Na męża utrzymaniu?

28
7618

Sytuacja nr 1. W czasach przeddzieciowych spotkałam na ulicy koleżankę, która jedno dziecko prowadziła za rękę, drugie wiozła w wózku i była w zaawansowanej trzeciej ciąży. Mówiła, że taki jest plan, a oni go świadomie realizują i jeszcze przed ślubem ustalili, że on będzie pracował i utrzymywał rodzinę, ona zaś będzie zajmować się dziećmi i domem. Zdarzenie miało miejsce ponad 10 lat temu, do dzisiaj postawili dom, zasadzili drzewo i spłodzili jeszcze jedno dziecko. Nie utrzymujemy kontaktów, nie wiem, czy obecnie wróciła do zawodu, ale kilka lat temu z pewnością nie.

Sytuacja nr 2. W ciągu miesiąca zaliczyłam trzy pobyty z dziećmi w szpitalu. Bywa. Prawdopodobnie udało mi się nie zwariować, a przy okazji dzieliłam salę z trzema różnymi kobietami również, tak jak ja, towarzyszącymi swoim dzieciom. Wszystkie trzy nie pracowały zawodowo i zajmowały się wyłącznie domem i dziećmi. Zaprowadzały i odprowadzały ze szkoły, woziły na zajęcia pozalekcyjne, poświęcały im czas w domu, robiły im stroje na szkolne przedstawienia, gotowały, prały, sprzątały, chodziły na wywiadówki, występy, dnie matki i takie tam, wiecie. Wszystkie mówiły, że to ich świadoma decyzja, tak chciały, tak robią i są szczęśliwe.

Obie sytuacje zawierają pewien haczyk, bardzo istotny, który póki co utrzymam w tajemnicy i odkryję później. Tak czy inaczej zaczęłam zadawać sobie pytanie, jaka jest skala tego zjawiska. Do tej pory żyłam w przekonaniu, że kobiety niepracujące zawodowo, czyli jak to się uroczo mówi „kury domowe”, stanowią promil społeczeństwa, ale sytuacja szpitalna nieco moim przeświadczeniem zachwiała. Postanowiłam więc zorientować się w sytuacji i zadałam na fanpege’u „Dzieciowo mi!” takie pytanie:

Wyobraź sobie, że zarobki Twojego partnera w zupełności wystarczą na utrzymanie całej Waszej rodziny (wliczam w to wszelkie wyprawki, wakacje itp). Czy zdecydowałabyś się na rezygnację z pracy i zajęcie wyłącznie domem i dziećmi przy założeniu, że nie będziesz miała żadnych własnych źródeł zarobkowania?

Odzew zwalił mnie z nóg. Otrzymałam prawie 300 odpowiedzi, często wyczerpujących i bardzo szczerych, niezwykle wartościowych, które pozwoliły mi wyciągnąć pewne wnioski.

Za, a nawet przeciw

Z grubsza rzecz biorąc odpowiedzi można było podzielić na cztery grupy.

  • NIE – obejmujące wszystko od raczej nie, przez noł, noł, noł, nie bo nie, nigdy w życiu, NEVER!!!, po ni wuja,
  • NIE, ALE… – ogólnie to nie, ale gdyby zaistniały pewne okoliczności, to można by było się zastanowić i kto wie, czy i nie zdecydować,
  • TAK, ALE… – zasadniczo to tak, ale musiałby być spełniony jakiś warunek,
  • TAK – tak, bo tak, tak, bo chcę, marzę o tym, jasne, oczywiście, że tak, TAAAAAAAAK!!!

Jak sprawa wygląda ilościowo? Do momentu pisania tego tekstu wypowiedziały się 284 osoby. Rozkład głosów nieco mnie zaskoczył.

  • NIE – 179 osób
  • NIE, ALE… – 16 osób
  • TAK, ALE… – 29 osób
  • TAK – 60 osób

wykres

Nieźle. Ponad 25% kobiet chciałoby porzucić pracę zawodową i poświęcić się wyłącznie pracy w domu (nawet warunkowo). Nie jest więc to promil, a realna siła społeczna. To pozwoliło mi wyciągnąć pierwsze wnioski, ale idźmy dalej.

Tak, bo… Nie, bo…

Bardzo ciekawe argumenty padały zarówno od osób na TAK, jak i od osób na NIE. Spodziewałam się właśnie takich, ale dzięki temu, że zaistniały, otrzymałam potwierdzenie moich przypuszczeń.

