Człowiek se spokojnie żyje i nie ma bladego pojęcia, że mu pod nosem likwidują najlepszą drogerię na dzielni. Do pierwszego Rossmanna to jednak jest prawie dziesięć kilometrów. W drogerii był wybór niezwykle bogaty, choć drożej niż w sieciówkach (wiadomo). Babki przy kasie chlipiąc i wzdychając zdradziły, że pracują tu tylko do października, w związku z czym zaczynają to i owo powoli wyprzedawać. Och. No to się rzuciłam do koszyków i koszyczków i oprócz pudru, po który przyszłam, wyniosłam stamtąd dwie maskary. Nivea Double Designer oraz Bourjois Black & Diams. Właściwie nie wiem, dlaczego wzięłam obie. Z czystej pazerności. Za Niveę dałam 10 zł, za Bourjois 5 zł, możecie więc mnie zrozumieć 🙂

Skoro kupiłam, to i rzuciłam się do testów, co nie? Przetestowałam, efekty uwieczniłam. I co? No cóż, głębokie rozczarowanie jest określeniem eufemistycznym. Właściwie powinnam napisać coś o rozdzieraniu szat, rzucaniu się z rozpaczy w przepaść, zachowaniu kompulsywnym polegającym na nieustającym waleniu głową w ścianę (taki permanentny facepalm) czy jakoś tak w tym guście. W przypadku Bourjois, którego wielbię miłością bałwochwalczą, może chodzić po prostu o to, że maskara wygląda na starą. Stara maskara, jakiej by firmy nie była, cudów nie uczyni. Żal ekspedientek i te wyprzedaże traktuję więc teraz z nieco większym dystansem. Jakoś mniej mi smutno. Już drugi raz nacięłam się na zestarzałą maskarę (poprzednio było to Art Deco).

No dobrze, do adremu, Krusz., do adremu. Ocenić miałam. Proszę uprzejmie popatrzeć na tę ocenę przez palce i mieć w pamięci to, co napisałam powyżej. Zacznijmy od Bourjois.

Pierwszym zaskoczeniem maskary Volume Glamour we wcieleniu Black & Diams jest to, że ona nie jest czarna. Jest grafitowa. Grafitowa za sprawą tych brokatowych drobinek, co to pewnie mają nadać blasku spojrzeniu, a nic nie robią. Efekt jest niezauważalny. Jeśli więc ktoś ma zamiar skusić się na błyszczące drobinki, to donoszę uprzejmie, że ni cholery efekt nie będzie taki jak w reklamie. Nein. Never.

Maskara, jak widać na zdjęciu poniżej, kosztowała pierwotnie 39 zł, czyli normalnie jak na Bourjois. Warto też wiedzieć, że seria maskar Volume Glamour cieszyła się moim uznaniem i często do nich wracam. Właściwie na dobrą sprawę to jedyna firma, do której wracam, o czymś to więc świadczy.No dobrze, co z efektami. A proszę, proszę. Poniżej mój narząd wzroku zupełnie sauté.

A tak wygląda pociągnięty czterokrotnie (sic!!!) maskarą Bourjois Volume Glamour Black & Diams. Trochę nieostre, państwo wybaczą. Diamentowe drobinki widać po lewej, na końcu rzęs. Przypominają kurz? Przypominają.

Aż mnie korci, żeby kupić maskarę raz jeszcze i zobaczyć, jak wygląda normalnie, czyli na świeżo. Drogerii żal coraz mniej, takich rzeczy się klientowi nie robi. Stary produkt trzeba po prostu wyrzucić i tyle. Nie sprzedało się – trudno, na tym polega ryzyko handlu, sorry, coś wiem na ten temat. Gdyby jednak się okazało, że nowa maskara Black & Diams również daje tak delikatny efekt, to polecę ją osobom, które preferują delikatny makijaż, bo mają delikatny typ urody. Sprawdzi się. Bourjois nieodmiennie ma znakomite szczoteczki.

Zostawmy Bourjois, przejdźmy do Nivea. Kremy Nivea znają wszyscy, a kolorówkę? Średnio taka popularna jest, prawda? Wystartowałam do maskary Double Designer i… zaliczyłam twarde lądowanie. Kiedyś podobny typ maskary wypuściło Maybelline. Pamiętacie Big Eyes? Jeśli nie, to ja przypomnę, bo też się na nią szarpnęłam, he he. Tam idea była taka, że jedna końcówka z grubszą szczotką służyła do potraktowania nią górnych rzęs, końcówka z mniejszą szczoteczką była do dolnych. Maskary już dawno nie ma w sklepach, nie jest wznawiana i wcale mnie to nie dziwi.

Tak wygląda maskara Nivea. Odkręcana z obu stron.

Szczoteczka z błyszczącymi drobinkami wygląda tak.

A szczoteczka ze zwykłym tuszem tak.

Zasada jest prosta. Najpierw szczoteczką „zwykłą” pociągamy rzęsy, a potem nadajemy im szlifu szczoteczką z drobinkami. Jak wrażenia? Niestety negatywne.

Nivea popełniła ten sam błąd co Maybelline i „patyczki” przy szczoteczkach są bardzo krótkie. Bardzo utrudnia to manewrowanie maskarą. Niestety. Pociągnięcie rzęs pierwszym tuszem daje zupełnie niezły efekt. Na nieszczęście dokończenie dzieła psuje wszystko. Tusz z drobinkami potwornie skleja rzęsy. Nakłada się go zdecydowanie za dużo, ciężko to potem skorygować. Efekt intensywności, owszem, jest, ale bez przesady. Nie potrzebuję asfaltu na rzęsach.

No to lecim ze zdjątkami. Na zdjęciu poniżej oko gołe. To połyskujące na powiece to beżowy cień Avon z czwóreczki Berry Love (jedne z najbardziej udanych cieni).

A tak wygląda oko z maskarą Nivea Double Designer. Sklejone rzęsy. Drobinki wyglądają, jakby się cień osypał się na tusz. Poniżej mamy jednokrotne pociągnięcie pierwszym tuszem i jednokrotne tuszem z drobinkami. I taki zlep.

O cieniu jeszcze było. Całość, z lekkiego oddalenia wygląda tak.

I tyle.

BRAK KOMENTARZY