„Ostatnio to ciągle słyszę, jak rodzicielstwo męczy, i już mam tego dość” – napisał kiedyś w komentarzu jeden z ojców. W pierwszym odruchu chciałam się po nim przejechać jak po łysej kobyle, ale ponieważ nigdy nie robię tego otwarcie, postanowiłam więc przejechać się w głębi ducha. Troszkę tam sobie wewnętrznie porzucałam włoskimi odpowiednikami słowa „zakręt”, trochę pomemłałam, a kiedy już mi przeszło, zwolniło się miejsce dla nieco wnikliwszych się zastanowień. A skoro już zaczęłam myśleć (a przy okazji mieszałam łychą w garach, bo nic tak nie katalizuje rozważań jak pichcenie), to i stopniowo pozwoliłam kiełkować przebijającemu się przez skorupę pytaniu, czy on aby nie ma racji. Ożeż! Nie sto procent przecież, apage satanas, ale czy nie ma jej choć trochę. I stwierdziłam, że, owszem, trochę ma.

Ma w tym względzie, że „macierzyństwo bez lukru” (że się tak posłużę sformułowaniem Chudej) stało się modne i to modne w sposób brzydki. Brzydki, czyli nie ten wypływający z serca, z wnętrza, z – że tak to ujmę górnolotnie – z prawdy, ale z potrzeby marketingowej. Najlepiej ujęła to jedna z kobiet, z którą ostatnio rozmawiałam, kiedy powiedziała, że na swoim blogu od czasu do czasu rzuci kurwą. „Bo wiesz, matki to lubią”. Otóż to, trafiła w sedno. Jasne, że lubią, bo chcą poczuć więź z kimś, kto jest taki jak one, z kimś, kto je rozumie, kto sprawi, że poczują się normalne, kto potwierdzi, że nie wymyśliły sobie tych wszystkich problemów i rozczarowań, a po prostu przeżywają to samo, co setki innych kobiet.

Bajer polega na tym, że potrzeba ta jest tak powszechna, że kobiety tak bardzo czują się niedoceniane i nierozumiane, że komunikat „jestem taka jak wy” trafia na podatny grunt i odbija się szerokim echem. Świetnie, jeśli jest to prawdziwe. Często jest, często po prostu na klawiaturę przelewa się coś, co komuś w duszy gra. Bo taki jest i nie może inaczej. Bo jak czuje, że pierdoli to wszystko, to napisze, że pierdoli, a nie że zachowuje daleko posuniętą rezerwę i dystansuje się duchowo od dalszych poczynań. I to się czuje. Autentyczność jest wyczuwalna jak zapach ludzkości w komunikacji miejskiej. Tego się nie ukryje. Nie da się śmierdzieć niezauważalnie, tak jak nie da się być niezauważalnie autentycznym. Albo się jest, albo nie jest.

No i czasem się nie jest. Czasem rzuci się tą kurwą, bo „matki to lubią”. Robi się to nie po to, wy wyrazić to, co się czuje, co się myśli i jaki ma się stan ducha, ale by trafić do odpowiedniego targetu. Bo jest zapotrzebowanie. Na kurwę. I ktoś na to zapotrzebowanie z marketingowym podejściem odpowiada. Wbrew pozorom to jest naprawdę bardzo wyczuwalne i łatwo to wychwycić.

Rozumiem więc teraz, co mógł mieć na myśli poeta, kiedy mówił o tym, że wszędzie słyszy o udrękach macierzyństwa. Podaż braku lukru czy też – a kij z tym, uderzę w te dzwony – „rodzicielstwa prawdy” zaczyna być może równoważyć popyt i tu i ówdzie pojawiają oznaki zmęczenia materiału. Autentyczność emocji i przekazu miesza się z realizacją „trendu frustracyjnego” i wpisywaniem się weń na chłodno i z rozmysłem.

Czy rodzicielstwo jest frustrujące? Oczywiście, że jest. Tak w ogóle to nic nie boli tak jak życie i – jak to mówi w jednej ze swoich znakomitych prezentacji Jacek Walkiewicz – „życie jest piękne i bolesne”. Nie ma co ściemniać, że jest pięknie, skoro nie jest. To znaczy nie, wróć. JEST pięknie, jasne, że jest, ale piękno rodzicielstwa widoczne jest na wielu różnych płaszczyznach, często „pięknych inaczej”.

Piękno rodzicielstwa widoczne jest zarówno podczas radosnej zabawy z dziećmi, kiedy zupełnie świadomie robimy z siebie idiotów, jak i podczas otępiałego wsłuchiwania się w pipnięcia sprzętu na intensywnej terapii. Widoczne jest, kiedy kolorowo przeżywamy urodziny i kiedy warujemy w mało kolorowych korytarzach poradni specjalistycznej. Widoczne jest, kiedy mówimy „kocham cię” i kiedy z wściekłości i bezsilności wyrzucamy z siebie coś o durnych bachorach.