Argumenty na TAK:
  • Bo widzę, ile mi ucieka, kiedy jestem w pracy, dzieci rozwijają się tak szybko.
  • Bo są w życiu ważniejsze rzeczy niż pieniądze.
  • Rezygnacja z pracy zawodowej nie oznacza braku własnej gotówki.
  • Ze względu na dzieci.
  • Byłoby więcej czasu na rozwijanie siebie i swoich pasji, bo dzisiaj większość czasu pożera nam praca.
  • Bycie w domu nie wyklucza samorealizacji.
  • Świetnie realizuję się przy dzieciach.
  • Z TYM facetem – oczywiście, że tak!
  • Czas, kiedy dzieci są małe, jest ważny i dla nich, i dla rodzica.
  • Czas spędzony z dziećmi jest bezcenny, mimo że często dają w kość.
  • Zdecydowaliśmy się na edukację domową, więc TAK to oczywista oczywistość
  • Dzieci czy nie dzieci – uwielbiam być kurą domową!
Argumenty na TAK, ALE…
  • Tak, pod warunkiem, że partner doceniłby to, co robię w domu i moje poświęcenie.
  • Tak, ale tylko dlatego, że mamy dom z ogrodem, bo gdybyśmy mieszkali w bloku, nie byłoby takiej opcji.
  • Tak, ale do momentu, aż dziecko pójdzie do przedszkola.
  • Tak, ale tylko do momentu, aż dziecko pójdzie do szkoły.
  • Tak, ale musiałabym mieć zagwarantowane pieniądze na własne potrzeby i jakiś czas wolny tylko dla siebie.
  • Tak, ale chciałabym, jak dotąd realizować moją pasję
  • Tak, ale nie mogłoby to oznaczać, że partner stanie się weekendowym tatą, bo będzie zapieprzał na całą rodzinę.
Argumenty na NIE, ALE…
  • Nie, ale właściwie nie mam teraz innego wyjścia ze względu na taką czy inną sytuację życiową.
  • Nie, ale gdybym mogła sobie dorabiać za sprawą mojego hobby, to owszem.
  • Kocham moją pracę i chcę do niej chodzić, ale gdybym była w domu, mogłabym więcej czasu przeznaczyć na moją pasję, którą również kocham, więc dlaczego by nie?
Argumenty na NIE
  • Nie dla uzależnienia finansowego od partnera
  • Kobieta powinna być jak najbardziej niezależna
  • A co jeśli po dwudziestu latach umrze lub mnie zostawi dla jakiejś osiemnastoletniej lasencji?
  • Nie będę miała emerytury
  • Zwariowałabym, będąc wyłącznie w domu
  • Praca jest mi potrzebna dla zdrowia psychicznego
  • Człowiek musi mieć coś poza dziećmi i domem
  • Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy (wypadek męża, nagłe zmniejszenie jego dochodów
  • Nikt tego nie doceni.
  • W pracy odpoczywam od domu i dzieci, zmieniam środowisko
  • Potrzebuję kontaktu z ludźmi
  • Chcę się rozwijać zawodowo, chcę do czegoś dojść
  • Wypadnę z rynku pracy i nie będę mogła znowu na niego wejść
  • Mężczyźni inaczej patrzą na kobietę czynną zawodowo, bardziej ją doceniają.
  • Zbyt wiele rozwodów widziałam, w wyniku których kobieta zostawała bez pieniędzy, bez pracy i bez doświadczenia zawodowego.

Zanim podejmiesz decyzję…

Doskonale rozumiem ból osób spędzających 2/3 dnia w pracy. Sama zapieprzałam w korpo (najczęściej 9 i więcej godzin dziennie,  a potem jeszcze godzina dojazdu do domu), robiłam bokami, dzieci widziałam tylko wcześnie rano i późnym wieczorem. Doskonale wiem, co to znaczy, że tyle człowiekowi umyka. Powiem też szczerze, że zazdroszczę „szpitalnym” mamom tej ogarniętej chałupy, ugotowanych obiadów, szycia strojów dla dzieci, lepienia z nimi, klejenia, wycinania, zabaw, wożenia na kółka zainteresowań i na języki i po prostu dawania tego, czego ja nie jestem w stanie z racji zwykłego braku czasu dać.

Z drugiej jednak strony sytuacja prawna w Polsce wygląda niekoniecznie ciekawie.

Kobieta, która poświęciła się prowadzeniu domu i dzieci, rzeczywiście POŚWIĘCA się całkowicie, gdyż… nie ma żadnego prawa do emerytury. Żadnego. Nie naliczają jej się absolutnie żadne składki ZUSowskie, lata składkowe itp (chyba że jest na macierzyńskim i wychowawczym, ale czas jednego i drugiego jest ograniczony).

W przypadku śmierci partnera przysługuje jej renta po zmarłym mężu, ale musi być spełnionych kilka warunków.

  • Muszą być małżeństwem (w dzisiejszych czasach wcale nie taka oczywista, oczywistość) i żyć we wspólności małżeńskiej do dnia śmierci.
  • Jeśli nie byli we wspólności małżeńskiej, to prawa do renty ma wtedy, kiedy w dniu śmierci mężczyzny miała przyznane prawo do alimentów.
  • Zmarły mąż musi mieć nabyte prawa emerytalne lub prawo do zasiłku przedemerytalnego
  • Wdowa ma ukończone 50 lat LUB jest niezdolna do pracy i ma stosowne orzeczenie.

Wyjątkiem od powyższego jest sytuacja, kiedy kobieta ma na utrzymaniu dzieci, które nie ukończyły 16. roku życia (lub 18. roku, jeśli nadal się uczą). Wówczas bez względu na to, ile sama ma lat, otrzymuje rentę rodzinną.

