Dzisiejszy odcinek poświęcony ustom sponsoruje literka B. Boże, błagam, bryknij mi beczkę błyszczyków BB Bourjois, bo bezwzględnie brylują. Tak, zdanie jest bez sensu, ale sponsoring to sponsoring, literce B coś się należy. Bryknęłam ci ja do drogeryi pobliskiej i wynorałam pomadkę Pearl Shine firmy Bell w kolorze strażackiej czerwieni, albowiem na czerwień mam ostatnio potężne parcie. W międzyczasie dostałam od koleżanki błyszczyk Bourjois w wersji BB 5 w 1. Błyszczyki Bourjois obce mi nie są, miłością je darzę, dlatego zaklaskałam uszami, podfrunęłam na rzęsach i rzuciłam się testować. A nie, wróć, najpierw rzuciłam się po aparat.

To nie będzie notka porównawcza, bo nie ma czego porównywać. Stawianie w jednej linii pomadki i błyszczyka oraz pytanie, które lepsze, to tak jak problem spodnie czy spódnica. Są sytuacje, że lepsze jest to, są sytuacje, że tamto. Ponieważ jednak literka B będzie dzisiaj w natarciu, oba te cuda doustne (właściwie naustne) potraktowane zostaną zbiorczo.

Pomadka Bell Pearly Shine

Zacznijmy od niej. Bell bardzo dobrze zapisuje się w kategorii kosmetyk kolorowy do ust. Podejść czyniłam kilka, z wszystkich byłam zadowolona. Dobra, obracałam się raczej w rejonach szminko-błyszczyków i ta inna nie jest, czy Bell posiada dobre szminki kryjące i trwałe, tego nie wiem, jeśli jednak chodzi o delikatności, to tutaj wymiata.

Pearly Shine jest lekko transparentna, ale nie za bardzo. W konsystencji dość tłusta i mam wrażenie ślizgania się po ustach. Daje się łatwo i precyzyjnie nakładać, a na ustach zostawia efekt żywej, intensywnej czerwieni w odcieniu lekko… pomidorowym.

To nie tak miało z tą pomidorowością być, miała być strażacka vel kurewska czerwień, ale ostatecznie widziały gały, co brały za te całe 12,90 zł.

Wbrew pozorom pomadka dość długo utrzymuje się na ustach i wynika to pewnie z właściwości samych czerwonych barwników. W przeciwieństwie do tych w farbach do włosów wykazują się niezwykłą żywotnością na uściech. Słowem, zjadamy pomadkę, jasne, że zjadamy, ale kolor tak czy siak pozostaje.

Bell Pearly Shine nawilża usta, a przynajmniej ich nie wysusza. Czy warto? Warto. Kolor może nieco jarmarczny, lekko połyskujący, ale nie na tyle, żeby się świecił jak psu cojones. Paleta odcieni szeroka i w żadnym nie stwierdzam przesady z połyskliwością. Naprawdę dobra szminka za niewielkie pieniądze. Ach, zapomniałabym. Opakowanie nie wskazuje na to, żeby się miało rozwalić po trzech tygodniach – kolejny plus.

Boujois BB Gloss 5 w 1

Błyszczyki Bourjois do najtańszych nie należą. Ile by jednak nie kosztowały, warto, naprawdę warto wyskoczyć z kasiory. No, może z wyjątkiem błyszczyka w wersji doskonale przezroczystej, który to może spotkać się z niezrozumieniem ze strony płci przeciwnej, wynikającym z rażących braków makijażowych tejże. Małżon mój więc, kiedy jeszcze małżonem nie był, popatrzył na usta me, które tak ku niemu wystawiałam, i przemówił w te oto słowy:

– Co ci się stało? Chyba się pośliniłaś…

Przeżył 😉 Ale wybaczenie sączyło się wolno.

Którykolwiek z kolorowych byście jednak miały – warto, bardzo, bardzo warto.

Charakterystyczną cechą błyszczyków Bourjois jest zakończenie pędzelkiem, nie wyciorkiem. Kiedyś mi to przeszkadzało, dzisiaj dochodzę do wniosku, że wprost przeciwnie, nie mam nic na przeciwko. Pędzelek precyzyjnie mazia po uściech mech i zaliczam ogólną nirwankę z racji transparentności koloru. Nawet jeśli się zrobi krechę jak nie przymierzając w kultowej scenie kultowego filmu „Czy leci z nami pilot?”, kiedy baba maluje się podczas turbulencji w samolocie, to i tak nikt z postronnych nie padnie na zawał.

Bourjois BB Gloss 5 w 1 doskonale nawilża usta. Mistrz, naprawdę mistrz! Sam kolor na ręce owszem, odznacza się, ale na ustach jest ledwo, ledwo widoczny. Inwestując w te błyszczyki nie nastawiajcie się na nie wiadomo jaką eksplozję barw. To raczej implozja 😉

Błyszczyk Bourjois genialnie nadaje się jako kropka nad i przy makijażu akcentującym oczy. Widać, że coś tam na ustach jest, ale nie zwraca na siebie uwagi i harmonia całości zostaje zachowana. Kosztują sporo, bo około 40 zł (zależy co, gdzie, jak i czy nie promocja), ale zaprawdę powiadam wam, lepiej kupić jeden taki niż trzy tańsze, howgh.

Post przeniesiony z mojego drugiego bloga „My, babki”.

BRAK KOMENTARZY