Krótko i na temat: dorwałam się, zaczęłam używać i nie mogę zebrać szczęki z parteru. Właściwie recenzja mogłaby się na tym zakończyć, ale nie ze mną te numery, Bruner. Nie byłabym sobą, gdybym nieco nie rozwinęła tematu. Oceniam więc sobie od pewnego czasu maskary L’Oreal. Paru słów o sobie doczekała się najnowsza Feline (wszystkie ze stajni Volume Million Lashes), parę słów powiedziałam o So Couture, no i przyszedł wreszcie ten moment, że warto by wspomnieć o Excess.

Excess, proszę ja was, wygląda tak.

Maskara jak maskara, nie chodzi o design opakowania, bo opakowanie jest najmniej w maskarze istotne. Spójrzmy na szczoteczkę.

No, proszę państwa, to nie jest szczoteczka, tylko szczocisko. Jest wielka, długa i najeżona silikonowymi wypustkami. Na pierwszy rzut oka człowiek sobie myśli, że komuś się czegoś za dużo sypnęło i zaprojektował szczotkę, która niewiele ustępuje rozmiarowi wyciorka do czyszczenia butelek.

Nic bardziej błędnego. Szczotka jest duża, ale elastyczna i przez to niezwykle funkcjonalna. Szczerze mówiąc trwam w szoku, że można czymś tak dużym ogarnąć rzęsy i nie zrobić sobie kuku w postaci rozniesienia tuszu od brody po czoło.

Funkcjonalność to jedna rzecz, jak jest z samym działaniem? Jest nieźle, jeśli chodzi o odbijanie się tuszu na powiekach. Ja mam z tym wieczny problem, ale w przypadku Excess można uniknąć wpadki. Trzeba się postarać, żeby się urypać. Mnie się czasami udaje, bo ja jestem wybitnie uzdolniona w kierunku robienia sobie na życzenie jesieni średniowiecza na powiekach, ale kobiety bardziej wprawne ode mnie nie powinny mieć żadnego problemu.

Maskara nieznacznie skleja rzęsy dopiero przy trzecim pociągnięciu tuszem. Ale! Trzecie pociągnięcie w ogóle wam nie jest potrzebne! Dwa pociągnięcia dają efekt spektakularny (zaraz go pokażę), jedno pociągnięcie z powodzeniem wystarczy, żeby wyjść do ludzi. Tusz wytrzymuje cały dzień, nie osypuje się, nie kruszy, nie spływa, pozwala łatwo usunąć za pomocą płynu do mycia twarzy i/lub płynu micelarnego.

To co z tym efektem? Jedziemy.

Poniżej moje oko zupełnie gołe. Bez podkładu, bez kremu nawet, bez jakichkolwiek ingerencji kosmetycznych. Tak – w mocnym zbliżeniu – wyglądam, jak wstanę. Boli? Boli 🙂 Cytując Morfeusza z filmu Matrix: pamiętaj, że mogę ci zaoferować tylko prawdę i nic ponad to 🙂

Tak wygląda oko po JEDNYM pociągnięciu rzęs maskarą L’Oreal Volume Million Lashes Excess. Drugie oko, bo zdjęcie tego samego mi nie wyszło. Na twarzy jest już podkład.

Tak wygląda to samo oko po DWUKROTNYM pociągnięciu rzęs maskarą.

I może jeszcze rzut na jedno i drugie oko, nieco z boku, żeby widać było, do jakiego stopnia maskara wydłuża rzęsy. Zdjęcie zrobione smartfonem. Dwukrotne pociągnięcie, przypominam.

Bozia mi dała długie rzęsy, ale bez przesady. Uwaliłam sobie trochę powieki, spuśćmy na ten fakt zasłonę milczenia. Widzicie tę długość? Moje drogie, ja mam szczękę w parterze i gacie w kostkach.

Czy polecam? Bardzo polecam. Jeśli chodzi o efekt, to najlepsza maskara, jaką kiedykolwiek miałam i pokonuje tym samym moje ukochane Bourjois. Wadą jest cena, dlatego warto polować na promocje w Rossmannie. Jeśli zobaczycie obniżkę na kolorówkę, kupujcie w ciemno. Warto.

4 KOMENTARZE

  1. Kocham ten tusz od dawna. Jest cudny. W superpharm w środę będzie 50% zniżki na Loreal do makijażu, biegnę rano się zaopatrzyć w to cudo ponownie.