Uch, coś tam w lesie gruchnęło, coś tam w lesie huknęło, a to komar z dębu spadł, złamał sobie w krzyżu gnat. Jak dobrze by się uprzeć, można całą aferę (aferkę właściwie) dotyczącą zarobków najbardziej znanych blogerek modowych zamknąć właśnie w słowach tej starej, ludowej pieśniczki, co to mi ją babcia śpiewała, kiedy jeszcze odważnie robiłam w pieluchy. I pamiętam to, ha! Kolejny kamyczek, który zaznaczył zarąbiste kręgi na wodzie, nie byłabym sobą jednak, gdybym nie spojrzała z mostu w dół i nie poddała kręgów pewnej analizie, prawdaż. Ale o co chodzi? Już wyłuszczam.

Blog (blog, podkreślam to) Polacy Rodacy pokusił się o prowokację i podając się za firmę PR wysłał zapytania ofertowe do grupy blogerek i blogerów modowych, zarówno tych mało znanych, jak i tych z górnej półki. Dla tych, którzy nie wiedzą, bo nie siedzą w temacie – takich listów otrzymuje się sporo, propozycje udziału w kampanii i prośba o wycenę działań to żadne aj waj. Blogerzy więc odpowiedzieli, po czym Polacy Rodacy ujawnili wyniki eksperymentu i… leciutko tlący się płomyczek wystrzelił jak podpalona góra siana. Wielu wypowiadało się już na ten temat, głos zabrała również pani Karolina Korwin Piotrowska i do jej artykułu właśnie będę się odnosić, kiedy mówię o wrzucaniu kamyczka. Są bowiem w nim stwierdzenia, pod którymi się podpiszę, ale są i takie, które mnie głęboko ubodły.

Do adremu przystąp. Temperaturę podniosła wieść, że najpopularniejsze blogerki modowe śpiewają za wpis sponsorowany po 8000 zł (po negocjacjach schodzą ze stawki i to dość znacznie), zorganizowanie konkursu wyceniają na kilkanaście tysięcy złotych, a za zdjęcie na Instagramie w ciuchach danej marki liczą co najmniej 2000 zł. Pani Karolina pisze, że jej te stawki nie szokują. A mnie? Mnie też nie. Blogerki, o których mowa, mają powalająco wysokie statystyki odwiedzin na blogach, fanpejdże liczone w setkach tysięcy fanów, są rozchwytywane medialnie i znane, dlaczego więc nie mają żądać wysokich stawek za reklamę? Ceny wcale nie są wygórowane w relacji do ich popularności, naprawdę. Są najzupełniej adekwatne.

Karolina Korwin Piotrowska pisze również, że razi ją to, że za blogowe wpisy, których poziom językowy i merytoryczny trudno określić innym mianem niż żenująco niski, blogerki modowe śpiewają takie stawki. Że przyzwoitość wymagałaby utrzymywania wypowiedzi na poziomie, który usprawiedliwiały pięciocyfrowe kwoty za wpis. O chwileczkę, tu się zatrzymajmy.

Czym różnią się topowe blogerki modowe od modelek? Niczym. Naprawdę niczym. Może tylko tym, że pracują dla siebie, nie dla jakiejś agencji. Od kiedy to od modelek oczekuje się wiedzy merytorycznej? Wystarczy, że powiedzą, że marzą o pokoju na świecie i pragną karmić głodne dzieci, a publiczność to łyka. Skąd  więc założenie, że blogerki modowe (czytaj: modelki blogowe) powinny dawać coś więcej? Jeśli tak do tego podejdziemy, to okaże się, że mówimy o trochę niższej, ale też i znacznie nowocześniejszej lidze niż Claudia Schiffer. W takim razie ani zarobki, ani merytoryka na takim a nie innym poziomie nie powinny nikogo dziwić. Co nie oznacza, że nie powinno się podnosić poziomu, rzecz jasna.