To w przypadku śmierci, a co w sytuacji rozwodu? Jeśli po – dajmy na to – dwudziestu latach małżeństwo się rozpada, a kobieta nie pracowała zawodowo? Wówczas, sorry Batory, ale nie przysługuje jej nic. Okrągłe zero procent. W 2012 roku zaproponowano ustawę, w myśl której składki ZUS płacone przez małżonków byłyby uśredniane między dwie osoby. Inaczej mówiąc, jeśli mąż pracuje i jego pracodawca odprowadza 800 zł ZUSu (kwota pewnie z dupy, ale nie o nią tu chodzi, a o zasadę), a żona nie pracuje, to jest tak, jakby oboje odprowadzali po 400 zł składki. Jeśli on odprowadza 1000 zł, a ona 500 zł, to oboje odprowadzają po 750 zł. Takie rozwiązanie chroniłoby kobiety wychowujące dzieci i niepracujące zawodowo, bo sprawiałoby, że naliczałoby im się coś do przyszłej emerytury. Mizernej, ale i tak większej od zera. Co z ustawą? Utknęła na etapie projektu i zapewne jeszcze długo tego stadium nie opuści.

Wróćmy teraz do dwóch sytuacji, które opisałam na początku.

Sytuacja nr 1. Dziewczyna, owszem, zajmowała się domem i dziećmi, ale jednocześnie jej dobrze zarabiający mąż ze swoich zarobków co miesiąc odkładał pewną (i to niemałą) kwotę pieniędzy na poczet zabezpieczenia finansowego swojej żony. Nie tylko emerytalnego, ale takiego ogólnego, jak to się mówi, „w razie W”. Ufam, że robią tak dalej. Istotne jest też to, że są bardzo zgranym małżeństwem z bardzo jasnym podejściem do życia – oboje nie uznają rozwodów.

Sytuacja nr 2. Jedna z poznanych przeze mnie w szpitalu mam, owszem, w domu jest, ale jednocześnie posiada kawałek ziemi, na tyle duży, że czyni to ją rolnikiem, opłaca więc sobie KRUS, co daje jej prawa do emerytury czy renty. Druga z mam ma odłożoną pewną kwotę do swojej dyspozycji i tak jak w przypadku mojej znajomej, co miesiąc suma ta przyrasta o kolejne grosiwo. Trzecia mama jest trochę na lewo zatrudniana przez kogoś z rodziny w jego firmie i w ten sposób ma płacony ZUS.

…zadaj sobie kilka ważnych pytań

Zupełnie inaczej wyglądałyby wyniki ankiety, gdybym zapytała, ile kobiet rozważa sytuację, że W OGÓLE nie wróci do pracy. Najczęściej na bocznicy życia zawodowego kobiety chcą być kilka lat, do czasu, aż dzieci pójdą do szkoły czy przedszkola, a potem planują wrócić do pracy. Bez względu na to jednak, kiedy taką decyzję podejmą i czy w ogóle to zrobią (bo może jednak zdecydują się poświęcić domowi i domownikom znacznie dłużej), powinny przed podjęciem decyzji zadać sobie kilka ważnych pytań:

  1. Ile oszczędności mamy już zgromadzonych?
  2. Ile zamierzamy miesięcznie odkładać na poczet finansowego zabezpieczenia kobiety?
  3. Czy zawód wykonywany do tej pory przez kobietę umożliwi powrót na rynek pracy po dłuższej przerwie?
  4. Czy w ogóle jesteście małżeństwem? (bo jeśli nie, to w przypadku śmierci mężczyzny żadna renta się nie należy, pamiętajmy).

Szczerze? Nie wyobrażam sobie sytuacji, że para decyduje o tym, że kobieta zostaje w domu (a nie jest na macierzyńskim czy wychowawczym) i jednocześnie nie mają żadnej koncepcji oszczędzania i zabezpieczania bytu kobiety. Życie bywa nieprzewidywalne. Pozwólcie, że przytoczę jedną niezwykle wartościową odpowiedź na postawione przeze mnie pytanie. Napisała ją osoba, która ponad 20 lat zajmowała się domem i dziećmi.

Z mojej perspektywy czasu lat 23 […] powiem, że nie i to bardzo zdecydowanie. […] Jestem jeszcze młoda, ale już nie na tyle, by się liczyć na rynku pracy, mimo wykształcenia i gotowości na przebranżowienie. Na emeryturę nie mam co liczyć, za wychowywanie dzieci, nawet najlepsze, nikt mi nie zapłaci. Mam satysfakcję jedynie ogromną, ale mało wymierną, jeśli chodzi o korzyści na starość. Rynek pracy tak się zmienił, że i męża zarobki nie są wysokie na te realia, a człowiek starszy, choruje itd. Z obecną wiedzą, szukałabym pracy najszybciej jak się da.

Otóż to.

kobieta

Wnioski, wnioski!

No właśnie, co z tymi wnioskami? Moje pytanie i lawina odpowiedzi, a także ich rodzaj dały mi do myślenia.

Po pierwsze w Polsce nadal dostęp do żłobków i przedszkoli to ogromny problem, pomimo wszelkich niżów demograficznych, jak to się o nich trąbi. Pewna część osób mówiła, że chętnie poszłaby do pracy, ale nie może, bo nie ma kto zająć się dzieckiem, a na żłobek nie ma najmniejszych szans. Co z ideą żłobków „sąsiedzkich”? Inicjatywa gdzieś się tli, ale przez wszystkich traktowana jest po macoszemu i nie ma wsparcia od strony państwa.

Po drugie rynek pracy nie ma kobietom nic wartościowego do zaoferowania. Jeśli alternatywą wobec opiekowaniem się domem i dziećmi jest kiepsko płatna praca, to wolą zostać w domu. Poza tym wbrew temu, co się powszechnie trąbi, nadal zarabiają mniej niż mężczyźni, sorry.

