Stawiam akcent na liczbę mnogą, bo praca była współdziałaniem moim i męża. To bardzo ważne, że jeśli już się za coś zabieramy, co ma mieć wpływ na progeniturę, uczestniczą w tym obydwoje rodzice. Dzieci nie są ani ślepe, ani głupie, pardon. Korczak gorącym żelazem leczył pogląd, że młody człowiek „nic nie rozumie, bo to tylko dziecko”. Z pewnością ogarnia mniej i na przykład świadomość ciągu przyczynowo-skutkowego dojrzewa w nim z wiekiem, ale dziecko doświadcza takich samych uczuć i emocji jak dorosły.

Tak samo więc jak stare pryki potrafi mieć poczucie niskiej wartości. Skąd ono się bierze? Przyczyn, jak to zwykle bywa, wskazać można by wiele. Podejrzewam, że częściowo za sprawą stosunku dorosłych do samych siebie. Właśnie tak. Ja sama mam problem z niskim poczuciem własnej wartości, niejednokrotnie więc zdarzyło mi się zapewne powiedzieć coś, co o tym świadczyło, a co dziecięce uszy czułe jak radary momentalnie wychwyciły. Wielokrotnie stwierdzałam w rozmowach z mężem, że do czegoś się nie nadaję, że coś mnie przerasta, a jak nastrój panował szczególnie minorowy, mówiłam, że jestem beznadziejna i ogólnie do rzyci.

Dzieci chłoną rzeczywistość jak gąbka, odbierają bodźce słuchowe i wzrokowe z odległości nieprawdopodobnych i nawet jeśli wydaje nam się, że coś zostaje między nami dorosłymi, to do końca tak nie jest. Praca nad wzmacnianiem poczucia własnej wartości u mojego dziecka była więc dla mnie szczególnym wyzwaniem, bo oznaczała rozliczenie się z samą sobą. A to jest ani łatwe, ani przyjemne. Muszę jednak powiedzieć, że efekty działań obserwujemy po obu stronach. Ja też na tym zyskałam.

No dobrze, to co zrobiliśmy? Tak naprawdę bardzo prostą rzecz, żadna wiedza tajemna :-] Zgodnie z informacją uzyskaną z przedszkola mieliśmy wzmacniać nawet najdrobniejsze sukcesiki, pokazywać dziecku, w czym jest dobre na konkretnych przykładach.

Tu się zatrzymajmy. Nie chodzi o przekaz w stylu „o jakie ty jesteś śliczne, słodkie i cacane”, bo to nic nie da. Dzieci nie patrzą globalnie, tylko lokalnie. Mówiąc jeszcze bardziej obrazowo, mając do dyspozycji park, skupią się na patyczku. Nie dadzą też nic pochwały nieszczere. Nie chodzi bowiem o chwalenie, tylko o zauważanie drobnych osiągnięć i mówienie dziecku, że to zauważyliśmy i bardzo nas te drobnostki cieszą. To znaczna różnica. Tyle teorii, jak to wyglądało w praktyce?

Kierunek szczegół

Bardzo prosto. Oznaczało żmudne, notoryczne, konsekwentne, nieubłagane rycie beretu metodą jak krowie na rowie. Bardzo często miały miejsce dialogi w stylu:

– A ja nic nie umiem.

– Nieprawda, masz wiele talentów.

– Tak? To co ja takiego umiem?

I w tym momencie następowało przeszukanie w rodzicielskim mózgu i pokazywanie dziecku na konkretnych przykładach, co umie.

– Potrafisz świetnie rysować ptaki. Pamiętasz o tym, żeby tukan miał gruby dziób, a papuga czubek na głowie. Świetnie narysowałaś też tyranozaura, zwróciłaś uwagę na to, że miał dwa palce, a nie trzy jak inne drapieżne dinozaury. A pamiętasz jak wczoraj wysoko odbijałaś piłkę? Aż tatuś nie mógł złapać!

