O nie, nie wierzę w perfekcyjne i niezawodne kosmetyki bez cienia zmazy i skazy. Parafrazując słynne powiedzenie, dajcie mi kosmetyk, a mankament się znajdzie. Jeśli nie od razu, to na pewno z upływem czasu. To, że nie ma kosmetyków idealnych, nie oznacza, że nie istnieją zaskakująco dobre. Jednym z takich jest farba do włosów Joanna Naturia Perfect Color, którą to sobie wzięłam i nabyłam, zapłaciwszy sumę zwalającą z nóg, czyli całe 7,50 zł. Siedem zeta za naprawdę dobrą, jak się okazuje, farbę do włosów to zupełnie niezły interes. No ale dobrze, nie wyprzedzajmy, dla porządku zaczniemy od początku (rym-cym-cym).

Jestem jakiś czas po farbowaniu włosów specyfikiem firmy Venita o nazwie Henna Color. Efekty ziołowej koloryzacji wytrzymały na mojej szczecinie dni dokładnie dziesięć, a żenująco słaby wynik bierze się być może z tego, że Henna Color nakładana była na popłuczyny tonera La Rich’e, który to z kolei spoczywał bezpiecznie na farbie – ależ tak – Joanny. Między obiema chemiami mogło po prostu… nie być chemii. Fakt, że myję głowę codziennie, też nie pozostaje bez znaczenia. Koniec końców piękny kolorek przypominał coś pomiędzy spranymi buraczkami, rościł pretensje do czerwieni, ocierał się o bordo i tęsknie zerkał w stronę kilku innych odcieni, ale z pewnością nie przypominał tego, czym miał być, czyli odcienia „czarna czekolada”.

W tym to właśnie momencie na scenę wkracza Joanna Naturia Perfect Color. Odcień „caffe mocca” jest bardzo zbliżony do mojego naturalnego koloru włosów (to, co macie na zdjęciu powyżej, jest również efektem rozjaśniania, pamiętajmy), a o to właśnie się rozchodzi – o powrót do natury.

W opakowaniu znalazłam klasykę gatunku, czyli farbę, substancję aktywującą (czy jak ona się tam) oraz rękawiczki i instrukcję użycia.

Nakłada się to to łatwo, z głowy substancja nie spływa, a ilość jest zupełnie wystarczająca na moją krótką czuprynę. Posiadaczki włosów dłuższych powinny jednak zainwestować w dwa opakowania. Farba nie śmierdzi, ślady z wanny czy umywalki dają się bez problemu zmyć, a włosy po zastosowaniu są dość miękkie i lśniące. Na kolana nic mnie nie rzuciło, ale wtopy też nie odnotowałam, z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że farba daję radę.

A efekt? A proszę.

Kolor zgadza się z tym na opakowaniu, jak dotąd zmywa się stosunkowo powoli, zauważam istotną różnicę tempa między Joanną a Venitą. Ciekawa jestem, ile na włosach posiedzi i jakie będą efekty rozciągnięte w czasie, a w stosownym momencie (już zwyczajowo) zrobię update tej notki i napiszę, jak historia obeszła się z brązami od Joanny. Z fioletami, chcę donieść, obchodzi się fatalnie. Fiolet Joanny nakładany miałam u fryzjera, żadne tam, wiecie, chałupnictwo i trwałość tegoż (fioletu, nie chałupnictwa) była gorzej niż żałosna. Fiolety z powodzeniem możemy sobie darować, a w kwestii brązów czas pokaże. Jak dotąd jest bardzo dobrze.

Post przeniesiony z mojego drugiego bloga „My, babki”.

BRAK KOMENTARZY