Swego czasu zjechałam okrutnie farbę do włosów Syoss. Przejechałam się jak po burej suce tudzież łysej kobyle. Nie ogarniam, tak na marginesie, dlaczego bure jest złe, bo łyse to jeszcze zrozumiem. Nieważne, przejechałam się jak walcem po autostradzie, zostawiając mniej więcej takie same koleiny, jak traumatyczne bruzdy wyrąbane w mojej psychice przez Syoss Mixing Colors.

Zapomnijmy jednak, co było złe, bo ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy, że tak polecę wieszczem. Minęło półtora roku i powstała we mnie chcica na granatową czerń, która to miała zamaskować wrocławską masakrę dekoloryzatorem Delia, jaka stała się moim udziałem. Efekty eksperymentów na mojej własnej osobie mogła zamaskować tylko granatowa czerń. Ponieważ jednak na zakupy pojechałam z mężczyzną, a o farbie przypomniałam sobie, gdy ten już stał do kasy, nie dając mi namniejszych szans na profesjonalne podejście do tematu wyboru najlepszego producenta i odcienia, chwyciłam pierwsze, co było. A pierwszy był Syoss.

I cóż? I tóż, że traumy niet. Nie zaobserwowałam wzmożonego wypadu włosia jak poprzednim razem, czyli musieli coś zmienić w składzie i chwała im za to. Sam kolor zaraz po nałożeniu wyglądał następująco:

Jak widać połysk włosów z opakowania jest nieosiągalny bez zastosowania drastycznych metod przeróbki zdjęciowej. Nie należy też zbytnio się przywiązywać do wyrazu „granatowa” w nazwie odcienia farby. Granatowego nie ma ni wuja. Włosy po nałożeniu sprawiają wrażenie wysuszonych, ale mogło to być efektem morderczej przeprawy przez dekoloryzator, szampon koloryzujący i wreszcie farbę (nie próbujcie tego w domu).

Tak czy inaczej zafarbowało mnie. Jest czarne? Jest. Trzyma się? Trzyma. Co prawda piana podczas mycia głowy do tej pory jest niebieska (a farbowałam dwa tygodnie temu i myję głowę codziennie), czyli odcień wypłukuje się na maksa (tak jak Mixing Colors zresztą, który bardzo szybko został wspomnieniem), ale póki co istnieje. Ludzie na mój widok nie wpadają na latarnie, kiedy idę ulicą, nie powoduję wypadków drogowych, nie generuję morderczych instynktów i nikt nie ucieka z wrzaskiem. Nie jest więc tak źle.

Postanowienia mam dwa. Po pierwsze nigdy więcej samodzielnie nie brać się za rozjaśnianie włosów i tego typu drastyczności. Po drugie po pozbyciu się z włosów granatowej czerni Syoss przetestuję wszystkie możliwe granatowe czernie, jakie widziałam w sklepach. Tak mi dopomóż portfelu mój na anoreksję cierpiący, howgh.

Tekst przeniesiony z mojego drugiego bloga „My, babki”.

BRAK KOMENTARZY