Bywało, że dziecko szybko podchwytywało i samo zaczynało przypominać sobie, co umie, a bywało, że boczyło się jeszcze jakiś czas, by w końcu łaskawie dać się przekonać. Albo i nie. Rozmowa nie zawsze kończyła się sukcesem.

jadzia.JPG

Jeśli dziecko pozwoliło podejść do siebie w czasie, gdy coś robiło (bo zdarzało się też „ale ty nie patrz, mamo!”), to zawsze starałam się znaleźć jakiś szczegół w rysunku czy ogólnie pracy, o którym mogłam wypowiedzieć się pozytywnie. Szczegół, to istotne. Nie był to więc komunikat „o jaki ładny obrazek zrobiłaś”, ale na przykład:

– Ten komin świetnie ci wyszedł.

Albo

– Och, jakie ten motyl ma kolorowe skrzydła! Sama go namalowałaś? Naprawdę?

A potem następowało sakramentalne:

– Idź, koniecznie pokaż tatusiowi!

Dziecko szło, pokazywało, a wciągnięty do spisku ojciec również wynajdywał coś, co zwróciło jego uwagę jako osiągnięcie. W ten sposób młoda otrzymywała jasny przekaz z obu stron. Tata był też przywoływany:

– Chodź szybko, zobacz, jaki fajny motyl jej wyszedł!

To oczywiście nie muszą być rysunki. Nasze dzieci akurat szczególnie upodobały sobie ten rodzaj aktywności, ale to może być coś zupełnie innego.

Kiedy mój mąż siedział z córką i uzupełniali zaległości przedszkolne (a nieobecności było bardzo dużo z racji chorób), dopingował ją przy każdym zadaniu:

– Bardzo dobrze. Tak właśnie trzeba było to zrobić. A popatrz tutaj. Na pewno wszystko zaznaczyłaś? Nie zostało nic więcej? O właśnie, jeszcze tutaj, bardzo dobrze, teraz mamy wszystko. Świetnie ci poszło.

Efekt był taki, że zadania wykonywała chętnie. Znacznie lepiej sprawdzał się na tym polu właśnie mój mąż, nie ja. On jest spokojny jak Ocean Spokojny, ja jestem mocno impulsywna, dziecięce marudzenie i foch sprawiały, że nakręcałam się i nic ze wspólnego działania nie wychodziło. Już wiem, kto będzie z nią siedział nad lekcjami :-]

jadzia2.JPG

Porażka to informacja i droga

Wskazywanie drobnych osiągnięć to jedno. Dużo trudniejszym wyzwaniem była odpowiednia reakcja w sytuacji kryzysowej. Dziecko nadciągało więc jak chmura gradowa, rzucało kartką (lub czymś tam, nad czym akurat pracowało) o ziemię i stwierdzało:

– Nigdy mi się nie uda.

albo:

– Nigdy się tego nie nauczę.

Wtedy następowała droga przez mękę. Stwierdzenie „ależ skąd, na pewno się nauczysz” oczywiście nie rozwiązywało problemu. Dziewczyna odwracała się na pięcie, rzucała „wcale nie!” i zaszywała się w dziecięcym pokoju. Miała tendencję do traktowania pierwszego podejścia jako ostatecznego, szybko się zniechęcała, nie chciała podejmować dalszych prób w obawie przed następną porażką. Należało tak rozmawiać, żeby przekazać, że porażki to rzecz normalna, to normalne, że za pierwszym razem może coś nie wyjść, ba, może nie wyjść i za trzecim, piątym czy siódmym, chodzi o to, żeby próbować. Porażka jest jednym z etapów na drodze do sukcesu i każdemu zdarza się, że coś nie wyjdzie.

Braliśmy więc córę na kolana albo przytulaliśmy (dotyk też ma kolosalne znaczenie!) i zaczynała się rozmowa.

– Ale pokaż, co tutaj chciałaś zrobić?

