Dobra, chrzanić te czerwienie, chrzanić fiolety, zarządziłam powrót do źródeł i zabrałam się za przywracanie włosom ich prawdziwego koloru. Nie no, dobra, aż tak ściemniać nie będę. Kolor naturalny jest już mocno – chlip, chlip – siwizną przyprószon, jako że ciemnowłosi siwieją szybciej niż blondyni i zdecydowanie brzydziej. Siwe włosy wśród ciemnych po prostu walą po gałach. Nie ma więc możliwości łażenia sobie totalnie saute, a mówiąc o powrocie do korzeni, mam na myśli zrobienie się ponownie na ciemny brąz.

Bo taki kolor mam w rzeczywistości. Ciemny brąz. Na tyle ciemny, że bez rozjaśniania i jakichś tam bajerów łapią mnie tylko ciemne brązy i czernie. Skąd ten ruch? No cóż, znudziło mi się :-] Spełniłam jedno ze swoich marzeń, czyli zrobienie sobie włosów w odcieniu oczojebnej (pardon) czerwieni, przebrnęłam przez fiolecik i uległam w końcu dzieciom, które od pewnego czasu ryły mi beret, że „a kiedy będzies miała calne włoski, mamo”. Mama w końcu zainwestowała w farbę. A farbą tą okazała się Venita Henna Color, ziołowy krem koloryzujący na bazie henny.

Odcień – rzecz jasna – czarna czekolada. W zestawie, który kosztował mnie 7,99 zł, znalazłam tubkę z kremem koloryzującym, jednorazowe rękawiczki i instrukcję.

Jedną tubkę. Żadnego mieszania czegoś z czymś. Nie zwlekałam i zabrałam się do dzieła.

Specyfik nakłada się na umyte, wilgotne włosy, czyli tak jak szampon koloryzujący i zupełnie nie tak jak farbę. Venita Henna Color nie spływa z włosów, trzyma się dobrze, pozwala się bez problemu nanieść i nie śmierdzi. Właściwie to prawie w ogóle jej nie czuć. Zazwyczaj trzeba wytrzymać w papce na włosach około 20-30 minut, ale szczęśliwie doczytałam, że w przypadku mojego odcienia, czyli czarnej czekolady, trzeba wytrzymać dwukrotnie dłużej (60 minut).

Trzymałam więc prawie 75 minut, bo… no, zaczytałam się i zleciało. Niech rzuci kamieniem ten, kto nigdy tak nie miał ;-] Ja rzuciłam się do łazienki spłukiwać pastę, a spłukiwanie to nie było jakoś szczególnie traumatyczne, muszę przyznać. Poszło gładko. I co? No i efekt jest taki, jak chciałam, proszę ja was.

Przede wszystkim włosy rzeczywiście mają odcień gorzkiej czekolady, co nie jest takie oczywiste, bo często czekolada wygląda bardziej na hebanową czerń niż czekoladę właśnie. Tu jest czekolada. Włosy są miękkie, łatwo się rozczesują, uzyskałam to, o co mi chodziło. Nie mam pojęcia, jak będzie z trwałością i co jaki czas trzeba będzie odświeżać kolor, ale nastawiam się optymistycznie. To moje pierwsze bliskie spotkania trzeciego stopnia z henną i uważam je za udane. Do kompletu zainwestowałam w szampon do włosów czarnych, o taki:

Użyłam go dopiero raz, nie mogę więc jeszcze nic powiedzieć (jest jeszcze wersja do włosów w odcieniach czerwieni i blond), zobaczymy. Kosztował tyle co farba, portfel się więc z żalu nie potnie.

EDIT 25.03.2015

No niestety z trwałością koloru jest mocno kulawo. Być może jest to kwestia „podłoża”, na które nakłada się ziołową mieszankę, może kwestia samej mieszanki. Nakładałam na farbę (no wiecie, taką chemiczną chemię), farba została podrasowana tonerem La Rich’e, który się wziął i sprał, i dopiero na sam wierzch poszła Venita. Kiedy piszę te słowa, nie został na włosach najmniejszy ślad po Venita Henna Color. W tej chwili paraduję z wersją sprany fiolecik swobodnie lewitujący w stronę spranych buraczków. Horror, dramat i żużel. Myję głowę codziennie, to bardzo istotne. Niestety. Dziesięć dni i po zawodach. Jeśli tak to wygląda, to w ciągu miesiąca musiałabym zużyć trzy opakowania, a to czyni cały interes raczej nieopłacalnym. Można kupić szampon koloryzujący za niecałe 10 zł, który potrzyma przez cały miesiąc.

Post przeniesiony z mojego drugiego bloga „My, babki”.

