Choroba lokomocyjna – jak sobie z nią radzić i jak jeździć z dzieckiem?

23
3333

Sama jestem ofiarą. Wakacyjne rajzy wspominam jako akcje polegające na natychmiastowym zatrzymaniu auta, szturmie na krzaczki i gwałtownym  oddawaniu naturze tego, co się od niej wzięło. Jeśli to było auto, to pół biedy, samolotu nikt nie chciał zawrócić, statku także, a kierowca autobusu pukał się w czółko. Smuteczek i dramacior. Sprawa ciągnęła się dosyć długo i skłamałabym, gdybym powiedziała, że teraz wszystko jest w najlepszym porządku. Nie jest. Skala zjawiska bez porównania straciła na zasięgu, nikt nie musi awaryjnie lądować, ale bywa różnie, kwadratowo i podłużnie.

Skąd się bierze choroba lokomocyjna?

Jakie są przyczyny choroby lokomocyjnej u dzieci? Te same co u dorosłych. Wiele do powiedzenia ma tutaj błędnik. Błędnik odpowiada za poczucie równowagi i – jakby to ująć? – relację ciała względem przestrzeni, w której się znajduje. Jest grupa osób nadwrażliwych, które szczególnie intensywnie odczuwają swego rodzaju sprzeczność między tym, co widzą oczy, czyli sygnałami wzrokowymi przesyłanymi do mózgu, a tym, co czuje ciało i jak ono określa swoje położenie. Jedziemy więc autem, krajobraz nam miga i mknie, a my siedzimy nieruchomo. No jak to? To właściwie co się dzieje? – zastanawia się mózg. Poruszam się czy nie poruszam? Wszelkie drgania, kołysania w pewnym sensie dezinformują błędnik i ten dostaje sprzeczne informacje co do położenia w przestrzeni, to z kolei skutkuje zwrotami głowy, zawroty nudnościami i mamy bal. Nie każdy się z tym zmaga, oczywiście, tak jak nie każdy ma lęk wysokości. Zasada jest podobna.

Jak to leczyć?

Tego się nie leczy, można co najwyżej działać objawowo. Jak sobie ze mną radzono w czasach młodości chmurnej i durnej? Wtedy dostępny był tylko klasyk gatunku, czyli aviomarin. Dzisiaj specyfików jest więcej i niekoniecznie mają w standardzie senność. W końcu te trzydzieści lat minęło jak jeden dzień, nauka poszła na przód. Wystarczy wpisać w wyszukiwarce zapytanie o to, jakie leki stosować i otrzymamy pierdyliard odpowiedzi. Są środki przewidziane nawet dla maluchów. Nie stosowałam ich, nie wiem, czy są skuteczne, ale może ktoś z czytających wypróbował i może się wypowiedzieć. Niech się nie krępuje 🙂

Spotkałam się z czymś takim jak opaska akupresurowa (Sea-band). Czy to skuteczne? Nie mam pojęcia, jeśli ktoś z rodziców stosował, niech się podzieli wrażeniami. Jest jeszcze Lokomotiv (dla dzieci w syropie lub w pastylkach do ssania), Amarin, jest homeopatyczny Vertigoheel, są plasterki akupresurowe (Transway), jest roślinny Avioplant, jest LokoMoto. Rozstrzał cenowy jest spory, od niecałych 10 zł po 30 zł i więcej.

Jak sobie radzić z chorobą lokomocyjną?

Oprócz stosowania medykamentów jest jeszcze kilka myków.

  • Jeśli jedziemy autobusem, nie siadamy z tyłu – tam bardziej rzuca. Najlepiej siedzieć z przodu.
  • Dobrze posadzić dzieciaka tak, żeby patrzył w przednią szybę pojazdu i żeby nie skupiał się na krajobrazie migającym w bocznej.
  • Pilnujemy, żeby nie patrzył w dół, jeśli bawi się jakąś zabawką. Głowa pochylona wzmacnia uczucie mdłości.
  • Jeśli czyta książeczkę, niech trzyma ją bardziej przed oczami, nie na kolanach.Chodzi o to, żeby jak najmniej pochylać głowę.
  • Nie podróżujemy zaraz po jedzeniu.
  • Jeśli płyniemy statkiem, to trzymamy się środka pokładu, nie wychylamy za burtę  (chyba że zdarzy się rzyganko  😉 ).
  • Jeśli mamy do wyboru pociąg, autobus i samochód, najbardziej przyjazny dla wrażliwca będzie ten pierwszy, najgorszy ten ostatni. A jeszcze jeśli jest rozmiarów cinquecento, to pozamiatane.
  • Siedzenie – jeśli się da – warto ustawić na półleżąco, ale też nie za głęboko odchylać do tyłu.
  • Dobrze robi uchylenie okna i podmuch wiatru owiewający twarz. Średnia metoda w przypadku dzieci, bo łatwo można delikwenta przeziębić.
  • Korzystnie wpływa klimatyzacja w aucie, nie tylko taka na zasadzie, że jak otworzę okno, to ją mam 😉

Jako przedstawiciel kasty wrażliwców, muszę przyznać, że problem gnębi mnie nadal. Zdarzają mi się mdłości, kiedy czytam książkę w zbiorkomie, zdarza mi się, że źle znoszę podróż samochodem (jako pasażerka, nigdy jako kierowca). Próbuję wam przemycić informację, że nie zawsze się z tego wyrasta. Owszem, wszystko z czasem łagodnieje, ale problem pozostaje. To tak tytułem pocieszenia, he he. Przed wakacjami.

