Znalazłam pierwszy siwy włos na swojej skroni… Nie no, bez jaj, tak to ja śpiewałam dziesięć lat temu. Teraz po prostu się farbuję i nie marudzę. Nie o farbowaniu jednak dzisiaj będzie, a o innym akcesorium pomocnym w usuwaniu efektu zombie, czyli o korektorze pod oczy. Korektor od Eveline. Przetestowałam Avon, przetestowałam Kobo, przetestowałam Inglota, pora na Eveline, do którego pałam uczuciem iście schizofrenicznym. Od nienawiści i totalnego wścieku, po miłość do grobowej deski. Korektor pod oczy Eveline bioHYALURON 4D uplasował się gdzieś w samym środku tego rozkroku (dobra, wiem, jak to brzmi, pomilczmy…)

Czy dobry on? Daje radę. Korektor Avon jest lepszy, jakby się kto pytał. Jakby się nie pytał, to też powiem, że lepszy. Eveline sprawdza się w działaniu, dobrze się nakłada, stapia ze skórą i nie ciemnieje, ale… no właśnie. Grzeszy i to ciężko, albowiem zbiera się w zmarszczkach. Bo ja nie tylko znalazłam nie pierwszy zresztą siwy włos na mojej skroni, ale jeszcze mam kurze łapki, które podobno od śmiechu się robią, ale śmiech to sobie w dupę wsadźcie, ja pamiętam, że najmłodsza nie jestem. No i on w te zmarszczki lubi włazić, za co mu wielka krecha. Krecha mu jak stąd do Gdańska, a ja mam na Wybrzeże daleko.

Czy polecam? Młódkom jak najbardziej. Reszcie to tak różnie, zależy od stanu zaawansowania tych oznak rechotania (rym-cym-cym). Tym to nawet 5D i 8D nie pomoże, nie tylko 4.

Post przeniesiony z mojego drugiego bloga „My, babki”.

1 KOMENTARZ