Wbrew pozorom nie będzie to tekst o tym, jaki bajer zapodać lub kogo i jak zastraszyć, żeby zdobyć odpowiedni papierek, który ma moc odroczyć obowiązek szkolny dla sześciolatka. Będzie o nudnej do bólu procedurze, o tym, co następuje i w jakiej kolejności. Będzie jak flaki z olejem (a tak na marginesie ja flaczki bardzo, bardzo, kiedyś w końcu muszę zrobić, to jak z sernikiem, też bardzo, bardzo, a dwa razy w życiu robiłam – to było odsłanianie podbrzusza, można czytać dalej), jeśli więc ktoś poszukuje emocji wprasowujących w fotel, to to nie jest ten moment lub nie jest ten tekst.

Nie przystawiałam nikomu broni do skroni (rym-cym-cym), co nie oznacza, że czasem nie pałam taką ochotą w stosunku do tego czy owego, nie łamałam prawa, nie musiałam nawet prosić, grozić, namawiać i przekonywać. Moje dziecko otrzymało odroczenie o jeden rok z bardzo, ale to bardzo prostego powodu: należało mu się jak psu micha, bo trzy przeprowadzone badania, obserwacja przedszkolna i trzy opinie potwierdziły, że ni wuja. Jak pójdzie teraz to na tym straci. Intelektualnie w porzo, motorycznie w porzo, ale emocjonalnie w czarnym zadzie.

Dla rodziców sześciolatków wrocławskich notka będzie kulą w płot, albowiem rekrutacja do szkół właśnie się kończy. Może jednak dalsze części naszego ukochanego i umiłowanego kraju skorzystają. Poza tym zawsze jest ten następny rocznik czy jakoś tak. Słowo „rocznik” kojarzy mi się tylko w jeden sposób, więc z góry wybaczcie.

Dzieci, które mają opuścić przedszkolne mury poddawane są ocenie i obserwacji. Najpierw i przede wszystkim wychowawców. Oprócz standardowej karty oceny czy też rozwoju (ni cholery nie pamiętam nigdy, jak to się nazywa) obserwowane są pod kierunkiem gotowości szkolnej. Pierwsza więc ocena, o której zostałam poinformowana pisemnie, wypadła negatywnie z racji „zaległości” (że tak to kulawo określę) emocjonalnych. Następnie dzieci, co do których wychowawczynie miały wątpliwości, czy z czystym sumieniem można je postawić je na trasie edukacyjnego na poziomie szkolnym, badał pedagog z poradni. W przedszkolu. Zbadał, wnioski wyciągnął i rodzice zostali zaproszeni na konsultacje. Na konsultacjach otrzymałam wstępną opinię co do przystosowania dziecka oraz wyznaczono termin wizyty w poradni, podczas której miało się odbyć jeszcze jedno badanie. No i właśnie jesteśmy na świeżo po wizycie, nadaję niemalże z linii frontu.

Można więc wskazać następujące etapy:

  • Po pierwsze obserwacja dziecka w przedszkolu i ocena wychowawcy
  • Po drugie konsultacje z pedagogiem w przedszkolu i umówienie wizyty w poradni
  • Po trzecie wizyta w poradni.
  • Po czwarte wizyta w szkole właściwej dla rejonu.

No a teraz po kolei.

Stawiamy się na wizytę do poradni w umówionym dniu z opinią wychowawcy przedszkolnego. Wypełniamy wniosek o odroczenie. Pedagog przeprowadza z nami wywiad i zakres pytań jest bardzo szeroki, dotyczy nawet ciąży. Dobrze jest, jeśli rodzice przyjdą razem – my byliśmy wespół w zespół, by żądzy moc móc wzmóc. Zostawiamy dziecko z pedagogiem na około godzinę i wychodzimy na zakupy lub coś w tym guście, a pracownik poradni bada dzieciaka po raz kolejny.

Po około tygodniu otrzymujemy werdykt, pod którym podpisuje się osoba badająca (pedagog), psycholog i ktoś tam jeszcze, zapomniałam kto. Z tą opinią idziemy do szkoły właściwej dla rejonu i tam u dyrektora szkoły składamy wniosek o odroczenie dziecka w obowiązku szkolnym. Dokument z poradni zostawiamy. Dyrektor szkoły powiadamia nas po jakimś czasie o swojej decyzji. Czyli to on jest tą instancją ostateczną. Babka w poradni mówiła, że właściwie nie zdarza się, żeby dyrektor nie zgodził się na odroczenie. W sumie dziwne nie jest. Na cholerę mu problem. Dyrektorka szkoły w naszym rejonie i tak ma niezłą jazdę, bo placówka już teraz działa na dwie zmiany, a lepiej, jak wiadomo, nie będzie.

Nieważne. Ważne jest rzeczy kilka. Po pierwsze, jeśli staramy się o odroczenie, nie bierzemy udziału w elektronicznej rekrutacji. Co jest raczej upierdliwe z uwagi na to, że kody, które się otrzymuje od wychowawców przedszkolnych, są ważne przez 72 godziny, a wizytę w poradni miałam wyznaczoną po tygodniu od rozpoczęcia rekrutacji. Ja wiedziałam, że odroczenie dostanę, bo dziecię ewidentnie się do tego kwalifikowało, ale ci, co planują na krzywy ryj, mogą mieć problem. Nie dostaną odroczenia i co?

Po drugie musimy zadbać o to, co będzie z dzieckiem. My jesteśmy w tej dobrej sytuacji, że już mi zapowiedziano, że w naszym przedszkolu zostanie utworzona specjalna grupa dla dzieci, które otrzymały odroczenie. To cudownie, bo całą trójkę dzieciarów kolejny rok będę wozić hurtem w to samo miejsce i uniknę tego, czego bałam się najbardziej, czyli odwożenia starszego w jedno miejsce, dwójki w drugie, odstawiania auta mężowi do pracy i jeszcze zdążenia do roboty własnej. Jeśli więc spodziewamy się odroczenia, musimy wiedzieć, jak działać dalej.

Po trzecie – łopatologia, truizm i oczywista oczywistość – posłanie dziecka do szkoły jest obowiązkiem konstytucyjnym każdego rodzica. Nie da się nie załatwić sprawy formalnie, zgodnie z procedurą i po prostu puścić potomka rok później, bo tak. Za „bo tak” można mieć ograniczone prawa rodzicielskie. Niby głupie, ale stąd ta cała zabawa.

Po czwarte ciekawe spostrzeżenie, niezależne od faktu nieprzygotowania dziecka jako takiego. Badanie pedagog-dziecko trwało godzinę. Dziecko siedziało na krześle. Po 30 minutach nie mogło wysiedzieć i zaczęło łazić po gabinecie. Wypełniało polecenia, ale nie było w stanie usiedzieć „w ławce”. Po maksymalnie pół godzinie. Lekcje trwają 45 minut. Nie wierzę, że nie będą tworzone klasy mieszane rocznikowo, czyli złożone z dzieci sześcio- i siedmioletnich. Już widzę, jak nauczyciel sześciolatki, które nie mogą wysiedzieć, puszcza na ten osławiony dywanik, a siedmiolatki, które wytrzymują, sadza dalej w ławkach. Jaaaasne. Moje najszczersze kondolencje składam nauczycielowi, który będzie miał taką mieszaną klasę. Będzie, będzie zabawa, będzie się działo…

Ikona notki z dupy, ale zdjęcie mojej produkcji i mocno przedszkolne, więc teges.