Przypadek pierwszy. Ona i on znali się od dziecka, chodzili razem do podstawówki, mieszkali na jednym osiedlu. Zaczęli ze sobą „chodzić” (tak to się wtedy mówiło) w wieku lat czternastu i kontynuowali ten marsz przez następnych lat osiem, kiedy to w końcu stanęli na ślubnym kobiercu.

Przypadek drugi. Ona i on poznali się na studiach. Poznali i każde z nich przez dłuższy czas chodziło swoimi drogami, ale w końcu okazało się, że jednak iskrzy i przez następne pięć lat iskrzyło w sposób nieformalny. Jakiś czas przed trzydziestką sformalizowali.

Przypadek trzeci. Ona i on poznali się w trakcie studiów. Krótka piłka, siła uczucia jak wybuch bomby jądrowej pożerająca wszystko wokół. Pobrali się po trzech miesiącach znajomości, nie zważając na załamywanie rąk i pukanie się w czółko licznej rodziny.

Przypadek czwarty. Poznali się po studiach, siła uczucia jak wyżej, miesiąc po nawiązaniu znajomości, okazało się, że jest ciąża. Skoro ciąża, to i ślub, pobrali się więc szybciej niż szybko.

Zobaczcie, cztery zupełnie różne przypadki, cztery odmienne historie. Często ulegamy pokusie, by stwierdzać rzeczy o wadze dogmatu, że najważniejsze to dobrze poznać się przed ślubem, bo jak się dobrze poznamy, to wszystko się ułoży. Niby słusznie, tylko co to znaczy „dobrze poznać”? Stwierdzić, że ma się podobne poglądy polityczne i słucha tej samej muzyki? O, nie śmiejcie się z tej muzyki i nie bagatelizujcie. Rytmy różnorakie wypełniają sporą część naszej przestrzeni życiowej. Wytrzymalibyście z kimś, kto wielbi Weekend, jeśli sami jesteście fanami heavy metalu? Czy „dobrze się poznać” to znaczy sprawdzić swoje dopasowanie seksualne?

W latach mych chmurnych i durnych, kiedy człowiek żył ideami i wydawało mu się, że to takie oczywiste, że zaraz po studiach znajdzie dobrze płatną pracę, krążyła wśród mi podobnych legenda, że dobrze jest faceta poddać testowi bułki. Test był to wredny, podstępny i miał z trzewi wydzierać prawdę o człowieku najprawdziwszą w świecie. Należało na wycieczkę w góry (bo wtedy studenty w góry łaziły) zabrać tylko jedną kanapkę i nic więcej. Na postoju, kiedy już człowiek padał na ryj, mężczyzna zazwyczaj miał zarządzić, by wyciągnąć żarcie z plecaka. Trzeba było więc wyciągnąć bułkę i przyznać się, że istnieje jej tylko sztuk jeden. Jeśli on wziął i ją zeżarł, to należało czym prędzej kończyć związek i wiać, gdzie pieprz rośnie. Jeśli jednak zamierzał się podzielić, albo wręcz oddać całość płci nadobnej – istniała jakaś nadzieja.

Coś w tym jest, bo w sytuacjach ekstremalnych (nazwijmy je tak dla uproszczenia) wyłazi na wierzch informacja o naszym poziomie egoizmu, tak jakbyśmy nagle odsłaniali skrzętnie skrywane słupki. Jeśli więc typ zżera ci kanapkę i nawet nie wpadnie mu do głowy, by się podzielić, to można wysnuć hipotezę, że on przez całe życie tak pod siebie, dla siebie i ogólnie ja, ja, ja.

Tyle wiemy o sobie, na ile nas doświadczono – mówi powiedzenie i to jest prawda. Jest tylko jeden problem. W przypadku związków to doświadczenie jest doskonale gówniane, niezależnie od tego, jak długo trwałby proces zbierania informacji. Dlatego teraz, spoglądając w dół stoku z wyżyn moich nastu już lat małżeństwa, stwierdzam, że nie ma takiej opcji, żeby się przed ślubem porządnie poznać. Nigdy nie poznamy się w dostatecznym stopniu, zawsze coś potem wylezie, bo życie jest nieprzewidywalne i nie możemy się przygotować na wszystko i uzbroić w wiedzę. Wejście w związek z drugim człowiekiem to zawsze ryzyko, zawsze. To skok z urwiska bez wiedzy, co jest pod powierzchnią wody i czy przypadkiem nie rozwalimy sobie czaszki o ukryte skały. Jednak jeśli nie skoczymy, to się nie dowiemy.

Pojawia się też pytanie, po co nam w ogóle małżeństwo. Jestem z tych, których nie satysfakcjonuje odpowiedź, że po wuj, dlatego urządzę sobie małą wiwisekcję tego zagadnienia następnym razem.

Wróćmy do czterech par, które poznaliście na początku tekstu. Chcecie wiedzieć, jak potoczyły się ich losy? Nader ciekawie.

Para numer jeden rozstała się po niecałych dwóch latach małżeństwa. Bardzo szybko, wręcz ekspresowo znaleźli sobie nowych partnerów. Para numer dwa jest małżeństwem od ponad dziesięciu lat, mają dzieci, ich związek niczym się nie różni od tysięcy innych małżeństw z podobnym stażem. Para numer trzy również nadal jest małżeństwem i trwa to lat kilkanaście, postawili dom, zasadzili drzewo i spłodzili syna. Para numer cztery – tu zaskoczenie – cały czas jest małżeństwem i na dodatek mieli okazję się przekonać, że ich związek jest w stanie przetrwać potężne wichry i burze, jakie przetoczyły się przez ich rzeczywistość.