Ona najczęściej stwierdzała, że nie pokaże, albo coś odburkiwała, albo jeszcze raz rzucała kartką. Wtedy spokojnie rozmawialiśmy o tym rysunku czy pracy w ogóle i o tym, co chciała osiągnąć, jaki był cel. Jeśli cel nie został osiągnięty i praca się nie udała, to nie chwaliliśmy bez sensu. Nie chodzi o to, żeby ściemniać i kłamać, tylko żeby wzmacniać. Dziecko wyczuwa nieszczery zachwyt. Delikatnie więc przyznawaliśmy, że faktycznie, nie wyszło, ale to normalne, że nie wychodzi, że potraktujemy ten rysunek/pracę jako próbę. Zaczniemy jeszcze raz, pomalutku. Chodzi o to, żeby zachęcić do dalszych działań, bo dziecko spodziewa się za pierwszym razem „efektu WOW” i pracy doskonałej. A to tak nie działa.

Najtrudniejsza w tym wszystkim była zimna krew i cierpliwość. Nie dać się wciągnąć w dziecięce narzekanie, nie eskalować emocji (co dla mnie było szczególnie ciężkie). Tłumaczyć, tłumaczyć i jeszcze raz tłumaczyć. Ciągle i w kółko. Z uporem maniaka i namolnie akcentować to, co było już pierdyliard razy akcentowane.

– Znów mi się nie udaje! Nie nauczę się! – stwierdzała na przykład pierworodna.

Wracaliśmy więc do tej samej czynności, która już jej wychodziła i przypominaliśmy, że przecież wczoraj czy przedwczoraj (konkretny dzień), dobrze zrobiła to samo (i konkretnie co) i to jest koronny dowód na to, że da radę, że spokojnie, pomalutku, próbujemy jeszcze raz itp.

Po jakim czasie widać efekty?

Efekty przychodzą stopniowo. Na dobrą sprawę rozmywają się i nie można wskazać jakiegoś punktu zwrotnego, że hop, od dzisiaj zaczęło działać. Z perspektywy roku widzę, że postęp jest kolosalny, ale na co dzień tego się tak nie zauważa. Praca trwa oczywiście cały czas, to nie jest tak, że mamy już z bańki i możemy zlegnąć kopytkami do góry.

jadzia3.JPG

Jakie popełniliśmy błędy?

Wzmacnianie poczucia własnej wartości u dziecka nie rozpoczęło się, rzecz jasna, wraz z otrzymaniem informacji z przedszkola z wymienionymi trudnościami. Trwało wcześniej, ale nie przynosiło spodziewanych efektów, bo popełnialiśmy błędy. Najbardziej typowe zresztą z możliwych.

  • komunikaty były zbyt ogóle („o jak ładnie ci to wyszło” – czyli konkretnie co?)
  • komunikaty nie wskazywały metody dalszego postępowania („uda ci się, zobaczysz”, „nie martw się, potem ci wyjdzie” – czyli co mam robić?)
  • komunikaty były niejasne („jesteś fajną, mądrą dziewczynką” – czyli co to konkretnie oznacza?)

Zdarzało się też, że nie docenialiśmy odpowiednio wagi problemu dziecka, co odzwierciedlało się w zniecierpliwieniu i stwierdzeniach typu „nie przesadzaj” albo „oj, przestań marudzić”. Ono nie przesadza i nie marudzi dla samego marudzenia. Musieliśmy (głównie ja) zmienić sposób patrzenia i potraktować emocjonalne i płaczliwe reakcje dziecka jako sygnał niemożności poradzenia sobie z zadaniem. Komunikat „nie marudź” niczego, rzecz jasna, nie daje i nie wnosi.

Podsumowanie:

Gdybym więc miała w punktach zebrać to, co sprawiło, że dzisiaj jesteśmy daleko dalej niż rok temu, napisałabym tak:

  • akcent na szczegół – diabeł tkwi w szczególe :-]
  • cierpliwość i zimna krew
  • współdziałanie rodziców (wsparcie z dwóch frontów)
  • pokazanie porażki jako normalnego etapu w dążeniu do celu
  • szczerość (żadnego chwalenia dla chwalenia)

Mam nadzieję, że to komuś pomoże. Praca nad dzieckiem oznaczała dla mnie pracę również nad sobą samą i tutaj efekty są mniejsze (bo człowiek im starszy, tym gorzej), ale są. Zmuszałam się do stawiania sobie pytania, w czym jestem dobra i co jest moją mocną stroną. To pozwoliło mi zauważyć znacznie więcej niż dotychczas.

