Nie czerń, lecz szarość wszędzie, ta nić szara się przędzie. Ona za mną, przede mną i przy mnie. Ona rankiem w mej głowie, w dłoniach i w pierwszym słowie niczym gołąb pocztowy powraca. Tak Stare Dobre Małżeństwo parafrazowało wiersz Norwida. Ja też szarość widzę, szarość, ale w przeciwieństwie do wiersza wcale nie oznacza ona powodzi pesymizmu. Wprost przeciwnie, myślę o niej ciepło i przesyłam w jej kierunku tonę pozytywnych fluidów. A czemuż? A temuż, że szarość ściśle wiąże się z cieniami do powiek Manhattan Eyemazing Effect, które sobie sprawiłam i które podniosły mój poziom endorfin wysoko ponad średnią.

Miałam już z tej serii cienie brązowe (klik, klik, klik), sprawdziły się wyśmienicie, jeno szybko się kończą, jak wszystko, co dobre. Co z tymi? Cienie szare są zaskakująco delikatne. Nie ma mowy o uzyskaniu spektakularnego efektu. Wydają się ciemne, ale tak naprawdę na powiekach są jakby, hmm, półtransparentne? Nie wiem, jak to określić.

Żeby uzyskać taki efekt, jak to będzie pokazane poniżej, to trzeba się zdrowo namachać aplikatorem. Cień nakładany pędzelkiem jest jeszcze delikatniejszy. I tak miało być. Mam bardzo podobne cienie Avonu i one w porównaniu do cieni Manhattan są jak rąbanie siekierą wobec dotykania patyczkiem. Żebyście mnie źle nie zrozumiały, cienie Avon są znakomite, rzecz w tym, że służą do czego innego – są wybitnie wieczorowe. Cienie Manhattan są cieniami na dzień.

To co z tym efektem? A proszszsz. Słitfocie jadą.

Jeszcze raz podkreślam – nałożyłam ich kilogram, żeby było, co było. Mamy więc cienie Manhattan Eyemazing Effect, maskarę Bourjois Volume Glamour, korektor do brwi Eveline i to tyle. Nie pamiętam, jaki podkład na ryju, ale chyba matujący Avon.

To, co jest poniżej, to to samo, tylko uzupełnione o kredkę do powiek Bourjois. Kredki Bourjois, tak swoją drogą, są znakomite, gorąco polecam.

Post przeniesiony z mojego drugiego bloga „My, babki”.

6 KOMENTARZE

  1. Nie obraź się, Krusz, ale jak dla mnie kredka zepsuła efekt. Zamknęła Ci oko i chyba jakby zmniejszyła. Na pewno zrobiła takie… dosłowne. A był kiedyś trynd, który kazał malować tę różową krawędź powieki na biało albo kremowo, żeby to oko jeszcze bardziej otworzyć. Dobra jestem w teorii, bo po paru bolesnych dźgnięciach w gałkę dałam sobie spokój. Ale Ty tej teorii zupełnie zaprzeczyłaś.
    A cienie super. Żałuję, że mam na stanie urban skyline, bo w tej sytuacji nie kupię już sobie Manhattanu (są granice zboczenia). 😉

    • Granice mojego zboczenia przebiegają dalej 😉 Mam urban skyline 🙂 Te drugie są bardzo zdecydowane w wyrazie, te są bardzo delikatne. Białą kredkę mam i muszę się z nią bliżej zaprzyjaźnić, nie doceniam gadziny 🙂

      • Hehe, problemem nie jest posiadanie urban skyline, ino łącznie JEDENASTU poczwórnych cieni Avon. O podwójnych tej samej firmy i pojedynczych innych już nie wspomnę. 😉

  2. Mam, również najpierw nabyłam brązy. Brązy uwielbiam, bo chłodne i takie „kremowe” w nakładaniu, a te szare mnie wkurzają, przez tę półtransparentność właśnie. Na mnie właściwie nic nie widać, musiałabym chyba ze trzy warstwy kłaść… Miałam szarości z Avonu (ale jeszcze te stare) i teraz za nimi tęsknię.
    Zgadzam się z przedpiszczynią – bez kreski lepiej 🙂