Czy można wskazać, która z par poznała się przed ślubem najlepiej? No właśnie…

Zdjęcie z pixabay.com. Tekst przeniesiony z mojego drugiego bloga „My, babki”.

17 KOMENTARZE

  1. Wreszcie tekst na ten temat, gdzie brak operowania pojęciem „mieszkania razem przed ślubem” itp.
    Dzięki za promocję normalnego stylu życia.

      • Eee, a co ma robic para, ktora ma poltora dziecka, parenascie lat stazu i nie ma zamiaru sie pobierac, chyba ze kiedys dzieci poprosza? 😉 Czy mamy sie spodziewac jakichs wywrotowych zmian po slubie? Bo jakos nie sadze… Ogolnie z tekstem sie zgadzam, tylko „slub” zamienilabym na „powazny zwiazek” 😉

  2. Masz rację, że nigdy nie poznamy drugiego człowieka „wystarczająco” dobrze. Nigdy nie postawimy potencjalnego małżonka we wszystkich możliwych sytuacjach żeby sprawdzić jak się zachowa. Przez całe życie się zmieniamy, nasza osobowość i poglądy się kształtują pod wpływem różnych wydarzeń i osób, które napotykamy w swoim życiu. Trzeba mieć to cały czas na uwadze. A najlepszy moment na małżeństwo? Moim zdaniem kiedy obie osoby poczują, że to „to” i się kochają. U jednych to 5 lat, u innych 3 miesiące, a u jeszcze innych 15 lat. Do pewnych decyzji trzeba dorosnąć (choć np. gdy zajdzie się w ciążę to niektórzy bardzo szybko dorastają;) choć są i tacy, dla których ta sytuacja niewiele zmienia w tej kwestii). To kwestia indywidualna i myślę, że nie ma jednej konkretnej odpowiedzi, kiedy trzeba wziąć ślub i czy małżeństwo przetrwa próbę czasu. To związek dwóch ludzi, którzy decydują o tym, jakie będą jego losy.

  3. Idealny tekst!
    Ja właśnie planuje ślub i to,że nie do końca wiem w co wchodzę,ani trochę mnie nie dziwi 🙂 będziemy mieli całe życie na poznawanie się i zastanowienie,czy podjęliśmy słuszną decyzję. Mój Olek jest jednym z tych, którzy jeśli ‚nie poznają kobiety wystarczająco’ nie chcą myśleć nawet o ożenku. Pozostaje mi się tylko cieszyć,że jestem taka nieskomplikowana,że mój mężczyzna juz zdążył mnie poznać 🙂

  4. Krusz nie załamuj mnie plis 😀
    My od 18 roku życia, po 7 latach ślub, w sierpniu dwa po ślubie będzie. Szczerze mówiąc mieliśmy wiele zawirowań przed ślubem, rozstan powrótow, zazdrość nas wykończyła raz, ale bez siebie żyć nie potrafiliśmy. Po ślubie było dotarcie, ba! Oczywiście, że nadal jest. Czasem słońce, czasem deszcz. Ale generalnie jest dobrze. Nie planuje, nie obliczam, żyję i czekam co życie przyniesie. I nadal się poznajemy, tak już chyba będzie for ever 🙂
    Całuję 🙂

  5. Nie można się poznać przed ślubem, nie można poznać po. To proces. Toczy się cały czas, każdy się zmienia. Poznajemy się całe życie. Codziennie, a szczególnie, w chwilach trudnych. Nic tak nie scala związku/nic tak nie rozwala jak sztormy.

  6. Tak. I nigdy nie mozesz sie niczego spodziewac. I Ci oni, Ci o ktorych mówiłaś że to para idealna, Ci którzy byli dla Ciebie przykladem nagle się rozwodzą, bo on ma od 2 lat kochankę i w końcu się zdecydował odejść.

    I to samo może spotkać każdą z nas, chociaż obecnie jesteśmy takie pewne swoich mężów…

    Trochę przerażające.

  7. Test bułki mnie zaintrygował. Myślałam, że trzeba zrobić jedną, dla siebie, a jeśli on nie zrobi dla siebie to wiać. Idę pogadać z moim egoizmem, który właśnie jest ciężko doświadczany przez konieczność bycia pielęgniarką 😉

  8. Im dluzszy zwiazek, tym wiecej dowiadujemy sie tez o samych sobie, na co nas stac, do czego jestesmy zdolni… Dlatego chyba trzeba walczyc o zwiazek ; zaczynajac coraz to nowy zwiazek, kiedy poprzedni przestaje sie nam podobac, poznajemy siebie samych tylko do tego etapu. Dzisiaj za latwo ludzie siegaja po rozwod, a to powinna byc ostateczna ostatecznosc.

  9. Chyba nie ma idealnego momentu:) Ja właśnie jutro idę na wesele znajomych kórzy mają po 40 lat i dopiero teraz po ponad 10 latach w związku zdecydowali się na ślub. Dla nas super okazja do zabawy i do zakupu nowej sukienki 😉 która ja akurat wypatrzyłam w sklepie goodlookin.