Och, powiedzieć można sporo, pokazać jeszcze więcej (dojdziemy do tego, dojdziemy), ale zacznijmy od przypomnienia, że pewną wieczorową porą nawiedził mnie… No nie, nie brunet, a nawet nie tajemniczy blondyn w jednym bucie (gwoli ścisłości, blondyn na stanie jest, sztuk jeden, bywa tajemniczy, ale buty nosi zawsze dwa 😉 ), ale po prostu kurier. Kurier nie wzbudził we mnie żadnych porywów serca, ale przyniósł przesyłkę, a w niej… No cóż, w niej było samo dobro.

Wycięłam oberasa z przytupami, z zaskoczenia skoczyłam gdzieś na wysokość pawlaczy i chyba dziwnym nie jest. Czarną wersję Volume Million Lashes miałam (zacna, zacna), miałam też i oceniałam tę czerwoną maskarę w opcji Noir Excess, dwóch pozostałych nie dane mi było doświadczyć. Do teraz. Bo teraz to i owszem. Mam więc przed sobą Volume Million Lashes Excess, Volume Million Lashes So Couture oraz najnowszą Volume Million Lashes Feline. I od niej właśnie zaczniemy.

Wszystkie wersje Volume Million Lashes mają silikonową szczoteczkę. Przyznaję, że podchodziłam do takowej jak pies do jeża, ale jakiś czas temu nastąpił przełom i dostrzegam jej wartość, ba, dostrzegam jej wyższość nad szczoteczką tradycyjną. Musi być tylko porządnie zaprojektowana. Jak można zobaczyć każde wcielenie Million Lashes szczotę ma inną (chodzi mi o kształt). W wersji czarnej szczota dawała radę, byłam ciekawa, jak to jest w przypadku Feline. I jest, wystawcie sobie, świetnie.

To jest bardzo specyficzna szczoteczka, lekko wygięta, silikonowe włoski są krótkie.

Przyjrzyjmy się bliżej.

Jak się sprawuje? Kształtowi nie ufałam, podchodzę z rezerwą do udziwnionych szczoteczek, ale ta jest świetna. Jej największą zaletą jest to, że można pomalować rzęsy i nie urypać sobie powieki. To jest świetne. Zazwyczaj jest ten problem, że pokrywam rzęsy i… połowę górnej powieki. Dobra, można powiedzieć, że jestem zdolna inaczej, ale nic na to nie poradzę. Lata praktyki niczego mnie nie nauczyły.

Tu się tak nie dzieje. Można pięknie rozprowadzić tusz na rzęsach, a powieka pozostaje dziewiczo nietknięta. Mniut, malyna. Dobrze, a jak z efektem sztucznych rzęs, wyrazistością czy jak to zwał? Bardzo dobrze. Zadowalający efekt uzyskałam już po pierwszym pociągnięciu rzęs. Super. Zresztą to pierwsze pociągnięcie pokażę wam na zdjęciach.

To, co widzicie poniżej, to oko bez niczego, oko w naturze i bez fotoszopy (wszystkie zdjęcia są bez fotoszopy, nie ma się co czarować, człowiek się coraz młodszy nie robi, prawdaż). Rzęsy są białawe, bo potraktowałam twarz pudrem sypkim i im się też przypadkiem dostało.

Oko pociągnięte JEDNĄ warstwą Volume Million Lashes Feline wygląda tak.

Rzęsy pociągnięte dwu- lub trzykrotnie dają efekt spektakularny, a jeśli dodatkowo użyję bazy pod maskarę (mam taką firmy FM, oceniałam), to już w ogól szał w trampkach.

Maskara w ciągu dnia nie osypuje się, nie kruszy, nie uczula, nie podrażnia, pozwala się dobrze zmyć (najpierw żelem do mycia twarzy, potem płynem micelarnym).

Jakieś wady? Są. Właściwie jedną dostrzegam. Szczoteczka nabiera zbyt dużo tuszu. Ma tam jakieś ograniczenia, żeby temu zapobiec, ale mimo wszystko. Trzeba po prostu „wytrzeć” szczotkę o opakowanie. Jeśli nabierze się za dużo, momentalnie sklei rzęsy. Nie potrafię też rozgryźć sposobu malowania rzęs dolnych. Do górnych szczoteczka jest idealna, z dolnymi sobie nie radzę, zakrzywienie szczotki wyraźnie mi tu przeszkadza.

Czy polecam? Polecam gorąco! Pomimo tej wady jest to jedna z najlepszych maskar, jakie w życiu miałam. Bardzo warto! Na następny ogień pójdzie So Couture. Ciekawa jej jestem bardzo.

3 KOMENTARZE

  1. Chyba większość tuszów przy pierwszych użyciach nakłada się zbyt hojnie i niezależnym jest to od rodzaju szczoteczki – nadmiar więc odcisnąć należy o papier (nigdy opakowanie!) i dopiero użyć 🙂

  2. witam serdecznie. bardzo fajna recenzja. mam takie pytanko. gdzie można zamówić taki zestaw tych 4 tuszy w pudełku? gorąco pozdrawiam 😉