Zacznijmy od zdjęcia. Zdjęcie przedstawia włosy, konkretnie moje własne, konkretnie w ich naturalnym odcieniu, niepokrytym żadną farbą, szamponem czy czymemś innem. Niente, nichts. Jeśli się przyjrzycie, zobaczycie srebrne nitki. Nie epatuję siwizną, bo mam taki kaprys, tylko przygotowuję „grunt” pod pierwszą w życiu rasową hennę, nie żaden produkt hennopodobny. Zależało mi, żeby efekt nie był zniekształcony, no wiecie, chemicznie. W tym celu pozbyłam się wszelkich śladów farbowania, opitoliwszy się na marines.

Same widzicie, że platynowy blond jest poza moim zasięgiem, nad czym zresztą ubolewam 😉 Co ma tytuł notki do koloru włosów? Nic. Ma za to sporo do ich kondycji i w tym celu przedstawię wam kolejne zdjęcie, żeby było wiadomo, o czym rozmawiamy. Lojalnie ostrzegam, zdjęcie powoduje, że człowiek zostaje na wdechu bez możliwości wydechu.

I jeszcze dla pewności fotka zrobiona wczoraj komórką.

I łyso ci? Tak można powiedzieć. No, łyso mi, łyso. Szczerze mówiąc dopiero na tym zdjęciu zorientowałam się, jak bardzo łyso. Kiedy już odzyskałam przytomność postanowiłam sobie trzy rzeczy. Po pierwsze nieco zapuścić włosy (nieco!), po drugie przerzucić się rzeczywiście na ziołowe farby (może są mniej inwazyjne?), po trzecie i najważniejsze zbadać sobie tarczycę (upraszczam).

Dlaczego? Zmobilizowała mnie do tego Dzika Wózkowa, która napisała tekst o swoich doświadczeniach tarczycowych. Tekst i komcie mną wstrząsnęły. Obserwuję u siebie objawy, których do tej pory z tarczycą nie wiązałam, a które jednak być może powiązać powinnam. W skrócie: szybkie tycie z niczego (i ja też myślałam, że to efekt jojo, a stałą mniej więcej wagę zawdzięczam rygorystycznie pojętej diecie MŻ – Mniej Żryj), wpadanie w depresyjny nastrój, silne wypadanie włosów (z jakim efektem, widać na zdjęciu), wiecznie łamiące się paznokcie, bardzo słabe i kruche, nieustannie się rozwarstwiające, cokolwiek bym z nimi nie robiła, skórki wokół paznokci w strasznym stanie, wysuszona na wiór, swędząca i piekąca skóra, ale jednocześnie wykazująca tendencję do łojotoku oraz galopujący trądzik (a jestem przed czterdziestką). Dodajmy jeszcze suchą skórę na ramionach „ozdobioną” grudkami, dodajmy zrogowaciałe i poszarzałe kolana – wypisz, wymaluj ja!

Masakra to w tym przypadku określenie pieszczotliwe. Czytałam i te włosy, które jeszcze mi zostały, stawały mi dęba. Z jednej strony szok był potężny, z drugiej strony czuję ulgę, bo wiem, w jakim kierunku pójść. Mogę się rujnować na odżywki do paznokci, odżywki do włosów i kremy tworzone przy użyciu technologii kosmicznej, a powinnam zrobić to, czego jeszcze nie zrobiłam, czyli podstawowe badania w kierunku niedoczynności tarczycy.

To bardzo częsta przypadłość wśród kobiet, a częstość jej występowania wzrasta wraz z wiekiem. Dziesięć lat temu nie doświadczałam tego, czego doświadczam teraz. Co zrobię? W tym pomogły mi komcie pod notką Dzikiej Wózkowej. Powinnam zatem zbadać TSH, T3, T4, antyTpo, antyTg, poziom żelaza, selenu i jodu. Dodatkowo muszę zrobić USG, przyjrzeć się mojej diecie oraz znaleźć dobrego lekarza, takiego, który nie zleje tematu, nie odeśle mnie z kwitkiem, jeśli wyniki będę miała blisko górnej granicy normy, ale jednak w tej normie się mieszczące. Przyznaję szczerze, że o to ostatnie obawiam się najbardziej. Doświadczenie z endokrynologami mam, ale było jakieś dwieście lat temu i od tego czasu człowiek zdążył wynaleźć telewizor oraz polecieć na księżyc. Teraz czeka mnie terra incognita, którą muszę zbadać od nowa.

