosuję go na noc. Jest przyzwoity, ale pień bałwochwalczych to on ze mnie nie wydrze. Jeśli więc ktoś szuka czegoś niedrogiego na prezent tudzież potrzeby własne, to mogę polecić. Rewolucji nie wywoła, ale też krzywdy nie zrobi. Howgh.

Tekst przeniesiony z mojego drugiego bloga „My, babki”.

1 KOMENTARZ

  1. Ogólnie Bielendę lubię, ale nie za kremy do twarzy. Ja też z tych… ekhem… tłustych i używałam w związku z tym kiedyś kremiku z limonką. Poużywałam i znudziłam się szybko. Coś mi nie teges. Owszem, krzywdy nie robił, ale też ekskiuzemła: dupy nie urwał:)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here