Ubi sunt pytał poeta po łacinie, a gdyby przyszło mu gadać po polsku, powiedziałby nostalgicznie, że ach, gdzie są. Gdzie są co? Gdzie są te momenty dziejowe, kiedy to wychodziłam do pracy w pełnym makijażu i dokładałam starań, by był to makijaż perfekcyjny. Nie zawsze się udawało, ale… Wiadomo. Teraz, kiedy pracuję w domu, nieco „zdziadziałam” i po pełny makijaż sięgam od wielkiego dzwonu (nie pytaj, komu bije dzwon).

No dobrze, postanowiłam przyjrzeć się makijażowi jako takiemu bliżej i wyobrazić sobie, że gdybym musiała ograniczyć się w nim, jak tylko można, pojechać po bandzie, zostawić rzeczy absolutnie niezbędne, a resztę wywalić, to co by zostało, a co padłoby ofiarą niecnych poczynań?

W pierwszej kolejności odłożyłabym na bok wszelkie postaci różu. Zresztą i tak użycie go wymaga najczęściej wprawy. Dałabym radę bez kredek do brwi i kredek do powiek. Tym pierwszym z lekkim żalem powiedziałabym „do widzenia”, ale przeżyłabym. Przeżyłabym też bez – i tu pełne zaskoczenie – cieni do powiek. Jako zaawansowana cienioholiczka, dla której nie ma ratunku (bo i nie zamierza się leczyć, he he), stwierdzam, że brak cieni do powiek dałoby się wytrzymać. Skoro tak, to i maskara nie byłaby warunkiem sine qua non. Przy wywalaniu błyszczyków i szminek nie drgnęłaby mi powieka. Nad pudrem (sypkim lub w kamieniu) podeliberowałabym dłużej, ale w końcu i one poszłyby w odstawkę. To co pozostaje? Tylko jedno. Podkład.

Nie wyobrażam sobie makijażu bez podkładu. Wylatuję bez czegoś na paszczy z domu tylko w sytuacjach ekstremalnych, takich jak na przykład konieczność uskutecznienia wyciągniętego cwału w kierunku przychodni, żeby zająć kolejkę do rejestracji, zanim się tam zlezie połowa osiedla. W pozostałych przypadkach bez podkładu ani rusz.

Fotka z mojego kanału na Instagramie. Te trzy właśnie sprawdzam. Maybelline zostało już zrecenzowane, L’Oreal pojawi się na dniach, Astor czeka na swoją kolej 🙂

Może to kwestia skóry tłustej i wrażliwej, skłonnej do zaczerwienień, może szerokich porów, może trądzika już dawno nie młodzieńczego, ale bez podkładu na pysku czuję się jakbym wyszła – pardą maj frencz – bez majtek.

Nie, nie i jeszcze raz nie. Mogę obyć się bez wszystkiego, co upiększa, ale podkład musi być i kropka. Najlepiej dobry. I tu właśnie zaczynają się kłopoty…

Notka przeniesiona z mojego drugiego bloga „My, babki”.

11 KOMENTARZE

  1. Cienioholiczce rzucam hasło: WIBO Lovely, nude make up kit, czyli paletki dwunastu cieni za 12,99 w Rossmannie. 😉

  2. Prawda? Nie wiem, czy ten „kit” to hit czy kit właśnie, ale za taką cenę… Są dwa warianty – ciepła i zimna golizna. Chcę oczywiście obie, choć rozsądek podpowiada, że ta ciepła, z racji brzoskwiniowych odcieni, zrobi mi kuku – wystarczy trochę różowości na powiekach, żebym wyglądała jak królik z labu.

  3. W takim razie ja też czekam, ale wkręcić się nie dam. Nabyłam obie (!) golizny. Szarości z zimnej właśnie mam na powiekach. Na bazie AD i się zobaczy. Nakładanie było fajne – leciutki kolor, leciutki połysk, bez osypywania.

    • No nie, właśnie jakiś tajemniczy głos mi podpowiedział, że Rossmann jest przecież po drodze do przedszkola. Jeśli tylko się sprężę z robotą, to… 😉

  4. Hehe. 😉 Po pięciu godzinach tuż przy rzęsach na górnej i dolnej powiece jest fajnie. Nieco gorzej sprawy wyglądają w załamaniu górnej (cień zebrał się w zmarszczkach), ale trzeba wziąć poprawkę na to, że zaiwaniam jak mały motorek w słońcu i w zaparowanej łazience.

    • Ipirango, społeczeństwo powodowane względami ekonomicznymi żąda bana ;)) Opanuj się! Mów coś w stylu:
      „Kupiłam te obrzydliwe cienie do powiek Wibo i to jest normalnie taka masakra, że już nie mogę. Co prawda dokupiłam jeszcze pięć kompletów, ale nie, nie, nie róbcie tak jak ja” 😉

  5. Hoho, awansowalam. Spoleczenstwo-to ja! Moj portfel juz nawet nie piszczy cieniutko. A tak swoja droga, ma on silny, niezwykle rozwiniety instynkt przetrwania. Zawsze w sklepie przy kasie chowa sie w zakamarek mojego torbiszcza i udaje, ze zostal w domu. Powinni o nim nakrecic jakis film przyrodniczy, z Gucowna jako lektorem.