To cóż, że ze Szwecji. Szwecja jest jednym z krajów, w którym prostytucja jest legalna. Legalna oznacza to, że kobiety świadczące usługi seksualne musza płacić podatki, zgłaszać osiągany dochód, ale i nabywają w ten sposób praw emerytalnych. Jakkolwiek głupio to nie zabrzmi. Seks może się odbywać w rozmaitych okolicznościach przyrody, w domach publicznych, gdzieś tam indziej, ale funkcjonują też w Szwecji, jak w chyba każdym innym kraju, tak zwane tirówki, czyli kobiety stojące przy głównych drogach. Ich klientami są najczęściej kierowcy, którzy daną drogą przejeżdżają i którym przychodzi do głowy, że właściwie mają ochotę sobie poruchać.

Dotychczas taka tirówka wsiadała do gościa do kabiny lub szła z nim do lasu w krzaki. Szwedzi postanowili zrobić jednak coś takiego jak „budki z seksem”. Informacje o nich znalazłam w „Do Rzeczy” nr 36/084 z 1-7 września 2014 i stamtąd pochodzi też zdjęcie.

Czyli tak: seks przy drodze nie będzie się odbywał gdziekolwiek, tylko w wyznaczonych miejscach. Właśnie w takich „stanowiskach”. Na miejscu – jak donosi tygodnik – będzie łazienka, pralnia, a także przycisk pozwalający wezwać pomoc.

Szoczek? Z jednej strony tak. Jestem zdeklarowaną PRZECIWNICZKĄ prostytucji w każdej jej postaci, bo jest to nic innego jak sprowadzenie kobiety do roli przedmiotu. Nie ma znaczenia, czy lala ma imię i włosy blond, czy też jest silikonowa – służy do tego samego, do zaspokojenia potrzeb seksualnych, przy czym obiekt, za pomocą którego się je zaspokaja, jest uprzedmiotowiony. Sprzeciwiam się każdej formie traktowania kobiety jak narzędzie, niezależnie od tego, czy ona sama tak chce, czy nie. Tak samo sprzeciwiam się wszelkiej postaci narkotyków. W pewnych sprawach decyzja nie może należeć indywidualnie do człowieka, ale musi być narzucona systemowo w imię dobra społecznego. Rażąco więc nie zgadzam się tutaj z poglądami imć Janusza Korwin-Mikkego, ale ja w ogóle organicznie się z nim nie zgadzam, i na jego widok dostaję wysypki. Jeśli więc prostytucja jest formą uprzedmiotowienia kobiety, jestem przeciwko, niezależnie od tego, czy jest legalna czy też nie. Nie da się przecież określić – nawet przy prostytucji legalnej – jaka część zarobków nie trafia na lewo do grup mafijnych, bo że nie maczają w tym palców, w to nie uwierzę. Zbyt łakomy kąsek, by po niego nie sięgnąć.

Jeśli jednak już tak jest, że w danym kraju prostytucja jest legalna, to jestem za tym, żeby prostytutki miały warunki jak najlepsze. Dlatego idea „budek z seksem” wydaje mi się słuszna. Choćby ze względu na przycisk bezpieczeństwa czy na możliwość umycia się. To do licha ludzie. Nie traktujmy ich jak bydło. Każdy chce pracować w ludzkich warunkach i jeśli prostytucja zgodnie z ustawodawstwem danego kraju traktowana jest jako zawód, to niech on obejmuje szacunek dla pracownika.

Nie rozumiem więc sarkastycznej wypowiedzi, która pada na samym końcu newsa w „Do Rzeczy” odnośnie celu Szwedów, by zmniejszyć ryzyko chorób przenoszonych drogą płciową.

„Wydaje się jednak, że ten ostatni cel będzie można spełnić tylko wtedy, gdy zaganiani panowie ograniczą się jedynie do pogawędki z profesjonalną damą do towarzystwa, po czym grzecznie wrócą do swych żon”.

Pitu-pitu. Istnieje coś takiego jak prezerwatywa, a nawet jeśli dany delikwent uprze się i jej nie użyje, to wiadomo będzie, z kim współżył, bo prostytutka będzie zarejestrowana z imienia i nazwiska, no i wiadomo będzie, gdzie te usługi świadczy, można więc szybko zlokalizować ognisko choroby. A to, owszem, pozwoli zmniejszyć ryzyko poprzez poddanie kobiety leczeniu. Warto o tym wiedzieć, bo zalegalizowanie czegoś, co odbywa się pokątnie od tysiącleci, oznacza również przymus badań lekarskich dla prostytutek.

Podsumowując: każda forma prostytucji to upodlenie dla kobiety i sprowadzenie jej do rangi przedmiotu. Jeśli jednak upodlenie jest zalegalizowane, to trzeba zrobić wszystko, by osoby sprowadzane do kategorii narzędzia miały jak najlepsze warunki.

Tekst przeniesiony z mojego drugiego bloga „My, babki”.

BRAK KOMENTARZY