Praca z dzieckiem trwa i nie skończy się szybko, a być może nie skończy się nigdy, zobaczymy. Zresztą zawsze warto wspierać i zauważać mocne strony drugiej osoby, bez względu na to, ile ona ma lat. Tak czy inaczej największą nagrodą dla naszych wspólnych starań jest to, że słyszymy coraz częściej:

– A wiesz mamo/tato, jestem dobra w zapamiętywaniu.

Rzeczywiście, ma znakomitą pamięć, wręcz fotograficzną. Albo też:

– Jestem dobra w jeżdżeniu na rowerze.

Jest dobra. I o to chodzi.

22 KOMENTARZE

  1. Świetny wpis! Moje dziecko ma dopiero 9 miesięcy, ale chętnie zacznę od siebie! Bo niestety, moje poczucie własnej wartości jest niemal niezauważalne. Dzięki!

  2. Jeśli możesz, przekaż córci proszę, że moja córeczka Hania, lat 5, zapalona rysowniczka i plastyczka, zobaczyła rysunek powyżej i rozanielona powiedziała: „Jak łaaaaadnie, mamo, kto tak pięknie narysował?” :)”

  3. Tak trzymać! Cieszę się, że napisałaś tego posta. Mam problemy ze wzmacnianiem pewności siebie mojego syna, co również wynika z moich uwarunkowań i doświadczeń, ale od dłuższego czasu pracuje nad SOBĄ, żeby jemu było lepiej. Podobnie jak Ty popełniam błędy ale ważne, żeby zdawać sobie z nich sprawę bo wtedy wiadomo gdzie trzeba się bardziej przyłożyć. Gratuluje sukcesów! Pozdrawiam.

  4. Świetna notka. Szkoda, że nie miałam takich wskazówek dobrych kilka lat temu. Wpajanie mojemu synowi poczucia własnej wartości trwało długo i tak naprawdę nadal trwa a ma 14 lat. Niestety do jego niedowartościowania w dużej mierze przyczyniłam się ja sama, bo jakie ma być dziecko jak patrzy na niedowartościowaną matkę. To jak sami siebie spostrzegamy jest cholernie ważne dla dziecka. Wiele cennych wskazówek tu dałaś i już wiem, że będę je wykorzystywać przy wychowaniu drugiego syna, a ma niespełna rok. Dzięki 🙂

  5. Krusz: „E, jestem beznadziejna… Nic mi nie wychodzi i nic nie potrafię.”
    Mrt: „A blog, który prowadzisz to nic? Spędzasz nad nim wiele godzin dziennie, do tego prowadzisz dom, ogarniasz trójkę dzieci, psa, męża…”
    Krusz: „Nie ja jedna godzę opiekę nad dziećmi z pracą, to nic wielkiego. Takich kobiet jest tysiące.”
    Mrt: „…ale kobiet, których praca pomaga tak wieeeelu rodzicom nie jest chyba aż tak wiele. Ty masz do tego smykałkę!”
    Krusz: „Prowadzić bloga to każdy by potrafił. Nie jestem wyjątkowa.”
    Mrt: „Wcale nie! Spójrz tylko, ilu czytelników zgromadził Twój blog! To oznacza, że Twoje teksty są świetne, rzetelne, pomocne i zawsze niecierpliwie wyczekiwane. Piszesz przystępnym, często zabawnym i dowcipnym językiem, Twoje posty są nie tylko świetne merytorycznie, ale też błyskotliwe i ciekawe. Twój blog dostarcza wiedzy i kształtuje opinie ogromnej liczby rodziców, którym dodatkowo stwarzasz okazję do spotkania się i wymienienia poglądów w komentarzach. Pod tym względem to ewenement, bo żaden innym blog nie zawiera tylu wartościowych treści i w postach, i w komentarzach pod nimi jednocześnie. Testujesz dla nas, czytelników, kosmetyki dla dzieci, prześwietlasz ustawy dot. szkolnictwa, dzielisz się sprawdzonymi przepisami.. To jest NIC?”