Po trzecie kobiety w zdecydowanej większości chcą pracować, rozwijać się zawodowo i chcą do czegoś dojść, a model, w którym kobieta orbituje między – jak to mówią Niemcy – trzy K (Kinder, Kueche, Kirche – dzieci, kuchnia, kościół), nieodwołalnie odchodzi do przeszłości. Praca jest dla kobiet niezwykle ważna nie tylko po to, by poczuć się niezależnie i zabezpieczyć swój byt, ale też by znaleźć odskocznię od domu, rozszerzać horyzonty, poznawać nowych ludzi, czyli być pełnoprawną obywatelką, tworzącą razem z innymi społeczny organizm.

Po czwarte kobiety jednak czują się wykluczone z życia społecznego i rynku pracy. Nie chcą tego.

Po piąte małżeństwo i związek ogólnie przeżywają kryzys. Najczęściej pojawiającym się argumentem przeciw było „a co, jeśli po dwudziestu latach odbije mu szajba i wymieni mnie na młodszy model”. Obawa w pełni uzasadniona – prawie 40% małżeństw się rozpada.

Po szóste ja to sobie wszystko zapamiętam i podczas październikowych wyborów wystawię odpowiednie cenzurki. Ja przy urnie na pewno będę. Rozliczę z tej idiotycznej ustawy, która sprawia, że bardziej opłaca się kobietom być na bezrobotnym lub pracować na śmieciówkach niż zakładać własne firmy, rozliczę ze wszystkich przepisów, które potęgują efekt wykluczenia społecznego dla kobiet. I nawet mi nie zadrży powieka.

28 KOMENTARZE

  1. Póki co nie mam możliwości pracować, jednak staram się jak tylko mogę by dokładać się do budżetu domowego. Nie wyobrażam sobie być na utrzymaniu mojego Niemęża. Choć i tak twierdzę, że jeśli ludzie godzą się na taki układ, że kobieta zajmuje się dziećmi i domem, a mężczyzna zarabia na dom i im to pasuje, ok. Jednak ostatnio poznałam parę, gdzie kobieta 23 lata utrzymywała swojego chłopaka lat 28, zdrowy, sprawny, po tym jak kolega zaproponował, że załatwi mu pracę stwierdził, że… nie chce. To jest dopiero chora sytuacja…

    • Kiedy pracowałam w jednym z banków, przyszła kobieta po pięćdziesiątce. Po kredyt. Nie miała zdolności kredytowej, jej jedynym źródłem dochodu była renta po zmarłym mężu. 580 zł netto. Nigdy nie pracowała, poświęciła się wychowywaniu dzieci i prowadzeniu domu. Mąż zmarł, na szczęście zaistniała sytuacja, że ona tę rentę po nim mogła dostać.
      Polskie prawo jest, jakie jest. Warto zadać sobie pytanie: czy 580 zł renty to satysfakcjonujące wynagrodzenie za tyle lat zapieprzania przy dzieciach (przy założeniu, że spełni się warunki to jej uzyskania).
      Wszystko jest dla ludzi, jeśli danej parze pasuje taki układ, by jedno z nich nie pracowało, to spoko, ale to nie zwalnia z perspektywicznego myślenia.

  2. Nie mówię, że nie zgadzam się z postawionymi tutaj argumentami, ale brakuje mi jednego:
    Kobieta przez parnaście lat wychowuje dzieci – nie pracuje, jest dla nich itp -dajmy na to przykład z góry o pani po 50-ce. Ma rentę 580zł netto i wychowane dzieci – no i właśnie – gdzie w tej sytuacji są wychowane dzieci?
    Wydawałoby się logiczne, że jeżeli kobieta poświęciła się i była przy nich przez całe dzieciństwo, wspierała je później i generalnie była mamą na cały etat to powinna być tak z nimi blisko, że – no właśnie? Czy możemy założyć, że dzieci pomagają mamie? Wspierają ją finansowo? A może wszyscy razem mieszkają itp?

    Generalnie chodzi mi o to, gdzie w tym temacie są wspaniale wychowane dzieci?

    Generalnie podziwiam niepracujące kobiety, mi wystarczyło pół roku w domu z dziećmi, aby zaobserwować, że nie chce mi się o siebie dbać (wiecie kosmetyczka itp), mąż tyje (obiadki…) i nie jest już tak podjarany moją osobą, a ja mimo, że kocham moje dzieci to jestem nimi absolutnie zmęczona.

    • Na tym właśnie rzecz polega, że nic nie da gwarancji, że dzieci, którym się poświęcało, odwdzięczą się tym samym. Nie chodzi nawet o brak uczucia, chodzi o kwestie materialne. Bardzo dużo osób emigruje do innych krajów, tam rozpoczynają swoje życie, staliśmy się mobilni, mieszkamy w innych miastach i państwach niż nasi rodzice.
      To raz. Dwa – życie jest nieprzewidywalne. Dzieci mogą ciężko zachorować, umrzeć – to niezwykle przykre, ale takie sytuacje się zdarzają. Otwierałam kiedyś konto 20-latkowi. Tydzień później przyszli jego rodzice z aktem zgonu. Zginął w wypadku.
      Podejmując decyzję o zostaniu w domu nie można czynić założenia, że na starość zajmą się nami te dzieci, dla których rezygnujemy z prawa do emerytury. To bardzo duży błąd.

