I weź tu dogodź kobiecie! Wiecznie jestem niezadowolona z mojego koloru włosów i to nie żebym nie lubiła naturalnego. Lubię nawet bardzo, jeno on coraz bardziej siwizną przyprószon. Ból, a nawet bul, jak napisałby klasyk. Lubię więc mój kolor, ale mam ostatnio fazę na odzywanie się stłumionych za młodu przejawów buntu, które zaliczają życie po życiu w postaci farbowania włosów na jakieś oczojebne kolorki. No i w tym właśnie sęk, że tej oczojebności jednakowoż nie starcza. Była więc czerwień i okazało się, że czerwień nie tak czerwona była, jak być powinna. Jest teraz fiolet, i znów nie jest to to, co być miało. Sięgnęłam więc – skoro już się odgrażałam, że sięgnę – po toner do włosów La Rich’e Directions, który daje plus tysiąc do oczojebności koloru na włosach. Zresztą zobaczcie:

Gdybym w epoce czerwieni wiedziała o jego istnieniu, losy moje potoczyłyby się zupełnie inaczej, jest jednak, jak jest. Zamarzył mi się kolor, jaki ma lasia na dole po prawej, czyli fiolet kojarzący się wybitnie z rasowym neonem. Toner mi podpowiedziano, szarpnęłam się nań i powiem wam szczerze, że transakcję samą w sobie uważam za wybitnie udaną.

Nabyłam na Allegro, zapłaciłam w czwartek, a już dzisiaj, czyli w poniedziałek kurieros w odrzwia me załomotał, czym zdumiał mnie niepomiernie, jako że zapłaciłam za list polecony InPost, który mnie kosztował całe 3,95 zł. Złoty interes, naprawdę. Sprzedawca uwinął się w trymiga, a w efekcie ja dumna i blada gapiłam się poprzez obiektyw na to, co poniżej.

Fotografia, jak to się mówi, nie oddaje uroku i tak dalej, bla, bla, bla. Specyfik był fioletowy, nie da się ukryć. Do nakrętki przyczepiono karteluszek z instrukcją obsługi w nastu językach, w tym po polskiemu. I nawet, wystawcie sobie, podejrzewam się o czytanie ze zrozumieniem, wywnioskowałam więc, że najpierw łeb trzeba umyć, wytrzeć i na wilgotne włosy zaaplikować to, co się kupiło. Czyli jak klasyczną szamponetkę lub szampon koloryzujący. Trzymać trzeba 15 minut, po czym zmyć. Czy muszę pisać, że trzymałam 40 minut? 😉

No. Jak tam w użyciu? Toner La Rich’e Directions nie pieni się nic a nic, trzyma się na włosach dzielnie, spływania nie zauważyłam. Nie ma żadnego zapachu, a przynajmniej ja takiego nie wyczułam. Opakowanie starczy w zupełności na moje krótkie włosy, ale laski ze zdjęcia powyżej, zwłaszcza te długowłose, musiały zużyć pewnie ze 3 lub 4 opakowania na raz, co czyni całą imprezę średnio opłacalną, jeśli zważyć przy okazji fakt, że toner trzyma się tyle, ile szamponetka, może ciut dłużej. A jedno opakowanie kosztowało mnie 20 zł plus symboliczne koszty przesyłki. Raz więc można, ale żeby tak utrzymywać sobie oczojebny kolorek, co to to nie, poszłabym z torbami, a muszę zapewnić fundusze na inne priorytety. Na przykład na cienie do powiek, prawdaż :-]

Po czterdziestu minutach zmyłam więc toner i… i umywalkę oraz wannę to se chyba wymienię, bo to cholerstwo za Chiny nie chce z niej zejść. Wżarło się i koniec. Mąż jeszcze nie widział, konstruuję wiarygodną wersję wydarzeń, preparuję alibi. Ale o włosach, Kruszyzno, o włosach. Z włosami sprawa wygląda tak, że faktycznie, jak internety głoszą, żeby oczojebność uzyskać, trzeba wprzódy włosię rozjaśnić i to tak, jak się da najbardziej. Ja nakładałam na sprany fiolecik robiony u fryzjera.

Tu dygresyją pozwólcie. Odradzam farby do włosów Joanna w odcieniu fioletu. Schodzą piorunem, zostawiając po sobie wzorcowy efekt spranych buraczków. Boże uchowaj! I to fryzjersko robione, żadne home made.

No dobrze, nakładałam na ten sprany Joannowy fiolecik w wersji sprane buraczki level master, przez co uzyskałam po prostu podkreślenie fioletowego koloru. Włosy mam ciemne, ciemniejsze niż przy buraczkach, ale nie jest to oczywiście fiolet, jaki prezentuje lasia po prawej. Ja prezentuję się zgoła odmiennie, spojrzyjta zatem, bo i tak pewnie gro narodu pominęło ten tekst :-]

Ja wiem, że wujowość zdjęcia przytłacza, ale sęk w tym, że w różnym świetle różnie się ten fiolet prezentuje. Na tych jest najbliższy oryginałowi. Bo już focie machnięte lustrzanką wyposażoną w lampę błyskową wyglądają tak.

