Wchodzę do fryzjera, rozglądam się, patrzę – Joaśka. Idę do drugiego, siadam, ścinają mnie, a na koniec wyskakuje Joaśka. Potem do trzeciego, a tam Joaśka już wita od progu. Strach otworzyć lodówkę 😉

Chodzi oczywiście o produkty marki Joanna. Joanna za punkt honoru wzięła sobie obsługę włosia i trzeba przyznać, że obszar działania wyrąbała sobie nader szeroki. Notorycznie sięgam po szampony Joanny, a seria z czarną rzepą przeszła do klasyki. Czarna rzepa zresztą dobrze świadczy o samej marce, bo od potężnego odoru, jaki zionął przy aplikacji szamponu przeszła do zupełnie ładnych zapachów, przy czym czarna rzepa jako taka utrzymała się w składzie (czy w ilości mniejszej, tego nie wiem, ale większej pewnie nie).

Szampony więc zaliczyłam (i jeden mam też obecnie), zaliczyłam odżywki (takie se, jak mam być szczera), ale to, na co rujnuję się najbardziej, to produkty do stylizacji. Jak się ma króciuteńką szczecinkę i sztywną na dodatek jak zasady Jarosława Kaczyńskiego, to żeby coś z nią zrobić, żeby uzyskać więcej niż nic, to trzeba się nieco namęczyć. Z odpowiednim żelem, pastą do układania, klejem do włosów, kremem do stylizacji, gumą i tego typu bajerami (no i lakierem oczywiście też) życie jest prostsze. Wydatnie na tym polu pomaga mi Joanna.

Najczęściej kupuję właśnie gumę do włosów, która jest naprawdę dobra. Co prawda nie jest to taka zaprawa murarska jak guma Got to be, która potrafiłaby fikuśnie wystylizować metalowe ogrodzenie, ale za to efekt na włosach zostawia znacznie naturalniejszy. No i ta cena. Joanna jest zwyczajnie przystępna, by nie powiedzieć, że tania. Nic dziwnego, że tyle zakładów fryzjerskich ma u siebie tę markę. Nawet jeśli pracują na Wellach i innych L’Orealach, to zawsze jakaś Joanna się tam pałęta, co bardzo dobrze o niej świadczy, bo dany zakład nie może sobie pozwolić na niezadowolonych klientów.

Jest Joaśka, jest dobrze. Ubolewa jedynie, że tak ciężko dostać ich szampony koloryzujące. Farby znam – krzywdy mi nie zrobiły. Szampony chciałabym wypróbować.

Tekst przeniesiony z mojego drugiego bloga „My, babki”.

BRAK KOMENTARZY