  3. Wiem jedno, bez daleko posuniętych zmian systemowych nic się w tej kwestii nie zmieni.
    Co z tego, że planując założenie rodziny i posiadanie dzieci mamy pracę, jeśli później tak trudno do niej wrócić. Moje dzieci np. nie dostały się nigdy do żłobka ani przedszkola. Wróciłam naturalnie do pracy, ale opłacanie niani pochłaniało całą moją pensję, a czasem i więcej. Na płatny wychowawczy niestety się nie łapałam. Dlatego też Niestety zmuszona byłam zostać tzw. „kurą domową”. Większość znanych mi mam, także zostało pozostawione praktycznie bez wyboru. Umówmy się, jeśli nie masz pomocy ze strony dziadków a nie stać Cię na wynajęcie opiekunki czy prywatne przedszkole to wybór jest tylko jeden.
    A bycie utrzymywaną przez męża uważam za najgorsze doświadczenie w swoim życiu. Jeśli macie dobrą pracę i możliwość zostawienia dzieci pod dobrą opieką, to Nie rezygnujcie z niej!

  4. A ja czuję się zignorowana, gdyż moją argumentację na tak pominęłaś (może tylko ja jedna taka zboczona byłam) – a mianowicie TAK, bo uwielbiam być kurą domową. Uwielbiam być w domu, gotować, sprzątać, opiekować się dzieckiem i nie mam na to żadnego innego argumentu. Żadne tak ze względu na dzieci czy inne takie (bez dzieci też bym chętnie była kurą domową). Także ten tego, dodaję jeden argument…

  5. Jeśli kobieta ma ten komfort, że praca na nią czeka po urodzeniu dziecka, lub będąc w ciąży, to jest naprawdę szczęściarą. Słyszałam kiedyś legendę o kobiecie, która znalazła pracę będąc w widocznej ciąży, ale w prawdziwym życiu żadnej nie spotkałam. Mając maleńkie dziecko, też nie jest łatwo i niekiedy nie ma wyboru by nie zostać „niepracującą mamą”.

    • Kolezanka znalazla bedac na macierzynskim (na starych zasadach). Poczekali na nia, az sie macierzynski skonczy…
      W czasie rozmowy powiedziala, ze to jej 3 dziecko. Rekrutujaca uznala to za zalete, bo w takim razie musie byc swietnie zorganizowana. 🙂

  6. Ten tekst pobudza moje marzenia o byciu w domu do czasu,gdy dzieci pójdą do przedszkola.Jestem na urlopie wypoczynkowym,macierzyński się skończył,bezpłatny wychowawczy to tylko przy tatusiu-milionerze…Praca by poczekała,nawet w domu czytam,spotykam ludzi,rozwijam się.Z pewnością wrócę jako lepszy pracownik,no ale taka specyfika zawodu.Szkoda,że muszę wrócić niedługo.Szkoda ze względu na dzieci.Wolałabym zajmować się nimi osobiście,bo to najważniejsze lata.

  7. Krusz, co to „wspólność małżeńska”? czy chodzi o mieszkanie i współżycie (w sensie społecznym 😉 czy o wspólnotę małżeńską majątkową? sprawa dla mnie istootna, by mamy rozdzielność, czyli łopatologicznie – intercyzę.

    • Dobre pytanie – myślę, że chodzi o bycie w związku małżeńskim. Takie pojęcie jest użyte w przepisie (nie wymyśliłam go sobie 😉 ). To, co wyczytałam dalej, pozwala mi myśleć, że chodzi o fakt istnienia małżeństwa, bez określenia, czy w ramach niego jest rozdzielność majątkowa czy nie. Bo dalej jest zapis o tym, że jeśli tej wspólności nie ma, to kobieta musi mieć przyznane (zasądzone) prawo do alimentów.

  8. Ech. To i ja sie dorzuce bo na fanpejdzu nie zdazylam sie wypowiedziec bo lesny net umarl (urocze 5 tygodni z dzieckiem w lesie, ech gdzie te cudowne 3 dni ktore spedzilam w domu sama, jedynie zamartwiaja sie o dziecko…). Sama jestem w sytuacji ze zalozylam dzialalnosc, okazalo sie zem w ciazy wiec sama dzialalnosc poszla w pizdiet (nie bylo opcji zarabiania jak juz w ciazy bylam, taka specyfika, chociaz probowalam), zalapalam sie jednak z oszczednosci na macierzynski roczny, ktory tez dobiegl konca. Zorganizowalam sobie pare zrodel minimalnych dochodow ( na waciki mi na pewno wystarczy) ale… no wlasnie. Z niemezem stwierdzilismy ze w podaniu do zlobka klamac nie bedziemy wiec jeno 81 punktow nam wpadlo, obie babcie pracuja zatem z macierzynskiego przeszlam na wychowawczy coby chociaz zdrowotne ubezpieczenie miec zabezpieczone. A poza tym nie wiem wciaz jak sobie poradzic dalej. Wszak skoro jestem na wychowawczym to mam siedziec z dzieckiem w domu a skoro siedzie z dzieckiem w domu to do zlobka sie nie dostanie ( wszak nie pracuje, na potrzebe wychowawczego musialam dzialalnosc zawiesic) a skoro do zlobka sie nie dostanie to ja do pracy nie wroce. I bledne kolo sie zamyka. Zlecenia ciagle zeby zalatac budzet- nocami i na pasje ktora kocham nie starcza mi czasu bo trafil mi sie model syna, ktory wymaga 100% uwagi przez 85% czasu ktory spedza przytomnie. Jakies gotowanie, jakies zakupy i dzien sie konczy. Takze podsumowujac, naleze do grupy ” tak, ale” ale mialabym mozliwosc dorobienia, wyjscia z domu i nie siedzenia w tym samym sosie non stop. No ale finanse to wykluczaja. Niemaz nie zarabia na tyle dobrze zeby trzy sztuki utrzymac, moje zlecenia ledwo dopinaja budzet i jest jak jest. Ale mam te jedyna w swoim zyciu mozliwosc uczestniczenia w KAZDEJ mini tragedii mojego syna wywolujacej placz :p od 9 i 10 zeba, przez dostanie nie tego chrupka ktorego sie chcialo , po fakt ze motylek usiadl na tym samym kocyku :p