Jest jeszcze jedna sprawa, w której zdania pani Karoliny nie podzielam. Poziom tekstów jest w większości przypadków żenujący i nikt z tym się kłócił nie będzie, a już na pewno nie ja. Pani Karolina na pewno jednak świetnie wie, bo siedzi w branży od dawna, że widz/czytelnik nie oczekuje dzisiaj merytorycznego przekazu. Oczekuje emocji. I obrazków. Stąd taki lawinowy wzrost popularności YouTube i promowanie przez Facebook statusów filmowych. Ludzie dzisiaj nie czytają, ludzie patrzą, a skoro patrzą, to generalnie tekst mają w dupie, a poziom tego tekstu również. Ludziom chodzi o emocje i obrazki, a jedno i drugie modelki blogowe ludziom dostarczają, więc o co kaman? Odpowiadają oczekiwaniom tłumów? Odpowiadają. Uderzają w gusta? Uderzają. Można się zżymać, że o tempora, o mores, ale sorry, jaki popyt, taka podaż. W świecie, w którym królują programy pokroju Celebrity Splash czy też Kto poślubi mojego syna, absolutnie nie powinno dziwić „branie” blogerek modowych z takich ich poziomem, jaki reprezentują.

Tu dochodzimy do momentu, który mnie autentycznie zabolał. Mnie osobiście. Pani Karolina całą blogosferę wrzuca bowiem do jednego wora, zarzucając – między wierszami, bo nie wprost – równanie w dół, odpowiadanie najniższym instynktom i po prostu dziennikarstwo klasy Z, bo już nawet nie C czy B, o A nie wspominając. O nie, to jest naprawdę krzywdzące. Blogosfera jest tak zróżnicowana jak samo dziennikarstwo, co zresztą pani Karolina dostrzega i zaznacza, że istnieje przepaść między dziennikarzem prowadzącym program publicystyczny czy dziennikarzem śledczym a dziennikarzem-celebrytą prowadzącym jakieś popularne pitu-pitu. No właśnie, z blogosferą jest tak samo. Ona naprawdę nie kończy się na blogach modowych. Są blogerzy, którzy poziomem wypowiedzi miażdżą niejednego dziennikarza, a rzetelności i wartości merytorycznej niejeden mógłby się od nich uczyć. Nie można nie wiedzieć o blogerach pokroju Konrada Kruczkowskiego z Halo, ziemia czy Michała Szafrańskiego z Jak oszczędzać pieniądze. Dla nich też blogi są ich źródłem dochodu. Nie można w końcu nie dostrzegać, że istnieją również takie blogi jak mój, czyli Dzieciowo mi!, który zawartością merytoryczną kładzie na łopatki niejeden blog z tej samej dziedziny. Sorry, ale czytam projekty ustaw, wypowiadam się na tematy społecznie zaangażowane, poruszam kwestie niewygodne i wymagające przemyślenia, staram się przekazywać innym rodzicom treści, które moją ich wzbogacić i po prostu pomóc w codziennym przeżywaniu rodzicielstwa, a to kosztuje mnie naprawdę sporo. Na miłość boską, nie można nie dostrzegać zróżnicowania blogosfery i stawiać znaku równości między bloger = dno, a dziennikarz = profesjonalizm. Moje oba fanpejdże łącznie mają niecałe 8 tysięcy sympatyków, co jest wynikiem śmiesznie niskim w porównaniu do blogosfery modowej, ale nigdy im nie dorównam z prostego powodu – kliknięcie „Lubię to” przy moim blogu jest ryzykownym posunięciem, bo istnieje prawdopodobieństwo, że napiszę coś o in vitro, zanurzę się w politykę, albo skrytykuję pomysły ministerstwa edukacji. Na dodatek nie kryję się z moim światopoglądem, a ten wielu nie pasuje. I ja również zarabiam na blogu.