    Mam nadzieję, że pomogłam. You’re welcome 😉

  6. A jakie ćwiczenia dawała Pani córce? Czy robiła jakieś z podręcznika dla 5-latka czy raczej rysowanie, rysowanie i rysowanie? 🙂 Czy Wasza praca była codziennym rytuałem, ze np siadacie z córką po obiedzie przy biurku i ona wykonuje jakieś zadanie z książki, czy koloruje? Wykonywała to chętnie? Czy może Wasza praca polegała na takim jak Pani opisuje słownym wspieraniu bez konkretnego codziennego żmudnego siedzenia przy stole?
    Ja mam taki problem z córką, że nie ma ona zbytnio chęci na siadanie i rysowanie, malowanie czy kreślenie ślaczków.. Tylko zabawa figurkami albo oglądanie bajek ją interesuje. A jak ma tą rękę ćwiczyć inaczej? Wiadomo, też że my jako rodzice po pracy mamy dużo innych obowiązków w domu a nie sposób codziennie siadać i pracować bo w końcu w przedszkolu dzieci też dużo robią i moja córka np już nie ma ochoty na więcej w domu bo przecież „mamo, my dziś w przedszkolu dużo pisaliśmy/malowaliśmy/wycinaliśmy, a Ty mi karzesz znowu w domu”. I co ja mam z nią robić? Siadać i codziennie pracować czy odpuścić i pozwolić żeby sama dojrzała? Wspieranie swojej wartości oczywiście można stosować w codziennych czynnościach ale co z tą szkołą i umiejętnościami potrzebnymi do startu?
    Proszę o radę/..

    • Eh, wyprodukowałam się, a potem się wcięło mi gdzieć cały komentarz. Spróbuję go odtworzyć, gdyby gdzieć się nagle pojawił, to przepraszam za powtórkę z rozrywki.

      Nie wiem, nie znam się, nie mam dzieci (jeszcze), TO SIĘ WYPOWIEM.

      Skoro Pani córka lubi zabawy figurkami, może warto to wykorzystać i dać jej modelinę, z której mogłaby kleić własne figurki? Na zachętę pokazać jej filmiki na youtubie jak takie wykonać, kiedyś w domowym przedszkolu była taka pani, co kleiła różne postacie. Potem jej to ugotować, czy upiec i gotowe, w przedszkolu pewnie takich rzeczy nie robią, co najwyżej plastelina… Można też na domowej drukarce wydrukować gotowe modele do sklejenia (zwierzątka, domki itp), aby mieć domek dla swoich figurek będzie musiała wycinać i kleić. Znalazłam taką stronę z odnośnikami do modeli: http://dedok.pl/ModelarstwoKartonowe

      Poza tym, może Pani umówić się z córką, że 2-3 dni w tygodniu zamiast bawić się gotowymi zabawkami ma zrobić własne. Chowamy zabawki, a w zamian dajemy duuuużo papieru, kartonu, bibuły, włóczki, flamastrów, wstążek, koralików itp, klej i nożyczki. Oprócz umiejętności manualnych rozwinie przy okazji wyobraźnię i kreatywność.

      Pozdrawiam.

    • Nie bardzo rozumiem pytanie: jakie ćwiczenia stosowałam we wzmacnianiu poczucia własnej wartości u dziecka? Żadnych nie stosowałam. Nie korzystałam z żadnych pomocy dydaktycznych, poradników czy podręczników.

      „Czy może Wasza praca polegała na takim jak Pani opisuje słownym wspieraniu bez konkretnego codziennego żmudnego siedzenia przy stole?”

      Dokładnie tak! To były zwykłe słowa. Nawet nie rozumiem, dlaczego miałabym siedzieć przy stole, po co? 😉 Gdy tylko zaczynały się jakieś negatywne sygnały ze strony dziecka (nie nadaję się, nigdy się nie nauczę, jestem okropna itp.), przystępowaliśmy do słownego „ataku”.

      Jeśli chodzi o ćwiczenie ręki, to sporo dała mi rozmowa z wychowawczyniami w przedszkolu na indywidualnych konsultacjach. Polecam. Problemy z prawidłowym trzymaniem miała akurat nie najstarsza, a jedna z bliźniaczek, ale pokazano mi, na co powinnam zwracać uwagę. Proponuję ten kierunek działań – rozmowę z wychowawczynią w przedszkolu. Ona widzi dziecko w trakcie prac grupowych i indywidualnych, z pewnością będzie mogła coś podpowiedzieć.