    • Właśnie o to mi chodzi. Jest mnóstwo kobiet takich jak Ty, które są w domu, bo muszą, bo dziecko nie dostało się do żłobka, bo szanse na ten żłobek były marne, a nie chcieliście kłamać itp. Właśnie o to chodzi, że rzeczywistość w Polsce jest taka, że siłą rzeczy wpycha kobiety w sytuację wykluczenia. I szlag mnie trafia, bo nikt z tym nic na poważnie nie robi. Rządzący myślą, że sprawę załatwią kolejne zasiłki, ale to nie o zasiłki chodzi. Zwiększono ich ilość, ale nie zwiększyło to dzietności. Bo co nam na dobrą sprawę po zasiłku, jeśli nie można iść do pracy, a nie można, bo się nie dostało żłobka, a nie dostało się, bo się nie pracuje. Masakra.

      Czytałam, że gdzieś (Szwecja? Dania? Chyba Szwecja) kobieta decydująca się na zajmowanie domem i dziećmi otrzymuje coś w rodzaju wynagrodzenia, a już na pewno liczy jej się to do emerytury. Na litość boską, przecież wypuszcza „na rynek” następnych podatników! Dba o ich rozwój, chucha i dmucha, staje na rzęsach. Dlaczego żyjemy w kraju, który tego kompletnie nie docenia?
      Z jednej więc strony dostęp do żłobków jest gorzej niż żałosny, z drugiej nie ma niczego w zamian. Niech nikt mi nie mówi, że w Polsce kobiety nie doświadczają wykluczania.

      • Zwróć uwagę też na sytuację kobiet na wsi.
        Też mają przerąbane. Gdy zaszłam w ciążę i urodziłam córkę, musiałam z nią zostać w domu 2,5 roku. Moja mama i teściowa są koło 50tki, pracują. Do miejskiego żłobka nie mamy szans się dostać, bo nie jesteśmy zameldowani w mieście, tych żłobków jest bardzo mało, a prywatne kosztują dużo. Ja ze względu na stan zdrowia nie mam prawa jazdy, nie mogłabym wozić dziecka do tego żłobka tylko tłuc się pksami plus dojście do pracy i powrót. Mąż ma taką pracę, że od 7-18 nie ma go w domu. Przymusowo byłam w domu, zwłaszcza że dziecka szkoda było na takie żłobki, totalnie nie opłacało się. Wspólna decyzja, że do 2,5 roku jestem w domu. Teraz córka od stycznia chodzi do przedszkola, bardzo to jej i mi służy:). Taki tylko fart miałam, że przy szkole podstawowej w mojej miejscowości założono przedszkole i mogłam pójść do pracy. Bo tak to byśmy wozili do miejscowości gminnej do przedszkola lub byłabym udup..na do zerówki w domu. W okolicznych wsiach nie ma przedszkoli, wożą dzieci do nas lub do gminnej miejscowości. Notabene są tam dwa przedszkola- jedno prowadzone przez siostry zakonne (dzieci zapisywane były tam jak się tylko urodziły, taka kolejka była) i od roku jest prywatne ze żłobkiem yeah!. Tyle wsparcia od gminy i państwa.

        W opinii koleżanek na wsi jestem wyrodną matką, mogłabym poczekać chociaż do września lub września następnego roku, a najlepiej zrobić sobie drugie dziecko, bo lata przecież lecą!