No dobrze, zatrzymajmy się chwilę przy mnie. Moje stawki są niższe niż blogerek modowych (modelek blogowych), bo i branża nie ta, pamiętajmy, statystyki niższe, co też niezwykle istotne. „Dzieciowo mi!” rejestruje jednak ponad 100 tysięcy unikalnych użytkowników miesięcznie, co jest wynikiem zasługującym na uznanie wśród blogów rodzicielskich. Pamiętajmy też, że z tego żyję, a więc płacę 1100 zł ZUSu miesięcznie, płacę podatki i razem z mężem utrzymujemy trójkę dzieci. Chyba więc oczywiste, że nie robię niczego na zasadzie „wy mi wyślijcie grzechotkę, a ja wam napiszę tekścik”. Za przedszkole czy lekarzy grzechotkami nie zapłacę. Moje stawki są takie, żeby prowadzenie firmy i utrzymywanie się wyłącznie z tego przy trójce dzieci było opłacalne. Poza tym, sorry Batory, ale moją własną markę buduję od ponad sześciu lat, robię to z zaangażowaniem, rzetelnie i nie pierdolę bez sensu. Czy to takie dziwne, że w końcu stało się moim źródłem dochodu? Przy okazji chciałabym też rozwiać panujące przekonanie, że bloger to takie fajne zajęcie, że w ciągu kwadransa pierdyknie się tekścik, a potem cały dzień się leży kołami do góry i patrzy, jak kapią pieniążki. Moim blogom poświęcam CODZIENNIE co najmniej (co najmniej!) osiem godzin. OSIEM GODZIN, żeby reprezentowały właśnie taki poziom i żeby ten poziom był coraz wyższy. To normalna praca. Różnica jest taka, że robię to, co lubię, i robię to siedząc w dresie i kapciach.

Autorom prowokacji zarzucam ograniczenie się wyłącznie do jednej dziedziny blogosfery (wzbudzającej największe emocje i zainteresowanie – to zupełnie zrozumiałe). Gdyby przeprowadzić podobny manewr wśród blogów rodzicielskich, technologicznych czy lifestyle’owych, wyniki mogłyby być wielce interesujące. Z chęcią bym je poznała. Niestety blogi technologiczne nikogo nie jarają, a matki jakoś nie pozują na ściankach. To i lipa.

Na koniec wróćmy jeszcze do blogów traktujących o modzie. One również są bardzo zróżnicowane. Jest blog, który niezwykle cenię, a jego autorka autentycznie mi imponuje. To Marchewkowa. Kto tam jeszcze nie był, ten trąba. Tak, blog o modzie potrafi być znakomity merytorycznie, prowadzony z klasą i bardzo oryginalny. Widać można.

Artykuł Karoliny Korwin Piotrowskiej znajdziedzie –> tutaj. Wpis z bloga Polacy Rodacy znajdziedzie –> tutaj.

Grafika z unsplash.com.

Tekst przeniesiony z mojego drugiego bloga „My, babki”.

9 KOMENTARZE

  1. Prowokacja tania i smutna, a podnieta żenująca. Chciałoby się napisać, że jaki kraj, takie aferki 😉
    Róbmy swoje. Psy szczekają, karawana jedzie dalej.
    Jak trafnie mówił Prokop w ostatnim wywiadzie, w tym świecie nie bardzo kogoś bulwersuje, że panienka pojawi się z dużym dekoltem we właściwym miejscu, ktoś zrobi jej zdjęcie, a potem żyje z tego 2 lata. Za to bulwersuje, że ktoś zarabia na tym, co robi codziennie. Każda blogerka, nawet taka, która wstawia zdjęcia kaczuszek albo siebie w 700 -tnych szpilkach i okrasza to pytaniem: czy Wam się podoba? jest dla i tak o lata świetlne dalej, niż ktoś, kto próbuje zrobić medialną karierę przez udział w programie, gdzie kopuluje się na żywo, albo randkuje pokazując cycki. Zbudowanie takiej społeczności jak mają te dziewczyny to lata pracy. A wszystkim zbulwersowanym stawkami polecam lekturę cennika reklam w „Przyjaciółce”. Dostępny on line.

    • Dokładnie tak. Poza tym w czym problem, żeby zacząć robić to samo? Każdy przecież może prowadzić blog i na nim zarabiać, prawda? Tylko wtedy się okazuje, że to wcale nie jest takie proste i samo się nie robi.

  2. Tylko problem w tym, że ktoś wmówił tym (niektórym) blogerkom, że skoro są już sławne, to znają się na wszystkim. Zajrzyj kiedyś do książki ,,(Nie) mam się w co ubrać” Karoliny Glinieckiej znanej jako Charlize Mystery. Merytorycznie leży, a od czytania aż zęby bolą. Naprawdę ktoś jej zrobił krzywdę nie mówiąc, że powinna pozostać przy pokazywaniu (całkiem ładnych) zdjęć albo zainwestować w ghost writera.

