Rozważna i romantyczna już była. Odważna i niebezpieczna ma być. Tak przynajmniej uważa marka Bruno Banani. W ogóle i w szczególe to bym się zgodziła. Kobieta z jajami jest mi bliska duchem i światopoglądowo. Jako feministyczny beton uważam, że nikt nie ma takich cojones jak my, baby. Woman powinna być więc dangerous. Po co? Żeby pokazać światu środkowy palec, żeby pokazać, kto tu rządzi, żeby samemu wytyczać ścieżki, po których inni pokornie podążą. Żeby zdobywać i… od czasu do czasu pozwolić się zdobyć. A także w odpowiednim momencie z gracją stracić kontrolę nad sytuacją.

Perfumy Dangerous Woman mają być zapachowym obrazem odważnej i niebezpiecznej. Rzecz w tym, że… nie są.

Zdjęcie z archiwum allegro

Cóż, jeśli tak ma pachnieć kobieta niebezpieczna, to ja ani się nie boję, ani zdobyć się nie dam. Płeć pomińmy milczeniem. Jak zachwyca, skoro nie zachwyca. No nie zachwyca, kurde, no nie. Żeby nie było, zapach jest ładny, nawet bardzo. Nuta głowy zaprasza czarną porzeczką, nuta serca to kokos i nuty kwiatowe. Nuta podstawy to wanilia i heliotrop.

Zdjęcie z www.portabeauty.com

Niby więc jest wszystko, co powinno się złożyć na sukces. Ale jakoś się nie składa. Ładny, ale nie porywa, ciepły, ale nie uwodzi, otulający, ale nie pociąga za sobą. Po prostu jest za grzeczny. I zbyt nietrwały. Po godzinie już się o nim nie pamięta. Jak można zapomnieć o kobiecie, która dopiero co chciała nas wziąć i porwać za sobą na samo dno piekieł? Średnio z tym porywaniem. Jeśli więc ktoś szuka ładnego, ciepłego, spokojnego zapachu, to będzie zadowolony. Ale pazura tu nie znajdziesz, o nie.

Post przeniesiony z mojego drugiego bloga „My, babki”.

BRAK KOMENTARZY