17 KOMENTARZE

  1. Koniecznie dawaj znaki, czy to sie trzyma długo, w sensie bardziej jak szampon czy raczej jak farba. I jeszcze powiedz mi jak jest ze składem – to chemia czy natura bardziej? Pytam, bo henny nigdy nie używałam, kojarzy mi się z czymś naturalnym, a problem mam taki, że wychodzą mi okropnie włosy, więc boję się farbować – z drugiej strony ta siwizna doprowadza mnie już do szału. Może henna mnie uratuje?

    • Na opakowaniu jest tak: balsam nie zawiera amoniaku i utleniaczy, dlatego działa łagodnie i bezpiecznie. Nie rozjaśnia włosów, pozwala jedynie je przyciemnić lub podkreślić ich naturalny kolor.

      Czyli taka chemia, tylko mniejsza. Farbuje ziołowy składnik i podobno henna wpływa pozytywnie na włosy. Pożyjemy, zobaczymy 😉 Też mam słabe włosy.

  2. Kiedy przesiadałam się ze sztucznego blondu na własny kolor, używałam henny tej firmy zmieszanej z inną i byłam zadowolona z odcienia, b. naturalnego. Niestety zabieg musiałam powtarzać co trzy tygodnie, bo tyle czasu zabierało odrostom osiągnięcie nieprzyzwoitej długości, a i kolorek trochę się wycierał/wypłukiwał (myłam głowę codziennie). Zalety? Miły, trochę siankowy, zapach przy nakładaniu, włosy miękkie w dotyku. Wady? Przez pierwsze dni po farbowaniu musiałam unikać jasnych ręczników i poszewek na poduszki.
    Po jakichś dwóch latach takiej zabawy postanowiłam zrewidować swój pogląd, w myśl którego kobieta o włosach poprzetykanych siwizną to kobieta zaniedbana. No i srebrzę się teraz z godnością. 😀
    Krusz, a Tobie gratuluję czekolady. Przynajmniej na zdjęciu wygląda bardzo ładnie.

  3. Kolorek na zdjeciu b. fajny! Co do henny, to trzeba dbac bardzo o nawilzanie, bo na dluzsza mete (albo na krotsza) wysusza. Farbowalam sie tak ok. 10 lat 🙂 Na bazie henny jest tez taki wosk do pielegnacji wlosow, ale-po pierwsze- trzyma sie go ok. 30 minut, po drugie, bardzo obciaza wlosy dlugie. À le za to efekty…

    • Tu nie pomogę, bo nakładałam ją na farbę. Miałam na głowie fiolet, który ewoluował zaskakująco szybko w sprane buraczki, potem podrasowałam to tonerem, a na to henna. Nie wiem, czy radzi sobie z siwymi. Na opakowaniu stoi, że tak, tylko odcień wychodzi jaśniejszy, ale kto ich tam wie.

  4. Chwała Ci za ten powrót do natury! No wiem, wiem, prawie do natury! Ja trzymałam najwyraźniej sztamę z Twoimi dziewczynami. A że zwróciłaś się akurat w stronę „henny” z Venity – cieszę się podwójnie, bo to „moja” farba od kilku miesięcy, nawet kolor ten sam. Z tym, że ja go używam bom ciężarna i nie chcę agresywnych mazideł, a całkiem bez mazideł już niestety nie da rady. Za dużo siwaków. Zaraz po farbowaniu włosy są super – lśniące i gładkie. Niestety spłukuje się to to z każdym myciem i włosy robią się matowe i sprane. Używam co 3-4 tygodnie, ale myję głowę tylko dwa razy w tygodniu. Jak będę mogła to wrócę do zwykłej farby. Na razie zostaję przy tej.

    • Rzeczywiście się spłukuje. Póki co jednak trzyma się nieźle. Myję głowę codziennie, to i problem jest. Używam tego szamponu do czarnych włosów i jakoś nie widzę oszałamiającego efektu, ale dopiero kilka dni stosuję, więc… 😉
      Jak mi się spierze, to chyba sięgnę po szampony koloryzujące. Efekt jak farba, też trzeba raz na miesiąc ciachnąć, ale mniej inwazyjne to to jednak.

  5. Moje drogie (i szanowna Autorko :P)
    Spróbujcie prawdziwej henny, np. Khadi . To pokruszona roślinka, którą trzeba zmieszać z wodą i/lub cytryną.
    Venita mi sie spłukiwała po ok 2 tygodniach, henna trzyma kilka miesięcy – pomijając odrosty. No i spłukuje się w miarę równo, więc nawet jak spod rudego wylezie mój naturalny mysi brąz – nie ma tragedii. Włosy są grubsze!
    Standardowe opakowanie henny Khadi starczy mi na dwa razy (mam włosy do ramion). Używam czystej (red), dostępne są inne mieszanki kolorystyczne. Nietoksyczne, nieszkodliwe dla ciężarnych i karmiących. Trochę czasochłonne, ale przyjemne 🙂 Polecam z serducha całego!