Takie trochę bordo, co nie? Czarna wdowa z włosiem bordo żuła chipsy kręcąc mordą, pardon. To efekt lampy, zapewniam. To znaczy o kolorze włosów mówię, nie o erupcji słownej sensu większego pozbawionej.

Podsumowując. Róbta, co chceta, ale jeśli chceta mieć fiolet jak z reklamy, to se wprzódy włosię rozjaśnijcie po całości i to tak, jakby ono w życiu pigmentu na oczy nie widziało. Na włosy długie co najmniej 3 opakowania zejdą, na krótkie takie jak moje wystarczy jedno spokojnie i nawet jest lekka górka. Czy jestem zadowolona z efektu? W sumie jestem. Dzieci mi ryją beret, żebym wróciła do mojego przyrodzonego koloru, czyli ciemnego brązu, który jest naprawdę ciemny mocno, bo jus stalcy tych celwonych włosków, mamusiu, wrócę więc, bo chcica mnie na to naszła. Impreza jest kompletnie nieopłacalna. Efekt na raz OK, ale na dłuższą metę portfel jęczy. Tylko weź se zrób na raz, jak musisz wcześniej hardcore’owo rozjaśnić. Do dupy. Samo działanie kosmetyku jest w porządku, jako taka droższa szamponetka dla podrasowania koloru może być.

Post przeniesiony z mojego drugiego bloga „My, babki”.

13 KOMENTARZE

  1. Może i włosy buraczki, ale widzę, że skóra to rasowy fiolet 😀
    Sama machnęłam sobie teraz orzechowy brąz i nikt (oprócz mnie) nie zauważył różnicy, za to brązowa woda leci przy każdym myciu…

  2. Umywalke i te inne sprobuj octem albo innym niezracym kwasem. Na wszelki wypadek sprobuj najpierw w miejscu niewidocznym, nie biore odpowiedzialnosci za chinskie szamponetki 🙂 Nastepnym razem farba na leb, a w tym czasie wez na szmatke odrobine wazeliny albo parafiny i posmaruj wanne albo umywalke, zalezy, gdzie bedziesz splukiwac. Kolor sie nie wezre, a pozniej ladnie schodzi cifem. Mezem sie nie martw, powiedz ze jednakowoz krew sie splukuje latwiej, ale na szczescie nikt w tym domu nie ucierpial i to tylko farba, rodzina w komplecie, niech sie cieszy 🙂

    • Tak, semi-permanent. Nie, jazdy nie będzie, bo to oznacza – o ile się nie mylę – działanie podobne do szamponu koloryzującego. Permanent na full jest farba do włosów. To, co inne, wypłukuje się i znika prędzej czy później. W tym przypadku – jak tak czytam opinie w necie – raczej prędzej. 😉

      • W moim przypadku semi-permanent oznacza, ze jak chce fajny kolor, to on mi zlazi (semi-), a jak juz chce, zeby to sraczko-buraczko z wlosow sobie poszlo, to jeszcze siedzi i trzeba scinac, tudziez farbowac (-permanent), co oznacza grozbe wylysienia albo uzyskania kolorku niepodobnego do tego na opakowaniu farby 😀

        • A no właśnie, tak się może dziać w zależności od koloru. Na przykład taki Casting L’Oreal dajmy na to czerń jakaś tam (miałam kilka) to sobie możesz spłukiwać do upojenia i dupa. Będzie siedział twardo, choć nieco spłowieje. Czerwienie i fiolety schodzą ponoć najszybciej, brązy i rudości utrzymują się znacznie dłużej, najdłużej siedzi czerń. No nic, zobaczymy. Jak zauważę powrót buraczków (horror Sprane Buraczki III), to zmienię kolorek na ten najbliższy wrodzonemu. 😉

  3. Uprzejmnie donaszam, ze zdjeciem sloiczka z tonerem narobilas mi potwornego smaka na dzem jagodowy, ktory musze, MUSZE dzis koniecznie zjesc z racuszkami, chodze i szukam i NIE MA!!! Niedobra kobitko!!!

    • Coooooo? Racuszki???? O, to Ty jesteś niedobra! Ja tutaj indeksy glikemiczne, ładunki glikemiczne, odsądzam mąkę od czci i wiary, a Ty mi tu z racuszkami? Już mi lewica sięga po mleko i jajka, kiedy prawica pisze te słowa 😉

    • Wiem, dlatego nie będę już podchodzić do tego tonera. Wypłukuje się prawie jak szamponetka (szybciej niż szampon koloryzujący) i do tego nierównomiernie.
      Czyli tak: mocno rozjaśnić włosy (najlepiej ekstremalnie), a następnie co najmniej raz na tydzień nakładać toner, żeby utrzymać kolor. Ani portfel tego nie wytrzyma, ani owłosienie.