Wstydliwe wyznania – jestem nałogową cienioholiczką i nie zamierzam się z tego leczyć. Uf, ulżyło mi. Skoro ten krok mamy już za sobą, coming out zaistniał, to czas przystąpić do recenzji tego, co mi ostatnio wpadło w łapska. A wpadła mi rzecz niezwykle ciekawa, bo paletka cieni Absolute Nude marki Catrice. Powiedzmy sobie na wstępie pewną istotną rzecz: KAŻDA paletka cieni jest ciekawa z jednego prostego powodu: zawiera dużo cieni :] Czyli powiedzmy więcej niż trzy. Kocham, j’adore, love. Niezależnie więc od jakości marnej lub cudownej paletki to jest coś, co tygryski lubią najbardziej.

Do adremu, do adremu, kobieto! No to już. Paletka Catrice, psze państwa, w odcieniach klasycznego brązu i beżu. Bo ja ostatnio w stronę klasyki steruję.

Mamy, jak widać sześć odcieni. Część jest matowa, część z lekkim połyskiem, ale bez – pardą maj frencz – oczojebnego brokatu. To dobrze.

Bardzo fajny aplikator na długiej rączce. Yes, yes, yes! Takim sprawnie można manewrować, a zwracam waszą uwagę na to, że z na jednym końcu mamy pacynkę, na drugim pędzelek. Pędzelek nie taki najgorszy zresztą, choć zadu nie urywa. Aplikator zacny, pozwala dobrze rozprowadzić cienie.

Czy one trwałe? No i tu właśnie ciężko mi na ten temat coś powiedzieć. Cienie nakładam zazwyczaj na bazę pod cienie Avon (znakomita swoją drogą, mocna konkurencja dla Art Deco), a na niej siedzą praktycznie dobę (jeśli nie zmyję makijażu – wstydliwe wyznania level master) i nic im się nie dzieje. Nakładam też na podkład (przypudrowany podkład) i siedzą wcale jakoś nie gorzej, a przynajmniej wystarczająco. Pięć, sześć godzin.

Jak z nakładaniem? Niestety trochę się kruszą i osypują podczas nakładania. Nie jest to jakiś szczególny ból, bo odcienie w większości są cieliste i jasne, ale gdyby była to paletka, powiedzmy, błękitów lub zieleni, ból byłby już znacznie większy.

Jak z intensywnością? Nie są zbyt intensywne, są akurat. Te, które mają rozjaśniać, pięknie rozjaśniają, cienie ciemniejsze są ciemniejsze, ale nie jakoś przesadnie intensywne. Całość świetnie się sprawdza w codziennym makijażu. Nadadzą się do pracy, kiedy nakazy dress code’u mówią, że makijaż musimy mieć, ale nie może on być intensywny. Na wieczór można użyć cieni ciemniejszych. Zresztą same zobaczcie. Fotki zrobione metodą Adama Słodowego „Zrób to sam” za pomocą smarfona.

Wersja najciemniejsza.

Wersja średnia.Wersja jaśniejsza.

Czy polecam? Tak, zdecydowanie polecam. Cena paletki to trochę ponad 20 zł, relacja cena-jakość przedstawia się więc znakomicie. Jeśli zobaczycie gdzieś paletkę Catrice Absolute Nude, to kupcie. Wady ma, ale zalet znacznie więcej.

Tekst przeniesiony z mojego bloga „My, babki”.

14 KOMENTARZE

  1. Krusz, jakbys jeszcze mogła przeprowadzić korespondencyjny kurs nakładania cieni, byłabyś boginią internetów 🙂 Wstyd sie przyznać, czterdziecha na karku, a nie umiem sie umalować jak ludzie. Jak żyć panie premierze, jak żyć?

  2. Chciałabym Cię pomalować 😀

    Mam tą paletę juz od jakiegoś czasu.. Niestety aplikator jest do de. Naprawdę polecam zainwestować w podstawowy zestaw pędzli. Ja każdy aplikator z zestawu wyrzucam. Do niczego się nie nadają. 🙂

    • Jaśniejsza wersja ma to do siebie, że możesz w pośpiechu pierdzielnąć (pardą) byle jak, szast-prast i wychodzisz. Są naprawdę bardzo stonowane. Świetnie nadawałyby się w towarzystwie czarnej kreski na powiekach, gdybym tylko umiała sobie ją normalnie zrobić, żeby na mój widok trup nie ścielił się grubą warstwą 😉

    • Nie masz, bo nie mogłabyś komcia zamieścić, ale normalnie zło przez Ciebie przemawia :)) Lecę po ściereczkę i wycieram klawiaturę, bo mi z żądzy posiadania co nieco pociekło. Piękne, do licha, piękne 🙂