Ja wiem, ja wszystko wiem. Piątek dla rodzica małego dziecka niczym się nie różni od poniedziałku (też jest na P), weekend jest tylko kwestią umowną jak to, że istnieje system dziesiętny czy jakiś tam jeszcze inny. Wiesz, że takie coś jest, ale szczególnie się tym nie jarasz, bo nie dotykasz świadomością. Coś na zasadzie: „Relaks? A tak, słyszałam. Podobno fajna rzecz” 😉

Lecz zaklinam, niech żywi nie tracą nadziei! Po pewnym czasie przebieranie pieluch definitywnie się kończy, kończy się nocne wstawanie do dzieci (potwierdzone info!). Podopieczni zaczynają sobie sami wycierać nosy i człowiek nie ściga drugiego człowieka z aspiratorem (łkam ze wzruszenia!). Ba, samodzielnie zakładają gacie, korzystają z toalety bez nakładki i nawet zrobią sobie kanapkę (strumień łez nie pozwala mi pisać!). Na „mamo, pić” odpowiadasz „na stole jest woda, weź sobie nalej”, a ono idzie i nalewa (muszę opanować ten szloch).

No więc na tym etapie zaczynasz dostrzegać piąteczek. Kiedy dzieci są w wyrkach (a ty prześpisz CAŁĄ noc, gdzieś do 5.30, Boże, Boże!), zaczyna się czas rodziców. I nic to, że ten czas skończy się na napisach początkowych filmu, który chcesz zobaczyć, a dalej będzie wielce wymowne ahhhhhrrrrrrr (oczwiście ty nie chrapiesz, to on). Można wrzucić na luz i wypić lampkę tego i owego.

Otwierasz więc wino i stwierdzasz z bólem, że trafił ci się koncertowy sikacz godzien wina Torreador i ni cholery nie wejdzie na trzeźwo, a upijać się nie zamierzasz i już na pewno nie tym. Co zrobić? Można uratować sytuację i zrobić grzaniec domowej roboty.

Grzaniec z miodem

Możesz oczywiście kupić grzaniec, ale zapewniam, że ten domowej roboty jest znacznie smaczniejszy. Podaję proporcje na pół butelki wina. Proporcje są umowne, byle nie za dużo przypraw.

Składniki:
  • 2 łyżki miodu (każdy, byle nie gryczany, gryka zostawia silny aromat, niekoniecznie kompatybilny z winem)
  • szczypta cynamonu
  • kilka goździków
  • szczypta gałki muszkatołowej
  • szczypta imbiru
  • kilka plasterków cytryny (opcjonalnie)
Przygotowanie

Im więcej imbiru i gałki, tym bardziej grzaniec rozgrzeje. Za pierwszym podejściem przegięłam i ziałam ogniem, ale za drugim razem było już dobrze. Do rondelka wlewamy wino, dokładamy miód i przyprawy, podgrzewamy (ale pilnujemy, żeby się nie zagotowało). I już, cała filozofia.

grzaniec

Autorką grafiki na kubeczku jest absolutnie rewelacyjna Anja.

Na zdjęciu poniżej przyprawy jeszcze nie opadły, bo potem opadają i jest git. Tak zresztą też jest git, w niczym nie przeszkadzają. Jeśli damy dużo miodu, możemy zrównoważyć słodycz plasterkiem lub dwoma cytryny. Moje ulubione rozwiązanie.

grzaniec2

Drink z sokiem żurawinowym

Sok żurawinowy schodzi u nas na litry z racji szczególnych zaleceń lekarskich wobec dzieci. Ważne – kupuję taki PRAWDZIWY sok żurawinowy bez dodatku cukru. Drogi jak diabeł i koncertowo wykręca ryja, taki kwaśny. Kupuję na stoisku z ekologiczną żywnością (bo tam jest, jakby stał koło mydła, też bym brała 😉 ). I tam jest 100% żurawiny. Nie 0,2% jak to zwykle bywa we wszystkich „mainstreamowych” soczkach (marek litościwie nie wymienię). Taka żurawina to samo zdrowie. Można ją więc zaaplikować do drinka 🙂

Dlaczego warto podawać dzieciom żurawinę?

Główny czynnik „drinkotwórczy” jest domowej roboty, konkretnie mężowskiej. Cytrynówka. Jeśli nie macie cytrynówki, można poradzić sobie inaczej.

Składniki
  • cytrynówka domowej roboty
  • tonik (jakikolwiek)
  • sok z żurawiny
  • lód
Przygotowanie

Proste jak konstrukcja cepa i droga na Gdańsk. W zależności od tego, jak mocne wrażenia preferujemy, sterujemy ilością cytrynówki i toniku. U mnie tonik jest dominujący, nie lubię mocnych drinków. Soku z żurawiny dajemy niewiele, tylko na podrasowanie smaku (i koloru). Dodajemy kostki lodu i hej, szable w dłoń!

drink

Małżon jest twórcą również nalewki z ostropestu. Ciekawe, nie wiedziałam o istnieniu ostropestu, póki nie zmienił kuchni w laboratorium chemiczne. Mąż, nie ostropest. Tego nie pije się w formie drinków, w ogóle dawkuje z dużym umiarem, bo nalewka stworzona jest w celach powiedzmy leczniczych. Tak jak balsam kapucyński. Próbowaliście kiedyś? Nie da się wcisnąć w siebie więcej niż łyżeczkę, ale świetnie pomaga na trawienie i coś tam jeszcze, co nie wiem, bo nigdy nie dałam się namówić 😉

Ha! A zatem piąteczek. Pozdrawiam serdecznie wszystkich, którzy z rozczuleniem obserwują, jak ich dzieci wkładają spodenki tyłem na przód, ale nie pozwolą sobie pomóc, bo „ono samo!”. Tych, którzy jeszcze wstają w nocy po trzysta razy też pozdrawiam i przytulam. Będzie dobrze. Ani się obejrzymy, a znów nie będziemy przesypiać nocy, czekając aż młodzież z nocnej wróci wycieczki. Zatęsknimy za pieluchami, ja wam to mówię 😉

12 KOMENTARZE

  1. Odnośnie soku żurawinowego, przypomniało mi się, jak dawno temu będąc na wakacjach z moim obecnym mężem złapałam zapalenie pęcherze (tak, na wakacjach z facetem…). Kupiłam wtedy litrową butelkę soku żurawinowego (taki 100 %) i wypiłam na jedno posiedzenie. Mordkę wykręciło, ale zapalenia udało mi się pozbyć 😀

  2. Ostropest pomaga regenerować wątrobę.
    Jestem ciekawa przepisu na nalewkę z ostropestu, może byłaby bardziej „zjadliwa” niż sam ostropest.
    Można prosić o przepis?

      • Nie pamięta. Wziął jakiś przepis z internetu, żaden tam polecany, pierwszy z brzegu. Wiem, że zmielony ostropest wymieszał z alkoholem, ale nie wiem, o jakim stężeniu (60%? 70%?). Trzymał to w słoiku przez pewien czas (chyba dwa tygodnie) i co jakiś czas potrząsał słoikiem. Potem przecedził przez sitko i wymieszał z miodem gryczanym, po czym zamknął w butelce (słoiczek miodu około 400 ml, niecały zszedł).
        Skosztowałam jednak. A co tam 🙂 W smaku bardzo dobre. Na niuch lekko przypomina ten balsam kapucyński, ale na tym podobieństwa się kończą. Smak ma miodowo-jakiś tam, raczej delikatny. Nie zauważyłam po jednej łyżce jakichś wybitnych pozytywnych oddziaływań, ale doznania były pozytywne, ryja nie wykręciło 😉