Kiedyś musi być ten pierwszy raz. Ponieważ mam naturę królika doświadczalnego, postanowiłam wypróbować na sobie hennę. Taką, wiecie, hennę najhenniejszą z hennowych, hennę rasową i ortodoksyjnie made in India. Żeby nic w sposób niekontrolowany nie zniekształciło efektu końcowego, odpuściłam sobie klasyczne farbowanie, odseparowałam się nawet od szamponetek i szamponów koloryzujących, zgodziłam się na przebijającą tu i ówdzie siwiznę, żeby henna (najhenniejsza z hennowych) mogła wniknąć we włos goły, by nie powiedzieć dziewiczy.

Ponieważ w dziedzinie henn jestem zielona jak… no cóż, jak henna właśnie, wpisałam po prostu w googlach odpowiednie hasło i wybrałam pierwszy z brzegu sklep internetowy. Był to akurat Matique Galeria Kosmetyków Ekologicznych. Matique ma henny Khadi, a coś mi się o uszy obiło (o oczy właściwie), że to powinno być to, czego szukam.

Jako że mój naturalny kolor włosów jest bardzo ciemny, zdecydowałam się na odcień „pure indygo black”, czyli coś, co można określić mianem granatowej czerni. O, taki właśnie.

Produkt indyjski dystrybuowany przez firmę niemiecką i z Niemiec do Polszy sprowadzony wyposażony został w polskojęzyczną naklejkę na odwrocie opakowania.

Brzmi nieźle, prawda? Szczególnie ucieszyło mnie zdanie o instrukcji wewnątrz opakowania. Zajrzałam więc i w środku stwierdziłam opakowanie z proszkiem, foliowy czepek, rękawiczki i rzeczywiście instrukcję. Lekkie rozczarowanie przeżyłam, kiedy okazało się, że mam do dyspozycji język angielski, niemiecki, francuski i włoski, żaden inny. Najlepiej się czuję w niemieckim, to i zabrałam się za lekturę.

Dowiedziałam się, że powinnam proszek roślinny rozmieszać w naczyniu z wodą o temperaturze 50°C. Nie zimniejszą i nie cieplejszą. Zimna pośle całość działań w pizdu, za gorąca… nie zrozumiałam, co robi za gorąca. Wiem jednak, że inne odcienie henny traktuje się wodą bliską temperatury wrzenia, tylko to indygo takie wyróżnione.

Nie czekając wiele, do plastikowej miseczki wsypałam proszek. Henna wygląda jak zeschnięta, zmielona na drobno trawa i pachnie jak kopka siana, która długo leżała w upalnym słońcu. Możecie sobie wyobrazić, prawda? Dla jednych jest to zapach miły, dla drugich nie, ale nie pewno nie wali chemią.

Kontrolując temperaturę wody, najprawdopodobniej zabiłam termometr. W każdym razie po wyjęciu z naczynia wskazywał -9°C. Woda organoleptycznie przeczyła wskazaniom termometru. W następnym rzucie wskazał 46,5°C, a ja nie wnikałam, czy ma rację, tylko mieszałam.

Henna daje się łatwo rozprowadzić, bez problemu łączy się z wodą i wersja „do uzyskania gładkiej pasty” dała się wprowadzić w czyn bez problemu. Sęk w tym, że instrukcja (w żadnym języku) nie wyjaśnia, jaką powinno się uzyskać konsystencję. Nie mówi też nic o tym, czy pastę nakładać na mokre czy na suche włosy. Smuteczek. Postanowiłam więc nałożyć na suche, jak przy klasycznej farbie. Chyba wyszła mi za gęsta, ale już trudno. Nakryłam włosy czepkiem, głowę owinęłam w dwa ręczniki, żeby utrzymać mieszankę w cieple. Bo to ma być ciepłe. Następnie uzbroiłam się w cierpliwość i postanowiłam odczekać czas wskazany na opakowaniu (od 30 minut do 2 godzin).

Dopiero po pewnym czasie pewien fragment ręcznika odpowiednio mi się skojarzył, dlatego informuję uprzejmie, że nie było moim zamiarem jakiekolwiek sięganie do motywów fallicznych.