      Ja bym wrzuciła na luz. Porozmawiała z wychowawczynią i zapytała się, czy dziecko wymaga jeszcze dodatkowej pracy w domu. Bo może nie wymaga i nie ma sensu jej naciskać?

  7. Bardzo, bardzo, bardzo dobry, mądry tekst. Nie tylko o wzmacnianiu poczucia własnej wartości u Dzieciów. I dorosły skorzysta, jeśli będzie chciał. Bardzo lubię Pani bloga, czytam do upojenia od czasów ciążowych, a moja Córa ma już prawie 9 miesięcy. A że ja z założenia blogów nie czytam, bo rzadko który jest „o czymś”, więc można to uznać za komplement 😉 Pani wie o czym mówi.
    No, to tyle, tak że teges… Tak trzymać Pani Krusz, jest Pani niesamowita w tym co Pani pokazuje i objaśnia 😉
    Pozdrawiam.

  8. to ja powiem jak zaczęłam wzmacniać swoje poczucie wartości i poprawiać sobie ogólnie nastrój (co w efekcie przelewa się na dzieci)
    wiadomo w pracy bywa niewesoło, ciągle się coś psuje, nie udaje, ja przynajmniej tak mam że cały czas pokonuje jakiś nieznośny opór materii i nie ma jednej rzeczy która poszłaby zgodnie z planem i gładko.
    Rok temu założyłam sobie notes w którym zaczęłam zapisywać nawet drobne sukcesy (ktoś mnie pochwalił, coś udało się zrobić lepiej niż myślałam, dziecko zrobiło wreszcie coś nad czym dłuugo pracowaliśmy itp)
    nie jest tego dużo – przez rok zebrało się 10 wpisów ale pozwala to zobaczyć ze jednak COŚ się udaje
    A jak ja mam lepsze poczucie własnej wartości to i dziecku lepiej

    notes wziął się też z poczucia ogólnoświatowej beznadziei: od dobrych 3 lat nie oglądam wiadomości bo mnie tak strasznie dołują, że zaczęłam się obawiać jakiejś paranoi i depresji. Chciałam sama sobie udowodnić ze nie jest tak źle…

  9. bardzo ważna notka – wg mnie. rodzice naprawde nie mają pojęcia jak mogą popsuć psychike dziecka. sama to mam i też staram się z tym walczyć dla dobra swoich dzieci. ja z kolei nie mogę się uporać z brakiem zaufania – moi rodzice wiecznie kłamali że wszystko jest dobrze, z perspektywy widze że była to próba chronienia mnie przed negatywnymi bodźcami. ale tak jak pisałaś dzieci nie są głupie ani ślepe, zwłaszcza że do pełnoletności się to w moim przypadku nie zmieniło. rodzice mają swoje problemy, zmartwienia i jak nie wyjaśnią ich dzieciom to się od siebie oddalają. ja dlatego nie zwierzam się swoim rodzicom tak jak oni ze mną się nie dzielili troskami.
    a co do twojej notki to nie wzorowałaś się przypadkiem na duecie Faber i Mazlish bo one do podobnych wniosków dochodzą.

    • Nie mam pojęcia, kto to jest Faber i Mazlish i czym się zajmują. Natomiast moje spostrzeżenia to żadna prawda objawiona, wynikały z zastosowania się do informacji uzyskanych w przedszkolu od wychowawczyń oraz w poradni padagogiczno-psychologicznej. Po prostu wprowadziliśmy w życie to, co nam radzono. Jeśli wzorowano się na Faberze (tej Faber?) i Mazlishu, to nic mi o tym nie wiadomo i szczerze mówiąc raczej mnie to nie interere 😉

  10. Genialna, poprostu genialna notka. Az mam ochotę wydrukować sobie podsumowanie i porozwieszać po kątach. Dzieciarnia zbyt mała aby przeczytać mamci ściągi. A już wykazuje tendencje do braku wiary w siebie. Dziekuję