Chóry anielskie, dmijcie w rogi, czy co tam macie. Łapcie za jakieś harfy lub chociaż gitary. A jeśli nie koncert oficjalny, to chociaż próbę zróbcie, bo zaprawdę powiadam wam, warto i jest powód, by szarpać struny. Powód wbrew pozorom wcale nie taki błahy, dla niejednej kobiety stanowi kwestię bytu. Opcja wyjść do ludzi czy nie wyjść, oto jest pytanie, została zastąpiona jasnym i prostym rozwiązaniem: wyjść i się nie cykać. Jak ma się na twarzy podkład AA Lumi, wychodzić można śmiało.

Gdyby mi ktoś powiedział niedawno, że mojej tłustej cerze tyle dobra przyniesie podkład rozświetlający (heloł!), to wyśmiałabym bez litości. Ja i podkład rozświetlający? JA?! Ja, które lico nadobne jako płeć ma cała świeci się po pięciu minutach jak psu organy rozrodcze pod ogonem dyndające? A jednak, myly państwo (cytuję klasyka), a jednak. Jest sobie jedwabisty podkład rozświetlający AA Lumi, który niezwykle pozytywnie mnie zaskoczył.

Żeby nie utonąć w powodzi lukru, zacznijmy od wad. Wadą jest konsystencja, a może nawet nie tyle ona sama, ile to, jak ona przekłada się na rozprowadzanie po skórze. Rozprowadzanie jest słabe. Nie, to znów nie tak. Jakby to określić? Odnosi się wrażenie, jakby na skórze rozprowadzało się lekko gumowatą maź. Nie wiem, czy mnie rozumiecie. Czasami podkłady są z takim poślizgiem, prawda? Inne są śliskie i jakby suche, inne jeszcze takie mokre i rzadkie, a ten jest mało śliski i lekko gumowy, jakby stawiał dość mocny opór, choć nie jest gęsty. Kiedy jednak przyjmiemy ten mankament na klatę (to jest na twarz), pozostaje samo dobro.

Podkład jest niezwykle trwały. Rzeczywiście cały dzień trwa dzielnie na posterunku. W ciągu dnia trochę się wchłania i tego nie da się uniknąć, ale już wolę opcję wchłaniania się niż spływania. Wchłania się jednakowoż równomiernie. Żadnego włażenia w pory, żadnego gromadzenia w zmarszczkach, żadnych nierówności. Twarz utrzymuje dobry koloryt przez co najmniej 8 godzin. Przy tłustej cerze – absolutny hit.

Co z odcieniami? Mam najjaśniejszy, ivory, i tu bladawce powinny być zadowolone.

Na zdjęciu wydaje się mocno żółtawy, ale nie dajcie się na to nabrać, to kwestia lampy błyskowej. Jest naprawdę jasny, nawet dla mnie, a ja mam spory problem ze znalezieniem podkładu, który nie będzie dla mnie za ciemny nawet w swojej najjaśniejszej wersji. Ten jest na granicy. Na granicy zajasności. Szok.

Podkład oczywiście nie matuje, bo skoro ma rozświetlać, to nie można od niego oczekiwać czegoś dokładnie przeciwnego. Potraktowany pudrem sprawuje się jednak znakomicie.

A jak tam ryło? A ryło jakby lekko odmłodzone, wystawcie sobie, bo skoro rozświetla, to i odejmuje kilka wiosen. Powiem tak: jak po pracy przychodzę do domu i spoglądam w lustro, dziwię się, że TAK DOBRZE wyglądam O TEJ PORZE. Normalnie powinnam mieć na paszczy jesień średniowiecza. Tu nic z tych rzeczy.

Czy polecam? Polecam bardzo. Podkład bije na głowę niejedną zachodnią i znacznie droższą markę. Brać.

EDIT

Głosy powstały, że nie ma fotki facjaty, to nie ma tematu. No to wrzucam. Oto fotka zrobiona 5 godzin po nałożeniu podkładu. Podkład Lumi, na to puder matujący Bell. Brwi skorygowane kredką Rimmel do brwi (genialna, polecam!) oraz żelem do brwi, na rzęsach zaś maskara L’Oreal Volume Million Lashes Excess. Żadnych korekt podkładu w ciągu dnia, żadnego przypudrowywania. Świeci się skóra, rzecz jasna, ale nic nie spływa i trwa dzielnie.

16 KOMENTARZE

  1. Używam tego podkładu od baaaardzo dawna, dla mnie – idealny. Nawet jak się szarpnę na coś innego z wyższej półki, to i tak do niego wracam z utęsknieniem. Wadą jest to, że jest mało wydajny, chyba właśnie przez tą „gumowatość”, ale za tę cenę i tak jest opłacalny. Teraz kupiłam też AA, ale matujący i jest do niczego. Mało tego, że nie matuje, to po 2 godzinach już go na buźce nie ma….

  2. Krusz, dzięki za tę reckę. Kolor jest idealny, konsystencja też bardzo mi odpowiada (gumowatości nie czuję, miękkość i jedwabistość – owszem), gorzej z kryciem, a mam co chować. Dlatego wczoraj nie żałowałam sobie korektora. Po powrocie do domu odkryłam wałki w kurzych łapkach i zatkane pory. Ale może to był właśnie korektor. Dziś sprawdzę sam podkład z pudrem w kamieniu, bo kolor jest za dobry, żebym odpuściła.
    A propos kolorów, Avon znowu szaleje z nowymi czwóreczkami cieni (tym razem na tapecie śliwki). A ja sobie kupiłam Gilded Metallics i jestem zachwycona.

    • Ha, właśnie sprawdziłam, AA ma też wersję podkładów COVER – nierówności, koloryt, pory. Znaczy: dla mnie. Teraz pozostaje mieć nadzieję, że kolor 101 będzie przynajmniej podobny do tego z LUMI (bo niestety już się nacięłam na na straszne rozbieżności w obrębie tej samej firmy).

      • Krem, serum rozświetlające, bara rozświetlająca pod podkład – to nie zawsze wystarczy. Podkłady mają różne „stężenie” różnych substancji w zależności od tego, czemu mają służyć, tłuszczowych, pudrowych itp. Dlatego podkład rozświelający nigdy nie będzie krył jak kryjący, tak jak niemożliwością jest od niego oczekiwanie, żeby jednocześnie np. matował. 😉
        Zresztą, cza coś skrobnąć na ten temat 😉

  3. Yeah, czytałam wykład. 😉 A COVER jest taki se. Kolor świetny. Krycie już nie bardzo, zwłaszcza krycie porów polega na włażeniu do środka i tworzenie białawych kropek. Fakt, mam kratery, nie pory. :S Wniosek? Zostaję przy podkładzie szwedzkiej sekty, o ile mi go nie zmienią. Perfect Fusion się nazywa. Na to korektor plus puder i mogę wyjść z domu. A potem już na wszelki wypadek nie sprawdzam, co mi się podziało na twarzy.