Wiecie, jak to jest, koszula bliższa ciału. Wygniata człowiek dupsko w domu, co daje możliwość pracowania w getrach i staniku, to i zaczynają wpadać mu w oko strony (czytaj: blogi) prowadzone przez innych freelancerów. Normalna rzecz dla kogoś, kto jest początkujący w te klocki, pracuje w domu od niedawna i nie żeby wcześniej nie prowadził własnej firmy, bo prowadził, ale nie wiązało się to z pracą we własnych czterech ścianach (no, to „własnych” to tak w cudzysłów, także ten).

Dochodzę do wniosku, że każdy szanujący się freelancer-bloger stawia sobie za punkt honoru napisać o tym, jak zorganizować swoje miejsce pracy, dlaczego potrzebuję papierowego notesu i jak powinien on wyglądać, w którym miejscu postawić biurko, żeby nie zgwałcić brutalnie zasad feng shui czy czegoś tam, nie zadusić pozytywnej energii czyli po prostu skutecznie pracować.

No i patrzę ja sobie na te śnieżnobiałe biureczka, na których w rządku leżą długopisy, obok nich piękny, designerski notes, troszkę obok laptop, nieco z boku telefon (czytaj: iPhone) i oczywiście kawa. Cud, miód, racuszki. Aż czuję orgię pomysłów i grupowe szczytowanie. Patrzę na wystylizowane miejsca pracy i za cholerę nie wierzę, no ni wuja nie wierzę, że nikt z nich nigdy nie postawił laptopa w kuchni.

Moje miejsce pracy piękne nie jest, designerskie tym bardziej, jeśli przepływa jakaś energia, to bierze się z ładowarki do laptopa, która jest podłączona non stop, bo siada mi bateria. Praca w kuchni ma szereg zalet.

  • blisko do lodówki, nie powiecie mi chyba, że nigdy nie zdarzyło wam się jeść w czasie pracy;
  • dzieci co piętnaście minut przychodzą i żądają kanapeczkę/herbatkę/paróweczkę (paróweczki nie zauważyliście)/śniadanie/deser/banana* (*niewłaściwe skreślić, paróweczkę zostawić i tak jej nie ma). Wystarczy sięgnąć ręką, dać i mamy delikwenta z głowy;
  • blisko do garów, a czasami się pracuje i się gotuje;
  • nie słychać bajek z dużego pokoju (pardon, salonu), a naprawdę nie da się pracować, jeśli po raz fąfnasty chcąc czy nie chcąc oglądasz na TVP ABC Domisie (tak na marginesie bardzo fajny i mądry program, ale są granice).

Kurde, sorry, jeśli ktoś faktycznie codziennie jest się w stanie ubrać w taki garnitur samodyscypliny, że wśród nieskalanej czasoprzestrzeni tworzy inspirujące treści, to szacun. Jeśli faktycznie ktoś tak potrafi, to normalnie chapeaux bas i szuranie kapeluszem. Daję sobie taką furtkę, a co tam, bo chcę powiedzieć, że totalnie w to nie wierzę. Cud-biureczka z cud-kalendarzami znakomicie wyglądają na zdjęciach, ale mało ma to wspólnego z rzeczywistością. No chyba że ma, to wtedy szacun, jak mówiłam.

Nie chodzi też o to, żeby funkcjonować w chlewie, tu też są pewne granice. Drażni mnie jednak pewien charakterystyczny rozdźwięk między prawdą życia a prawdą ekranu (komputerowego). Odnoszę wrażenie, że ludzie nie chcą żyć tak, jak żyją. Nie chcą żyć naprawdę.

Tak, to był tekst pełen jadu i zawiści. Tak, wylałam żółć. Tak, można nie brać na poważnie.

Tekst przeniesiony z mojego drugiego bloga „My, babki”.

6 KOMENTARZE

  1. A teraz sprawdź ile z tych osób z idealnymi biurkami nie ma dzieci 😀
    Ja, żeby było zabawnie, nie mam ani dzieci, ani biurka 😉

  2. Założę się, że nawet gdyby lanser freelancer napisał, że siedzi przy kompie w kuchni, to i tak na zdjęciu zobaczylibyśmy pięknie wystylizowany stół z odpowiednio lansiarskimi gadżetami. To tak, jak z niektórymi blogerkami szafiarsko-lajfstajlowymi – nawet piżama czy strój do siedzenia w domu to ,,stylizacja”.