Rodzicielstwo frustruje, bo niepomiernie wpienia bój o żłobki, nieufność wobec lekarskiej diagnozy (bo może się myli, nieuk jeden, a medycynę skończył, bo ściągał?), użeranie się o przedszkola, walka o lepszy byt, pałowanie się z urzędami, poradniami, orzeczeniami, bezsilność i niemoc wobec naszego własnego zmęczenia, zirytowania i niewyspania, żałosne próby pogodzenia pracy z opieką na dzieckiem, ścieranie się partnerów, burze, troski i cały ten bajzel na głowie. Nie można od tego uciec, nie można tego schować w imię piękna rodzicielstwa, bo to również jest piękno i forma wyrażenia miłości. Nie można o tym nie mówić, kiedy się czuje, że trzeba powiedzieć. I choć się siedzi w tej poradni, i miota na prawo i lewo motyle nogi i kurcze pióra, to choć całym sercem nie chce się tam być, to się jest, dla dziecka się jest, a jeśli będzie potrzeba, to człowiek w sali szpitalnej na krzesełku przycupnie i będzie przez noc warował. I niech ktoś mi powie, że to nie wnerwia.

Nie to jest jednak najbardziej frustrujące, bo człowiek niejedno zniesie. Najbardziej wpienia fakt, że z momentów frustracji trzeba się tłumaczyć, że trzeba udowadniać światu, że to, jak się rodzic czuje, jest zupełnie normalne. Że ma momenty, w których go to całe rodzicielstwo średnio zachwyca, i daje temu wyraz. Że nie zawsze się jest – by Kult – zorganizowanym i przezornym, uczesanym i bezpiecznym. Że piękno wychowania i tworzenia realizuje się często gęsto przez – by Churchill – krew, pot i łzy. I frustrujące jest to, że ktoś się temu dziwi, że tak jest. I ma się wtedy ochotę rzucić tą kurwą. I się, kurwa, rzuca.

PODOBNE NOTKI

16 KOMENTARZE

  1. Bo to wciagnelo, takie walczenie z laurka i przeslodzonymi obrazkami i sie dobrze sprzedawalo. Mowisz, ze teraz trend sie odwraca? Mam wrazenie, ze zawsze obecne bylo podejscie „srodka”, tzn. urodzilam i mi d..y nie urwalo, radze sobie i wam tez radze. Tylko, jak sama pewnie wiesz, „srodek” sprzedaje sie najgorzej.

    „bo nic tak nie katalizuje rozważań jak pichcenie” – u mnie mycie podlog albo odkurzanie. Prasowanie tez, ale to robie mezem. Zgadza sie chetnie, widocznie tez chce od czasu do czasu podumac nad sterta gaci. To dlatego „kury domowe” sa takie kreatywne i madre 🙂

  2. Mnie już od jakiegoś czasu irytuje to przesadne „macierzyństwo bez lukru”. Niektórzy tak narzekają, że powinni sobie raczej plastikowego kota, zamiast dzieci, sprawić. A to co ciągle wałkujemy i zapisujemy zostaje w pamięci na dłużej. Lepiej więc przysiąść chwilę i nawet po męczącym dniu pomyśleć o fajnych rzeczach. Przynajmniej ja wolę wspominać te fajne i o nich opowiadać. Frustracji mnie też nie brakuje, wczoraj siedziałam 8h na izbie przyjęć i co? Nic, moje rozpamiętywanie tego nie zmieni, ważne że przez 8h maluch był super dzielny i podrywał wszystkie mamy wokoło ;). I zaczął robić brzuszki, normalnie łapkami trzymał się za głowę i gimnastykował (osobnik ma rok). Jedna z mam była tak zafascynowana, że chciała go nagrać 😀

  3. cos w tych kurwach jest – wczoraj czytalam Twoj tekst o zabieraniu dzieci – i tam gdzies w srodku poleciala kurwa, a to bylo tak prawdziwe i autentyczne ze az sie usmiechnelam (1) bo mysle tak samo, 2) czasami warto pobluzgac))

  4. Prawda jest nudna. Musi być ostro, musi być jazda bez trzymanki, to się najlepiej sprzedaje. Za każdym razem, gdy zaczynam u siebie na blogu tak gwiazdorzyć, daję sobie mentalnie po łapkach. I pewnie dlatego coraz rzadziej piszę, no bo kurczę, autocenzura mnie dobija. 😉

  5. Bo u nas sie przyjelo w narodzie ze tak nazwe, iz rodzicielstwo jest super. wychodzisz za maz i kazdy pyta keidy dzieci?? bo super jest, a nikt nie dodaje ze padasz na ryjek, pomimo pieknych chwil

  6. jak się chce zbudować coś wartościowego, to się trzeba narobić i zmachać. Poświęcić to i owo, a tam i owam odpuścić. Niezależnie czy chodzi o naukę gry na gitarze, malowania obrazków, karierę zawodową, sport, wychowanie dzieci, budowanie domków z zapałek… proste. Tylko tyle i aż tyle. Narzekanie, że budowanie czegokolwiek wiąże się z wysiłkiem, to IMHO w kontekście rodzicielstwa wyjątkowo kwaśny wykwit współcześnie postępującej kultury czubka własnego nosa…

    • Masz rację, jasna sprawa. Myślę jednak, że jest coś bardzo ludzkiego w narzekaniu na to i owo i nie dziwię się, że ktoś daje temu upust. Ja też daję 😉
      Masz rację jednak, że po prostu trzeba wpisać wysiłek w to, co się robi, i nie dziwić się, że on się pojawia. Normalna rzecz.

Odpowiedz