To chyba Shakin Stevens śpiewał lift me up i coś tam coś tam. Aaaaa, dobra, już nic nie mówię. Kobiety o wiek się nie pyta, a ta sama przed szereg wyłazi i zdradza. I dobrze. Lift Me Up to również podkład od Astor. Podkład, z którego posiadania jestem zadowolona. Cieszę się, że go mam.

A cóż to, a cóż to? A jest to podkład rozświetlający, zawierający również serum liftingujące (ą-ę), witaminę E oraz filtr SPF 15. Ma więc za zadanie tak działać, żeby odejmować lat. Czy się wywiązuje? No bez przesady, pamiętamy, że producent puszcza do nas oko z tym odmładzaniem, ale szczerze powiem, że podkład pozytywnie mnie zaskoczył.

Jak na podkład rozświetlający stosunkowo długo utrzymuje się na mojej tłustej skórze. Zazwyczaj sięgam po matujące specyfiki, rozświetlających się nie imam, ale ten radzi sobie naprawdę dobrze. Z tym odmładzaniem to bez jaj, zapomnijmy, ale na tyle dobrze rozprowadza się na skórze, na tyle się trzyma, że twarz prezentuje się ładnie. Nie włazi w pory (podkład, nie twarz), nie złazi w ciągu dnia, nie zbiera w zmarchach i załamaniach skóry, nie tworzy maski, nie ciemnieje.

A propos koloru. Mam odcień 101 rose beige i jest akuratny. To dla mnie, bladawca, bardzo ważne. Mam problem z podkładami, z reguły nawet najjaśniejsze są za ciemne.

Z czystym sumieniem mogę go polecić. Jednocześnie stwierdzam, że Astor bardzo nierówną jakościowo firmą jest. Zdarzają jej się kiepskie maskary, niezłe podkłady, znakomite szminki. A bywa, że kombinacja układa się zupełnie inaczej.

Post przeniesiony z mojego drugiego bloga „My, babki”.

BRAK KOMENTARZY