Ikona notki z pixabay.com.

23 KOMENTARZE

  1. Owszem, nie zawsze się wyrasta. I owszem, zdarza się także, gdy jest się kierowcą 🙂 Przekichane, że tak powiem. Na szczycie machin nudnościotwórczych dodałabym samolot. Ło matko, to dopiero rzeźnia!
    Pierworodna, poza wspaniałymi genami, odziedziczyła po nas także chorobę lokomocyjną. Przez blisko rok nie mogliśmy nigdzie jeździć, bo specyfiki dla dzieci można podać po drugim roku życia, a Wiki zaczęła swą przygodę z haftem tuż po ukończeniu roczku. Gdy musiałam jechać z nią do miasta, wybierałam tylko podróż metrem i tramwajami. Autobus? Trzy przystanki i wysiadka. Samochód? 10 minut jazdy i pranie tapicerki. Kursy tylko po lekkim śniadaniu. Oj, była zabawa.
    Ale, alleluja! Od drugiego roku życia można dzieciom aplikować syropy, przepisywane przez pediatrę. Owszem, usypiają dziecko na część trasy. Przez godzinę podróży wygadany trzylatek będzie więc słodko milczeć. (Wspomniałam, że alleluja?) My dajemy dzieciom Polfergan.

    • Szczerze mówiąc to nie wiem, po co to podkreślanie tej senności. Cudowna właściwość w dłuższych podróżach 🙂 Samolot jakoś najmniej inwazyjnie przeżyłam, z dzieci leciała tylko pierworodna, ale ona tego problemu nie ma.

  2. A probowalas albo słyszałaś o zaklejeniu pepka plastrem? To jest u mnie hit. Od dziecka mam chorobe lokomocyjna, teraz raczej z tego wyroslam ale zdarzaja sie gorsze dni. No ale do rzeczy. Aviomarin byl straszny a inne leki nie pomagaly i gdzies wyczytalam ze zaklejenie pepka plastrem pomaga. Cala droge do Hiszpanii przejechalam autobusem z zaklejonym pepkiem i nic sie nie przytrafilo. Nie wiem na czym polega ta skutecznosc ale dziala! 🙂

    • Potwierdzam, u mnie też działa! Mało tego, statystyki mówią same za siebie – kiedy byłam wychowawcą kolonijnym zaklejałam pępki całemu autokarowi maluchów i był najwyżej jeden paw, koleżanki nie zaklejały i miały po kilka-klikanaście. Ja inwestowałam w plaster, one w worki…
      A najlepsze jest to, że to sposób absolutnie nieinwazyjny, ekologiczny, bez parabenów itp., można stosować od pierwszych miesięcy życia dziecka (po zagojeniu się pępka).

  3. Niestety u nas zaklejanie pępka okazało się przereklamowane. Synek i tak rzygał 🙁

    A czy ktoś z Was próbował na dziecku opaski akupresury?

    • Ja probowalam i szczerze polecam! Mala miala troche ponad rok jak sie okazalao ze odziedziczyla po mnie chorobe lokomocyjna. Takiemu maluchowi nic nie mozna podac, w aptece polecono mi plastry akupresurowe (koszt cos ok. 7zl za pare). Zadzialalo! Potem stwierdzilam ze takie opaski wyjda taniej na dluzsza mete i sprawdzaja sie do dzis:) Zaden chwyt marketingowy, goraco polecam!

  4. phi co Wy możecie wiedzieć o zabijaniu tfu rzyganiu:) Mój młody ma taki rozrzut że jak siedział z tyłu to dostało się siostrze siedzącej obok, tatusiowi-kierowcy i mi. Szyba z przodu też do czyszczenia. Zimno i do domu daleko- zapukalam do najbliższego domu i dzięki Bogu ludzie mnie wpuścili i nam pomogli- nawet go u nich wykąpałam. Był wtedy po aviomarinie który u nas się nie sprawdził ale o dziwo Lokomotiv do którego byłam nastawiona sceptycznie okazal się strzałem w 10. I oczywiście Michał nie jeździ już z tyłu.

  5. U mnie b. aktualne, bo dziewczyny jutro wyjeżdżają na obóz….
    Dajemy im lokomotiv (chociaż ja w to nie wierzę, ale wierzę w efekt placebo…) i przede wszystkim lekkie śniadanie bez nabiału. Póki co, na poprzednich wyprawach (także autokarowych) – działało!