    • No, OK, ale robi dokładnie to samo co na przykład modelki czy piosenkarki grające w filmach. Im też nikt nie powiedział, że aktorstwo w ich wykonaniu to tragedia. One swoją popularność przekuwają na zarobek i robią to na różnych polach. Tak samo Szarliza (jak ją pani Karolina określa). Czytałam recenzję książki na Niemodnych Polkach, recenzję bardzo wnikliwą, z cytatami i rzeczywiście wygląda na to, że książka to dramat. No ale ktoś ją jednak kupuje. Szarliza odpowiada gustom wielu osób i stosownie do tej ilości pobiera takie a nie inne honoraria.
      Mnie się rozchodzi o to, że niepotrzebnie skupiono się na poziomie tego i owego. Targetowi poziom odpowiada 🙂 Niezainwestowanie w ghost writera z pewnością jest jej błędem, ale samo wychodzenie poza pokazywanie zdjęć to naturalna konsekwencja popularności 🙂

      • Zależy jakiemu targetowi 🙂 ja tam wolę popatrzeć na ładne zdjęcia, jeśli ktoś robi to dobrze i nie musi się wcale odzywać i czytać kogoś, kto z kolei to potrafi robić (taką jedną z Dzieciowo mi! na przykład 🙂 ).
        Nie bulwersuje mnie wysokość stawek, dopóki reklamodawcom pasuje, to nie widzę problemu. Rozśmieszyło mnie za to robienie afery z czegoś, co i tak jest w miarę jawne. W miarę, bo wystarczy spytać, nie trzeba głęboko drążyć.

        • A podziękował 🙂
          Tak, to żadna tajemnica, aferka jest śmieszna. O stawkach różnych blogerek i blogerów zupełnie otwarcie pisze w swoich książkach Kominek (vel Jason Hunt, ale kurde, nie mogę się na tę nową ksywę przestawić), z tym że widzę, że nieco je podkoloryzował. W górę. W prowokacji wyglądają inaczej 😛

  3. Chyba się między wierszami za wiele przeczytało;) Tekst Karoliny Korwin-Piotrowskiej tyczy raczej modowych blogerów, wszak pisze – że zacytuję: „zaczyna dominować w przestrzeni medialnej straszliwie banalna stylistyka, zwycięża parcie na szkło i uwielbienia dla „printów”, „ałtfitów”, „lajków”, a nie merytoryka, wiedza, poważne podejście do pracy i rozwój. Bo te dziewczątka i chłopcy są tak zarobieni pisaniem kolejnych sponsorowanych postów i lataniem na ścianki, że słabo dbają o swój rozwój, także intelektualny, o to, by nie stać w miejscu.” – odnosi to do siebie w jakimś stopniu?

    • Tego fragmentu do siebie nie odnoszę. Dlaczego miałabym odnieść? Natomiast pani Karolina wyraźnie dała do zrozumienia w swoim tekście – a przynajmniej ja to tak odczytałam – że bloger to taki niedorobiony dziennikarz. Że prawdziwi dziennikarze to ci, którzy prowadzą programy publicystyczne i pokrewni, resztę zaś można zamknąć w pojęciu celebryta. Otóż nie, tak nie jest i z tym się nie zgodzę. Tak jak całej blogosfery nie da się zamknąć pod szyldem blogów modowych w takim ujęciu, jak autorka artykułu to ujmuje.
      Często niestety blogosfera globalnie jest traktowana jako działania o charakterze „nie znam się, to się wypowiem” plus branie za to kasy, natomiast dziennikarstwo to „znam się i się wypowiem” oraz także branie za to kasy. Nie odnoszę się tutaj stricte do pani Karoliny, takie spojrzenie jednak zaobserwowałam. I jest ono krzywdzące, mocno krzywdzące. Bo są wśród blogerów tacy, którym niejeden dziennikarz mógłby pozazdrościć warsztatu. I o tym w artykule pani Karoliny nie ma ani słowa. A szkoda. Rozumiem, nie o tym był, ale spychanie blogosfery do jednego wora jest zaciemnieniem obrazu całości.