Na koniec apel. Jeśli czujesz to, co ja, i obserwujesz to, co ja, również zrób badania w kierunku niedoczynności tarczycy. Nie zostawiaj mnie samej na miłość boską!

Tekst przeniesiony z mojego drugiego bloga „My, babki”.

18 KOMENTARZE

  1. Faktycznie, z opisu objawów to wypisz wymaluj problemy z tarczycą! Biegnij się zbadać 🙂 Cieszę się, że pomogłam komuś wpaść na to co mu dolega, czasami ciężko jest powiązać ze sobą te wszystkie objawy 🙂

  2. chyba mnie zatkało. Chyba powinnam zrobic badania. Jakoś nigdy mi to nie przyszło do głowy, chociaż rutynowo badałam poziom TSH i nigdy lekarz nie miał zastrzeżeń……

  3. We Wrocławiu polecam dra Tomkalskiego. Przyjmuje prywatnie ok. Astry (na Legnickiej) ma USG w gabinecie, więc nie trzeba dodatkowo iść na nie oraz dodatkowo płacić.

  4. Kiedy w lipcu ubiegłego roku okazało się, że będę mamą, jednym z pierwszych zaleceń lekarza prowadzącego była wizyta u endokrynologa. Spodziewałam się tego, bo poszłam uzbrojona w wynik uprzednio wykonanego badania poziomu TSH, bardzo lekko, ale jednak ponad normę. Gdy wynik zobaczył endokrynolog włosy stanęły mu dęba i wyraził mocne zdziwienie tym, że przy TSH na poziomie 6,5 w ogóle udało mi się zajść w ciążę. Natychmiast zlecił wszystkie niezbędne badania dodatkowe i Euthyrox, który nawiasem mówiąc będzie ze mną już na wieki wieków. Dzięki szybkiej reakcji i skutecznemu przeciwdziałaniu niedoczynności tarczycy wszystko skończyło się dobrze. Zamierzam do tego, że u młodych kobiet badania poziomu TSH powinny być na porządku dziennym. Lekarze pierwszego kontaktu oraz ginekolodzy powinni być świadomi tego, co może się stać w przypadku rozregulowanej tarczycy, zarówno w kontekście ciąży, jak i zwykłego funkcjonowania organizmu. A jak się okazuje nie jest to takie oczywiste… W ramach uzyskanej wiedzy dodam tylko, że TSH powyżej 3 (czyli zasadniczo w normie) skutecznie uniemożliwia zrzucenie wagi.

  5. Oj tak, tarczycę badać warto. Bo można w niej dziwne rzeczy znaleźć.. Ja się swojej pozbyłam jakieś 2 lata temu i od tamtego czasu każdej kumpeli, do znudzenia – dopóty wiercę dziurę w brzuchu, dopóki mi usg i badań nie pokaże.

  6. Już gdzieś u Ciebie pisałam – chyba na dzieciowo… Polecam dr Basiaka- bardzo konkretny i czuły na drobiazgi. Młodą u niego od urodzenia leczymy czyli jakieś 3 lata no i w Klinica też przyjmuje ( teoretycznie na NFZ można, przynajmniej z nieletnią ;)) po tych 3 latach już spece tarczycowa z nas;)

  7. Nam sie ten dr podobał też z tego powodu, że gdyby coś to mamy „swojego” na oddziale. Na NFZ jakoś też nie teges… Raz byliśmy na początku i same warunki przyjęcia, czekanie godzinami na wejście do gabinetu…masakra z małą dzidzią. Teraz umawiamy się na godzinę 18 i wchodzimy do gabinetu o 18 🙂 a że lekarz ludzki to i rabaty za wizytę się trafiały ( dowiadywałam się nawet nie od niego tylko po wizycie jak szlam zapłacić, że „dr dał upust” i to spory czasem – ludzki człowiek 😉