Widziałam Cien cień! Czy maskara z Lidla da się lubić?

0
533

Gdzieś pomiędzy proszkiem do prania a ogórkami konserwowymi czekała na mnie przyczajona maskara, ukryty tusz. Tam czekała tak dziwnie właśnie, bo ktoś najpierw chciał ją kupić, a następnie zastanowił się raz jeszcze i efektem tego zastanowienia było ciepnięcie maskary tam, gdzie ją znalazłam. Funkiel nówka nieśmigana, folię miała dookoła, nikt więc się do niej nie dobierał. Kupiłam. Nie mogłam przejść obojętnie zwłaszcza wobec faktu, że wyczerpuje mi się już maskara z Biedronki. Chciałam porównać.

(Ostatnio fotografuję wszystko na tle książek, żeby widać było, jaka ze mnie ętelektualistka)

Maskara ma pogrubiać, nie jest wodoodporna, a że kosztowała coś ponad 10 zł (chyba 12 zł, ale głowy nie dam), to i rewolucji się nie spodziewałam. Pochylmy się jednak nad nią i z bez mrugnięcia powieką rozbierzmy na części pierwsze.

Szczotka. Szczotka jest do dupy, powiedzmy to sobie od razu jasno i wyraźnie. Gruba z gęstym włosiem, nie jest silikonowa. To ten typ szczotek, który kompletnie się nie sprawdza na moich rzęsach i sprawia, że niezwykle łatwo upindolić sobie powiekę po same brwi. Grube szczoty to już chyba przeżytek. Silikonowe pozwalają znacznie lepiej manewrować, a jeśli nie są silikonowe, to niech ta szczota ma inny kształt, jak na przykład w Bourjois Push Up Volume Glamour.

Skoro szczoteczka jest do tylca, to nakładanie także. Jakby to ująć? Szczotka nie „zbiera” rzęs, tylko ślizga się po nich, zostawiając mało tuszu. Zdecydowanie za mało. Jednocześnie też nie rozczesuje rzęs, co sprawia, że kiedy ponawiamy manewr raz i drugi, stosunkowo łatwo dochodzi do sklejenia. Jeśli się uprzemy i nakładamy dalej, powstają owadzie nóżki. Palce lizać.

A efekty? Jak z efektami? Z efektami nie jest tak źle jak na maskarę za kilkanaście zeta. Z powodzeniem może robić za maskarę awaryjną, zwłaszcza że wykazuje kilka ciekawych zalet. Mianowicie łatwo się zmywa (chusteczka do demakijażu poszła w ruch), nie osypuje się, nie kruszy, nie podrażnia.

Po lewej przed malowaniem, po prawej po trzykrotnym pociągnięciu rzęs tuszem.

Czy kupię ponownie? Pomimo kilku zalet – nie. Zbyt upierdliwe manewry trzeba uskuteczniać, a uzyskany efekt nie rekompensuje starań. Daruję sobie. Awaryjnie mogę ją sobie mieć, ale żeby zapałać miłością – od tego jestem jak najdalsza.

Post przeniesiony z mojego drugiego bloga „My, babki”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here