Tłum walił drzwiami i oknami. Już od samego wejścia do galerii handlowej trzeba się było przedzierać przez tabuny homo sapiens, z których część wsiąkała od razu w jakiś event dla dzieci, choć dla dzieci to on był tylko z nazwy, a tak naprawdę dla kieszeni ich rodziców. Dalej nie było lepiej, ale skoro do świątyni konsumpcjonizmu idzie się w sobotę, to trzeba się z tym liczyć i już.

Wzięliśmy więc z małżonem dzielnie ten stan rzeczy na klaty, wyrąbaliśmy sobie przejście przez zaaferowanych nieletnich, wzięliśmy koszyk i zaczęliśmy krążyć po Tesco, ładując do koszyka dużo, więcej i jeszcze więcej. Kiedy jego wygląd zaczął świadczyć o tym, że przy kasie czeka nas ruina finansowa, poczłapaliśmy do tejże i stanęliśmy w ogonku.

W dwóch sąsiadujących kasach dwie starsze panie. Przy jednej z nich kasującej każdy towar powoli i z uwagą stał ktoś z personelu i pokazywał, na co patrzeć i co klikać. Pierś kobiety zakrytą w roboczy, zgodny z korporacyjną wizją fartuch urozmaicała wielka plakietka „UCZĘ SIĘ”. Przed nią leżała góra zakupów, które ktoś wyładował na taśmę i czekał cierpliwie, aż pracownica sklepu po wszystkim przejedzie skanerem kodów.

Trzęsły jej się ręce. Każdą rzecz brała ostrożnie, żeby nie upuścić, i starała się działać tak, żeby jak najszybciej usłyszeć zbawienne pipnięcie. Nie zawsze się to udawało, opakowania zdarzały się powyginane, kody naddarte i wymiętolone. Odgarniała wtedy nerwowo grzywkę, której siwiznę ukryto pod blond farbą, nakładała na nos okulary i pomalutku, pomaluteńku odcyfrowywała pojedyncze znaki, by ręcznie wklepać je do komputera.

– No to ja panią zostawię – w pewnym momencie rzuciła towarzysząca jej hoża pannica z obsługi i już jej nie było.

Kobieta z wyraźnym strachem w oczach rozejrzała się bezradnie dookoła, wysłała przepraszający uśmiech czekającej przy kasie klientce i nie pozostało jej nic innego, jak męczyć się dalej.

– Chodź tutaj, bo tam się uczą – powiedział małżon i pociągnął mnie do kasy obok. – Tutaj będzie szybciej.

Owszem, trochę było. Starsza pani obsługująca nasz ogonek działała z większą wprawą, a jej fartuch opatrzono plakietką „GOŚĆ”. Dokładnie i metodycznie kasowała każdy artykuł, raz po raz sięgała po okulary, by wstukać coś, co nie wchodziło z własnej i nieprzymuszonej woli.

Mniej więcej połowa naszych zakupów znalazła się już po drugiej stronie bramki, kiedy starsza pani z kasy obok podeszła, zawisła nad swoją rówieśniczką i przestraszonym głosem powiedziała:

– Pani chce płacić kartą. Ja nie wiem, co robić…

Cisza. Kasjerka nadal robiła swoje, jakby żadne słowa nie padły.

– Kartą chce płacić, proszę o pomoc.

Kasjerka przejechała pastą do zębów przed „pipaczem” i fuknęła na swoją (mniej więcej) rówieśniczkę:

– Ale co pomóc? Jakie pomóc?! Jak mam pani pomóc, przecież ja muszę kasować!

– Ale tylko pokazać…

– Ale co pokazać, co pokazać?! Ja muszę z tamtej strony być!

Starsza kobieta stała i nie wiedziała, co ze sobą zrobić.

– Pani podejdzie – „nasza” nieco zmiękła – i pani patrzy. – Starsza kobieta przechyliła się mocno przez taśmociąg. – Jak chce płacić kartą, to najpierw naciskamy tu, potem enter, a potem karta czy gotówka.

Ucząca się kobieta kiwnęła głową, mruknęła coś w podziękowaniu, wróciła do swojej kasy i spróbowała postąpić według uzyskanych wskazówek. Nie szło. Klientka płacąca kartą wydała głośne westchnienie i zaczęła tupać. Starsza kobieta znowu spróbowała i znowu nie szło. Coś mruknęła, w panice wypadła zza kasy i pognała ściągnąć kogoś do pomocy. Udało jej się ściągnąć z powrotem młodą dziewoję, która wcześniej przy niej stała, a która teraz z wielkim fochem łaskawie raczyła poinstruować, co i jak należy zrobić.

– Ktoś przy pani powinien cały czas stać albo powinna pani tylko patrzeć i się szkolić – wyłapałam jeszcze jednym uchem, kiedy z koszykiem wypełnionym niemal po sufit sterowaliśmy w kierunku wyjścia.

Widocznie szkolenie było za krótkie i po łebkach lub nie było go praktycznie wcale. Prawdopodobnie prowadzący szkolenie rypał swoją stałą chałturę i miał doskonale gdzieś, że starsze osoby przyswajają wiedzę w innym tempie niż jurne byczki. Potrzebowali świeżej krwi, sobota była, ludzi w cholerę, to rzucili kobitę na kasę w myśl, że jak się zanurzy, to szybciej nauczy się pływać.

Oczyma wyobraźni widzę, jak po skończonej zmianie odpina plakietkę „UCZĘ SIĘ”, ściąga fartuch, zabiera swoje rzeczy i potwornie zmęczona idzie w stronę przystanku tramwajowego. Chwilę czeka, ale niezbyt długo, wsiada i szczęśliwie znajduje wolne miejsce. W końcu jest sobota. Siada i otępiałym wzrokiem bezmyślnie rejestruje przesuwający się za oknem krajobraz. Nie tak to sobie wyobrażała. Zastanawia się, co ją czeka jutro i ma nadzieję, że może będzie lepiej.

Tak na oko miała jakieś siedemdziesiąt lat.

Obrazek z pixabay.com. Tekst przeniesiony z mojego drugiego bloga „My, babki”.

3 KOMENTARZE