      • O wlasnie to- to tajemne slowo ” wykluczenie”. Przez tyle lat zanim Mlody sie pojawil uwazalam to za zwykle niechciejstwo (przyznaje sie i bije sie w piers- uwazalam ze jak sie chce pracowac majac dziecko to mozna wszak nikt nie zabrania). Az do momentu kiedy sama stanelam w obliczu takiej a nie innej sytuacji i rece mi opadly. Bo jak ja, za te 3 lata kiedy Mlody wejdzie w wiek obowiazkowego przyjecia do przedszkola( o ile ja nie zwariuje do szczetu w domu – za matke w wariatkowie sa jakiea dodatkowe punkty w rekrutacji?;) ), wyjasnie potencjalnemu pracodawcy dlaeczego na 5 lat wypadlam z rynku? Czy mam usilowac odzyskac potracone kontrakty firmowe? Obie opcje sa bez sensu. Pojde w efekcie byle gdzie byle zarobic cokolwiek zeby na wyprawki miec i na bardzo teoretyczna emeryture zbierac skladki. I cale moje doswiadczenie pojdzie w cholere a cala moja dotychczasowa wiedza zardzewieje oblozona pieluchami, obiadami i tlumaczeniem wszechswiata na jezyk dzieciecy. A jeszcze 11 miesiecy temu negowalam istnienie „odpieluszkowego zapalenia mozgu” a teraz? Mam powazny problem z rozwiazaniem sudoku na poziomie latwym ;p tak z luznych przemyslen mlodej matki co zderza sie z coraz to kolejnymi problemami.

        Ps. Krusz- napisz tekst o beci(jego.mac)kowym. Dostalam wlasnie odpowiedz z kierownictwa przychodni na skarge ktora zlozylam. Zgodzili sie z faktem ze zaswiadczenie o podleganiu opiece nalezy sie ciezarnej jeszcze i nie wymaga dodatkowej wizyty w poradni po porodzie (wbrew paniom poloznym i lekarce co kazaly mi spadac na drzewo bo przeca albo mnie albo dziecku cos sie moze stac w czasie porodu) 😉 tak dla uciechy pisze bo sytuacja absurdalna mocno byla :p

  9. Nie wyobrażam sobie bycia na utrzymaniu męża, ale powiem przewrotnie, że wyobrażam sobie utrzymywanie jego. U nas jest trochę tak, że to Niemałż jest kurem domowym i to on ogarnia sprawy związane z dzieckiem i zakupami, a ja w pocie czoła pracuję (mam ten fart, że pracuję zdalnie w domu). W Polsce to jest sytuacja nie do pomyślenia, żeby matka zarabiała na dom, a facet zajmował się dziećmi na pełnym etacie. Taki facet będzie nazywany pasożytem. Prawda jest taka, że moja stawka godzinowa jest 3x wyższa niż jego, na dodatek on 1/4 pensji musiałby wydać na dojazdy i jedzenie na mieście, a ja nie mogłabym wtedy pracować. W efekcie bylibyśmy biedni jak myszy kościelne, na zasiłku z opieki społecznej. A tak sobie radzimy przyzwoicie. 🙂

  10. Świetny post. Fajnie, że zebrałaś tak wszystkie odpowiedzi, jakie padły na fanpagu. Myślę, że można wyciągnąć wiele ciekawych wniosków. Na temat państwa, społeczeństwa, kobiet, małżeństw… Dobra robota. 🙂

  11. Dobry tekst i przerażający okrutnie, instytucja babci wyginela wraz z podnoszeniem wieku emerytalnego, chodząc do pracy nierzadko są nadgodziny, więc masz dzieci ale ich nie oglądasz, nie pracując ryzykujesz bezdomnościa a politycy martwią się o niski przyrost naturalny, i tu kółko się zamyka…

  12. U mnie teraz prawdziwy baby boom, większość koleżanek albo w ciąży albo w tym roku urodziła. Na grupę nastu mi znajomych dziewczyn ja jedyna chyba miałam gdzie w ogóle wracać (ewentualnie jeszcze jedna sztuka może będzie miała powrót jako nauczycielka) . Te co miały szczęście przynajmniej na płatny macierzyński bez łaski się załapały, ale nikt im umowy nie przedłużył, inne musiały kombinować z zatrudnieniem po rodzinie. Po 3 miesiącach z dzieckiem wiedziałam, że muszę wrócić do pracy, bo 24h/7 z dzieckiem to ja długo nie ujadę, psychika mi padnie. Wróciłam po skończonych przed małego 9 miesiącach, bo chciałam (i co się musiałam natłumaczyć dlaczego to moje, nawet prawie obce osoby dociekały w moją motywację, a niektóre nie ukrywały zdziwienia i oburzenia) i to była najlepsza rzecz jaką zrobiłam dla siebie i dziecka. W końcu z radością potrafiłam usiąść i z nim się pobawić. Mąż zaczął w końcu się angażować w opiekę nad dzieckiem i prace domowe (bo jak ja byłam w domu to nie kiwnął palcem, on był tylko od „męskich rzeczy” i miał prawo do odpoczynku po pracy). Teraz muszę czasem po nocach nadrabiać jeszcze sprzątanie, ale i tak o dziwo chodzę spać wcześniej, a w domu jakoś czyściej (mąż używa to jako dowodu, że widoczniej w domu bałaganie głównie ja 😉

