Pamiętacie może taką focię, którą wrzuciłam na Instagram, na której znalazły się wszystkie kosmetyki, które w najbliższym czasie poddam wiwisekcji? Jeśli wam umknęło, to nic nie szkodzi, pozwolę sobie przypomnieć.

Wśród całego tego dobra możecie zauważyć AA Make up podkład satynowy. Jest? Jest. Dzisiaj o nim, całą resztę póki co odsuwamy na margines i na tym marginesie przemycam przy okazji informację, że dużo się będzie w testach działo, oj dużo. Kolorówki dużo będzie, fajnych rzeczy dużo będzie, miodnie będzie, powiadam 😉

Przyznaję bez bicia i szczególnego rewolucyjnego spostrzeżenia tutaj nie uczynię, że jestem dość kapryśna, jeśli chodzi o podkłady. Ten mi nie podpasuje, ten będzie rozczarowujący i ogólnie w każdym znajdę jakiś mankament. W AA Make up podkładzie satynowym też to i owo wypunktowałam, ale całość zapisuje się na plus. Jedziem.

Przede wszystkim odcień. Gdyby Bill Clinton był kobietą i myślał o podkładach, zawołałby „odcień, głupcze!”. Odcień jest dla bladawców bardzo ważny i jako ich reprezentantka czuję się usatysfakcjonowana. Odcień 103 light beige jest dla mnie idealny. Nie za ciemny, nie za jasny i – co bardzo istotne – w ciągu dnia nie ciemnieje (a niektórym się to zdarza, tak, tak).

Jak z rozprowadzaniem po skórze? Bardzo przyzwoicie. Nie tworzy smug, nie robi maski, nie zbiera się w zmarszczkach, nie osiada w porach-kraterach. Nie jest również ani „suchy” ani „tłusty” i lepki. Naciśnięcie pompki aplikuje porcję akuratną, choć do zagospodarowania mojej paszczy potrzeba pompknięć dwóch.

W ciągu dnia nie ściera się, nie złazi z twarzy, zostając w porach.

Zwróćcie uwagę, co jest napisane na opakowaniu: do skóry wrażliwej i skłonnej do alergii. Rzeczywiście jest delikatny. Czasami z podkładami mam tak, że po pewnym czasie od nałożenia skóra piecze lub robi się zaczerwieniona, swędzi i wykazuje objawy podrażnienia. Tu tego nie ma.

Jakieś wady? A i owszem. Przede wszystkim nie matuje. Wymaga „dokończenia” pudrem w kamieniu lub sypkim. Jeśli zostawię go solo, facjata świeci mi jak psu wiadomo co. Wybaczam, bo w ciągu dnia sprawuje się naprawdę fajnie. Po drugie z niektórymi kremami nie jest „kompatybilny” i po pewnym czasie roluje się. Nie podczas nakładania, ale powiedzmy po dwóch, trzech godzinach. Nie wiem też na jakiej zasadzie ma niby bronić przed starzeniem się. Potrzeba dłuższego czasu, żeby to stwierdzić, nie wiem, roku obserwacji? Na Boga, nikt mnie nie zmotywuje do używania tego samego podkładu przez okrągły rok! Wśród takiej konkurencji? Nie kocham żadnej marki aż tak bardzo, by zostać jej wierną tak długo 😉

No dobra, podsumujmy. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że to jeden z lepszych podkładów, jakie w życiu miałam. Serio, serio. Dobre, bo polskie, nie mamy się czego wstydzić. Gasi i zawstydza niejeden podkład Bourjois, L’Oreal czy Rimmel, naprawdę. Jest bardzo dobry. Wybaczam brak matu, twarz (po przypudrowaniu) przez cały dzień wygląda ŚWIETNIE. Polecam i nie zadrży mi powieka.

1 KOMENTARZ

  1. Ej, no nie czepiaj sie tego pudrowania. Przeciez podklad to do podkladania, nie ma w standardzie wykonczenia. W ogole uwazam, ze jesli sie juz cos naklada na pyszczydlo, to lepiej lekko przypudrowac krem pudrem sypkim (oczywiscie, jesli sie nie ma jakis ekstremalnych problemow z cera), a nie lazic z golym podkladem. I jeszcze narzekac 🙂 A jak ktos ma problem z cera, to niech sie nim zajmie. Tyle jest serumow, maseczek i tych innych…
    Tak na marginesie, pare razy w roku jestem zmuszona robic sobie pelny makijaz i zajmuje mi to okolo 40 minut. Nie cierpie tego, ale efekt jest powalajacy. Wygladam duzo mlodziej i bardziej swiezo. Tylko nie mam codziennie tyle czasu, zeby go marnowac na sama siebie 😉 Krem, korektory, bazy, roz, kreski, cienie, uomatko. Tyle chemii. Pozdrawiam 🙂