Zadaję sobie to pytanie w temacie i zadaję, i za cholerę nie umiem wyjść poza stwierdzenie, że jest to jeszcze jeden sposób na sprzedaż istniejącego już produktu, tylko w innym opakowaniu i dla odmiany trochę drożej. Jako stała użytkowniczka chusteczek nawilżanych dla dzieci, regularnie dokładająca się do dochodu firm je produkujących mam pewne porównanie między nimi a chusteczkami do demakijażu, które miałam okazję nabyć tu i ówdzie a potem wypróbować.

I, kurde, różnicy nie widzę. To znaczy nie, oczywiście, że ją widzę, bo cena jest inna, ilość sztuk w opakowaniu takoż, działanie jednak pozostaje bez zmian. Nie inaczej też było w przypadku chusteczek do demakijażu Cleanic, które to sobie sprawiłam. Są one przeznaczone do cery normalnej i mieszanej (była jeszcze wersja do cery suchej), oczyszczają, nawilżają, poprawiają kondycję skóry i ogólnie bla, bla, bla, bla.

Czy czegoś z obiecanych rzeczy nie robią? Robią! Oczywiście, że robią, bo to dobre chusteczki są. Naprawdę oczyszczają, naprawdę nawilżają, do tego ładnie pachną i właściwie nie miałabym się do czego przyczepić poza jedną drobną sprawą. Kosztowały mnie parę złotych, naprawdę żadna drożyzna, tylko że w opakowaniu jest 10 chusteczek. DZIESIĘĆ. Żeby porządnie zmyć makijaż, potrzebuję co najmniej dwóch lub trzech. Zakładając, że wykonuję makijaż pięć dni w tygodniu (niech będzie nawet w wersji minimum, czyli podkład i maskara plus bajery typu korektor, puder sypki itp.), to jedno opakowanie starczy mi co najwyżej na tydzień. W ciągu miesiąca muszę mieć takie cztery i to przy założeniu, że na zmycie makijażu zużyję dwie chusteczki i nie więcej.

To sprawia, że cały interes staje się mocno nieopłacalny. Jeśli wezmę niemowlęce chusteczki dodupne, nawet niech to będą zwykłe Dada z Biedronki, to w opakowaniu mam co najmniej 56 sztuk (a bywa, że 80), na starcie więc dostaję kilka razy tyle w cenie niewiele wyższej niż jedno opakowanie chusteczek do demakijażu.

No dobrze, a różnica między zmywaniem tapety chusteczką niemowlęcą a chusteczką do demakijażu? Żadnej. ŻADNEJ. Oba produkty radzą sobie dokładnie tak samo. Tak samo dobrze w przypadku pozbywania się podkładu i cieni, tak samo źle, jeśli chodzi o maskarę. Z maskarą jeszcze żadna chusteczka porządnie sobie nie poradziła, stwierdzam przez pryzmat moich własnych doświadczeń.

Chusteczki do demakijażu świetnie sprawdzą się od wielkiego dzwonu na przykład w podróży. Nie będziemy przecież taskać całego grubaśnego opakowania dodupnych! No dobrze, ale dodupne też można kupić w wersji mini, właśnie z myślą o podróży. Tak czy inaczej, jakby nie spojrzeć, z każdej strony dupa 😉

Post przeniesiony z mojego drugiego bloga „My, babki”.

2 KOMENTARZE

  1. Cos mi sie kojarzy, ze na odporne mascary stosowalam jakas oliwke do oczu, taki specyfik z angielskiego bootsa. Teraz uzywam oliwy z orzechow arganowych, tylko ze to musi byc „pierwsze tloczenie”, nieoczyszczone, z zapachem orzecha. No i tu sa schody, w Polandzie placilam za malutka buteleczke ok. 100 ZL. Wystarczala mi wprawdzie na rok, ale… Jak nie podpasuje, to kasa za oknem.

  2. Piękna puenta. Też do niej nawiążę, stwierdzeniem, że najlepsze chusteczki są do dupy, bo to oznacza, że są do wszystkiego. Pardon, mam na myśli chusteczki do kobiecej higieny intymnej. Dorosła strefa pieluszkowa – hehe – jest świetnym testerem. Jeśli tam chusteczka krzywdy nie robi (a np. mnie robi większość dziecięcych), to i na drugim biegunie się sprawdzi. Oczywiście ten patent jest tak drogi, że opłaca się tylko w warunkach polowych, np. w podróży do i z Chorwacji. Tak właśnie go odkryłam, a wraz ze mną kierowca i zmiennik (obaj faceci).