No właśnie, medycyna zna takie przypadki, że niektórzy mają parcie. Parcie na władzę, parcie na kasę, parcie na szkło. Ja mam to ostatnie, przyznaję szczerze i bez bicia. Lubię wychodzić przed szereg, zwracać na siebie uwagę, co można interpretować jako zawoalowaną wersję wystawienia środkowego palca, ale można zaliczyć do jednej z wielu dewiacji psychicznych funkcjonujących w społeczeństwie 🙂

W ramach tych dewiacji postanowiłam kupić i wypróbować pomarańczowe cienie. Bo czerwone już mam, ten tego, rozumiecie. Padło na fimę Vipera, cienie kosztowały mnie całe 12 zł z haczkiem. Czy warto było? Jedziemy.

Bardzo ładne opakowanie. Niby nic, ale coś tam działa. W środku mamy cień w kasetce, który łatwo się otwiera (nie łamiemy paznokci, jupi!) i wyposażony jest w lusterko oraz aplikator.

Aplikator możemy od razu wyrzucić, jest totalnie do dupy. Ciężko trzymać go w ręce, nie mówiąc już o nakładaniu cienia. Lusterko nie wiem po co. Kasetka jest tak mała, że nic w tym lusterku nie widać. Fajnie, że jest, może do jakichś korekt w ciągu dnia czy coś w tym guście, ale ja akurat cieni przy sobie nie noszę (co innego puder w kamieniu, to tak), a w domu to ja muszę mieć szerszą perspektywę przy operowaniu przy ryju.

Działanie? Nie wypowiem się odnośnie trwałości, wszystko kładę na bazę. Kolor zrównoważony, nie jakiś oczojebny (pardą), trzyma się na powiece, ale uwaga – osypuje podczas nakładania. Dość upierdliwie się kruszy. Może być to jednak kwestia aplikatora (badziewny, wspomniałam) lub pędzelka (też dupy nie urywa).

Efekty? Proszszszsz…

Ipiranga powie coś o kapuśniaku, to pewne 😉

Do popełnienia powyższej zbrodni wykorzystałam następujące narzędzia:

  • pomarańczowy cień Vipera (nr 92)
  • cienie NYX
  • brązowa kredka do powiek Bourjois
  • tusz do rzęs Bourjois Volume Glamour
  • korektor do brwi Eveline
  • cienie do powiek Magic Visage, o których ostatnio pisałam (klik, klik, klik) – to te zielone na dolnej powiece.

Widok globalny, że tak powiem, selfie z aniołkiem i ścianami noszącymi informację o posiadaniu przeze mnie pogłowia w wieku mocno nieletnim.

Dobra, wiem, fryzjer, fryzjer. Pomarańczowe kolczyki z Pepco. Za całe 1,50 zł. Moje ulubione.

Post przeniesiony z mojego drugiego bloga „My, babki”.

2 KOMENTARZE

  1. Hehe, ipiranga powie raczej coś o wielkich rozbryzgach pomidorówki. 😀
    A na poważnie, właśnie wymyśliłam, mając w pamięci Twoje dawne filmiki, że efekt końcowy, a może i samo nakładanie, makijażu dobrze by było nagrywać. Bo w końcu rzadko kiedy świat ogląda nasze pomalowane powieki w stanie permanentnego przymknięcia. Liczy się ruch, raz więcej, raz mniej koloru, takie migotanie, czego zdjęcia za nic nie oddadzą. Chyba będę w ten sposób sprawdzać swoje zdolności pacykarskie. Np. z profilu.
    A pomidorówka zła nie jest, szczególnie z tą zielenią na dole. 😉 Może nawet sobie zapodam.

    • Nakręcanie filmików ze swoich poczynań byłoby rozwiązaniem idealnym. Będę musiała opracować jakieś rozwiązanie techniczne, które mi to umożliwi. Kruszyzna na żywca. To będzie można pokazywać dzieciom razem ze słowami, że jak nie będą grzeczne, to mama puści jeszcze raz film z My Babki 😉