  6. A u mnie wprost przeciwnie – nie mogę jeździć nic nie jedząc, całą drogę muszę coś chrupać, tylko wtedy jest ok, jako kierowca lub jadąc z przodu nie mam problemu, ale z tyłu bądź autokar to tragedia, co prawda nigdy też nie wymiotowałam, zawsze było mi tylko niedobrze i bolała mnie głowa. Zazwyczaj też spanie mi pomagało, więc dopracowałam to do perfekcji i nauczyłam się zasypiać po kilku minutach jazdy, co oczywiście w dorosłym życiu okazało się trochę problemowe i musiałam się tego oduczać, a szczerze mówiąc do dziś z tym walczę

    • No właśnie. Czasem lepiej byłoby już pozbyć się zawartości żołądka niż przez cały czas mieć nudności i fatalny nastrój.
      Spanie jest niezłe. Ja pojechałam na wycieczkę objazdową do Grecji autokarem 😀 polegało to na zażyciu czegoś przy śniadaniu i przesypianiu niemal całej trasy. Dochodziło do tego, że mąż mnie trącał i mówił „patrz jakie fajne…” a ja podnosiłam głowę mówiąc „rób koniecznie zdjęcia” i nieprzytomna wracałam w objęcia Morfeusza. Widoki oglądałam po powrocie na zdjęciach :p

      • Sen jest najlepszy lekarstwem, ale właśnie ma te minusy, że omija nas wiele rzeczy, które dzieją się po drodze. Zawsze jest mi też strasznie żal mojego męża, który prowadzi samochód, chciałby sobie porozmawiać, a ja odpływam i nie potrafię tego pokonać, mimo iż żadnych leków nie biorę, tak się po prostu nauczyłam będąc dzieckiem.

  7. Dodam – broń Boże jazda tyłem do kierunku jazdy. Dramat, jeśli jedzie z wami wróg z chorobą loko, to sposób wykończenia macie jak na tacy 😉
    Mam klasyczną chorobę, starsza córa też, przy czym u niej działa wyłącznie tradycyjny aviomarin. Nic poza tym. 5latka dostaje pół tabletki.
    Ja już nie muszę brać, aczkolwiek bywa, że w autobusie robi mi się mdło – muszę wówczas coś zjeść. Za to na wodzie czuję się super i mogę pływać 🙂
    Znam rodziców, którzy serwują dziecku zaklejanie pępka plastrem. O dziwo, czasem działa, chyba na zasadzie sugestii.

  8. U mnie chorobę lokomocyjna (w sumie niewielką) bardzo wzmaga zapach. Więc jeśli buja i do tego śmierdzi to… nie polecam jazdy w swoim towarzystwie 😉

  9. Ja mam/miałam chorobę lokomocyjną, mój mąż też ma (gorszą ode mnie), a dzieci nie…
    Z własnych doświadczeń:
    – nie można jechać na pusty żołądek
    – coś słonego do chrupania pomaga, gdy żołądek zaczyna dawać pierwsze obiawy
    – czytanie książek (czy oglądanie bajek) odpada (mój mąż nawet na mapę nie może spojrzeć 😐 )
    – jak coś zaczyna się dziać, to dobrze jest się zatrzymać i pooddychać świeżym powietrzem
    – spanie w podróży bardzo pomaga

  10. Ja zaczęłam wyrastać około 13 roku życia. I zaobserwowałam wtedy, że jak jadę sama autobusem to czasem zapominam o problemie i jest ok a jak z kimś, kto troskliwie pytał „wszystko ok? brałaś leki?” – jednym zdaniem skupiał moją uwagę na potencjalnym problemie – to problem się pojawiał 😀

  11. Przy osobnikach z chorobą lokomocyjną (sama takim jestem, choć już w minimalnym stopniu) polecam wywalić z auta wszelkie zapachowe drzewka, perfumki i inne cuda. 7-godzinna podróż autem na wakacje z waniliowym wunderbaumem… trauma do dziś.

  12. Atak choroby może też wywołać -choć raczej na zasadzie odruchu, niż samej przyczyny- zapach benzyny, znamy przypadki pawi na sam widok auta 🙂 a trasa Katowice-Bielsko była przeze mnie i brata oznakowana nader starannie. Mnie trzymało aż do „lat dwudziestych”! Nie najlepiej na lokomocyjnych działają też wszelkie mdławe, słodko pachnące wunderbaumy -wanilia najgorszym wrogiem.

    Nieźle działa załatwienie śniadania za pomocą mocnej herbaty z minimalną ilością cukru i spożycie suchej buły już gdzieś na trasie, najgorzej jest startować po spożyciu czegoś mlecznego/czekoladowego.

    Plastry akupresurowe to badziew okrutny. Na mnie i brata działał wyłącznie aviomarin + guma mocno miętowa. Było (jest?) jeszcze coś takiego, jak cocculine -takie „homełko”* do ssania, ohydne i tylko pogarszało sprawę.

    *”lek” homeopatyczny

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here