  13. Gdybym MOGŁA, to bym została w domu, lubię zajmować się dzieckiem (wtedy dzieci byłoby jeszcze nawet więcej o min. + 1), kuchnią, domem, ogrodem……. Tymczasem mam własną firmę, wolny zawód, pierworodnego trzeba było oddać pod opiekę profesjonalistów i mamusia heja do pracy 😉 Mam obecnie natomiast poważny problem: Ja zajmuję się młodym rano, późnym popołudniem i wieczorem głównie tata. Wynika to z tego, że mąż wraca wcześniej, a ja jak już wrócę rzucam się do garów. Taki układ wykluczył mnie jednak ze wszystkich uroków macierzyństwa. Moje dziecko wstaje wcześnie, chociaż do rannych ptaszków nie należy (nie kumam tego systemu, ale nic nie możemy na to obecnie poradzić). Więc rano mam spektakl 2 godzin wycia i jęczenia. Wieczorem, kiedy ja już padam na ryja i jedną ręką podtrzymuję głowę, a druga mieszam w garnku, pierworodny ma świetny humor i chce się bawić z mężem klockami, kredkami, w a kuku itd. Dziś też tak było. Taka sytuacja powoduje, że mam ochotę codziennie rano strzelić sobie w łeb. Dziecko ogląda codziennie matkę na pełnym wkurwie, a tatusia w pełnym relaksie nad kolejką z klocków duplo. Nie wiem, czy o to mi chodziło…

  14. czytam i czytam, i posta i komentarze, i zastanawiam sie….dlaczego wciaz chcemy wrocic z emigracji do Polski? ciagne nas juz chyba tylko zle pojety patriotyzm….bo i prawo, o ktorym piszesz koslawe, ale, i tu wybacz, oczekiwania wiekszosci komentujacych mocno …hmmm…wyolbrzymione? nierealne? dla mnie rachunek jest prosty: nie pracujesz badz nie odkladasz pieniedzy na emeryture, nie bedziesz ich pozniej miec…jestes na macierzynskim/wychowawczym/wypoczynkowym/czy jakimtaminnym przez kilka lat, nie oczekuj za to pieniedzy…kiedy patrze na moj pasek wyplaty i podziwiam wysokosc skladki socjalnej (czyli ile place na utrzymanie niepracujacych), wlos sie na glowie jezy…a po ciezkiej pracy wracam do domu, by gotowac, sprzatac i edukowac dzieci…taka moja prywatna opinia

  15. Z własnej, niewymuszonej brakiem pracy, woli nigdy, przenigdy nie zdecydowałabym się być na utrzymaniu męża. Moja mama pracowała całe życie i pewnie taki system domowy mam zakodowany w genach 😉 Praca to jakieś własne pieniądze, nawet jeśli starczają tylko na przysłowiowe waciki. Praca to odskocznia od domowych dziecioobowiązków. Praca to wymówka, żeby kupić fajny ciuch. Praca to alibi, żeby zniknąć w gabinecie na godzinkę i zostawić dzieciaki tatusiowi. Praca to lepsza organizacja codzienności. Wreszcie praca to poczucie mniejszego czy większego spełnienia, a przynajmniej równowagi na polu praca/dom. Mi praca służy, brak pracy, mimo, że codzienność wtedy jest lżejsza, ciąży jak kula u nogi.

  16. Nigdy nie zostałaby w domu.Zarabiam o wiele więcej niż mąż i to moje zarobki to lwią część domowego budżetu.Z córka byłam rok w domu i było to wyzwanie.Wrocilam do pracy jak mała miała rok i miesiac.Żłobek prywatny-dziecko go uwielbia. Kocham core ale kocham też moja pracę i niezależność. Przykład teściowej: po ponad 30 latach bycia w domu i zajmowaniu się dziećmi nie ma nic oprócz 300zl alimentów zasadzonych do rozprawy. Z mężem pożycie ustało 2 lata temu.Teściową zajmowała się wnuczką i wychowywała przez 5 lat.Po 5 latach córka się wyprowadziła i odizolowana od wnuczki. Całkowite poświęcenie rodzinie się nie oplaca.Wcześniejsze dobre stosunki z dziećmi i mężem mogą w mgnieniu oka zamienić się w koszmar,także tylko naiwne kobiety wierzą,że miłość jest na zawsze. niezależność,decyzyjnosc dają mi tyle samo szczęścia co bycie z dzieckiem.Wiem,że nic tego nie zmaci bo mam stabilna sytuację.

  17. Jestem nieszczęśliwa. Moj niemąż 🙂 próbuje rozkręcić swoją firmę, która jeszcze (?) nie przynosi zysków, natomiast konsumuje wszystkie oszczędności. Zaznaczam, że jest to jedna z najinteligentniejszych osób jakie dane mi było poznać w całym moim życiu.
    Ja mam swoją dzialalnosc w turystyce, pracuję niby z domu_ wygląda to tak że zabieram do pracy ze sobą dzieci, w tym momencie 25 ms i 10 ms i jakoś próbuje przetrwac.
    K*wa koszmar. Pracuje 2-3h dziennie i co z jednym bardzo grzecznym dzieckiem było latwe, z dwojka jest dosłownie niemożliwe !
    Czuje się przez społeczeństwo oszukana – że żadne fora ani inne nie informują jak wielką roznicą jest być mamą jednego dziecka a jak dwóch.
    Otarłam się o załamanie nerwowe.
    Utrzymuje dom, jestem mamą maleńkiej 2/ praktycznie sama 24/7. Tata w tym momencie Naprawdę ciężko pracuje. Tylko kasy nie przynosi. W jego przypadku za pozno żeby się wycofac, w moim – poczekam aż mlodsza skończy rok bo naprawdę – nie jest że mną zbyt dobrze. Wzielam na siebie tak duzo bo oczekiwalam że będzie to chwilowe. Ale jakoś końca nie widać.

    Chciałabym dostawać pieniądze nie zarabiając na nie. Tak. Zazdroszcze kurom domowym.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here