Wytrzymałam 2 godziny. Czepek trzymał dobrze, nic spod niego nie wyciekało. Pasta roślinna oddała wilgoć włosom. Udało mi się nie uwalić niczego poza drobnym fragmentem ręcznika i dziecięcym podnóżkiem w łazience. Ręcznik ku mojemu bezmiernemu zdumieniu sprał się bez problemu. Gorzej było z podnóżkiem, a zupełna tragedia dosięgła Bogu ducha winną plastikową miseczkę. Okazuje się, że bezpowrotnie straciła kolor żółty, naturalnie jej przypisany i transformowała w odcień, jaki przybiera mocno zleżała sałata. Nie popełnijcie mojego błędu. Miseczkę trzeba od razu wypłukać.

No dobrze, a jak efekty? A proszszszsz. Mój naturalny kolor włosów wygląda tak.

Kolor uzyskany henną Khadi w odcieniu „pure indygo black” wygląda tak.

Wielkiej różnicy nie ma, prawda? No cóż, taka karma 😉 Jeśli zdaje wam się, że widzicie pierwszy siwy włos na mojej skroni, to macie racje – zdaje wam się. To kwestia użycia lampy błyskowej z niewielkiej odległości. Tak naprawdę henna Khadi pokryła siwiznę bardzo ładnie. Pod tym względem jestem bardzo zadowolona.

Gorzej jest z tym odcieniem indygo. Ni wuja nie chce to wyglądać na granatową czerń. Dzieci coś tam mówią, że w słońcu widoczny jest lekki granatowy połysk, ale to wszystko. To jest po prostu czarna czerń w chłodnym odcieniu. Nie żebym się skarżyła, taka też bardzo mi pasuje.

Roślinna papka bardzo szybko spłukuje się z włosów, a po wszystkim szczecina jest lśniąca i dość sztywna. Trzeba użyć odżywki. Dość długo utrzymuje się na głowie poczucie – hmm, jak to określić? – gorąca, jakbym trzymała na włosach ciepły kompres. Potem to przechodzi. Podobno henna wzmacnia włosy, będę miała okazję to zaobserwować.

Spodobało mi się. Wadą jest konieczność wytrzymania w ręczniku dość długi czas (im dłużej, tym odcień intensywniejszy), ale samo działanie nie odbiega upierdliwością od farbowania zwykłymi farbami sklepowymi.

Muszę jednak powiedzieć, że strasznie długo czekałam na przesyłkę. Zamówienie złożone 3 sierpnia doczekało się realizacji 12 sierpnia. Na stronie była informacja, że przy tym odcieniu realizacja zamówienia trwa do 5 dni, ale okazało się to zbyt optymistyczną wersją. Za farbę zapłaciłam 33 zł plus 12 zł za przesyłkę kurierską.

Poza tym, jeśli już dystrybutor nakleja polskojęzyczną nalepkę na opakowanie, to może do środka włożyć karteluszek z instrukcją w tym pięknym języku. Miło by było. Tak czy inaczej mój pierwszy raz z henną zaliczam do udanych i przyszła mi ochota na jeszcze. Czego i wam życzę 😉

7 KOMENTARZE

  1. Szacun za odwagę, bo mnie zawsze mamusia fryzjerka straszyła, że po hennie to zielone wychodzą :-D. A ten efekt wachlarzy na pierwszym zdjęciu to jakim tuszem do rzęs uzyskany? Podoba mnie się bardzo i też tak chcę 🙂

  2. Moja mama lata całe farbowała henną na kolor bordo. Do pasty dodawała zółtko jaja, a pasta zawsze wychodziła gęsta…pamiętam, że henna kosztowała grosze…uwielbiałam ten zapach! Widać jako efekt Krusz, ładny blask, włosy wyglądają zdrowiej niż po farbowaniu, może efekt granatowej głębi wyjdzie dopiero po kilku farbowaniach?

    • Żółtko jaja, mówisz? Spróbuję. Coś słyszałam, że kolor wzmacnia się po kilku farbowaniach i po kilku myciach głowy. To drugie już mogę odrzucić, pozostaje to pierwsze. Ta henna jest droga, ale zostanę chyba przy farbach naturalnych 🙂

  3. A to nie jest tak, że jedno opakowanie starcza na kilka farbowań? Szukałam czegoś w brązach i chyba się skuszę też na hennę, bo mam wrażenie, że moja skóra głowy bardzo cierpi!

    • W istrukcji było napisane, żeby po otworzeniu nie przechowywać reszty proszku, tylko wywalić. Czyli albo zużyć całość, albo część, ale i tak pozbyć się reszty. Na krótkie włosy proszku jest dużo, ale na takie do ramion to już nie byłoby czego wywalać 😉