Wsparcia ludzkiego powszedniego daj nam dzisiaj

10
3372

Epizod pierwszy

Kiedy ją poznałam, była w 37. tygodniu ciąży, a jej dziecko ciągle jeszcze nie przekroczyło wagi 800 g, tak jakby zatrzymało się w połowie drogi i postanowiło, że dalej nie pójdzie. Codzienne badanie KTG nie przynosiło niczego nowego. Liczyła na przełom, na coś w stylu „pani Kowalska, wygląda na to, że jest o wiele lepiej, super, tak trzymać i będzie dobrze”, a kiedy cud nie następował, wypatrywała już tylko ziarna nadziei, które ktoś uprzejmy zasiałby w jej sercu, a ona zrobiłaby wszystko, by rozrosło się jak baobab.

Badania nie pozostawiały złudzeń. Hipotrofia była tak znaczna, że szanse na to, że dziecko po przyjściu na świat będzie można uratować, malały z każdą sekundą i w tamtym momencie były już bliskie zeru. Wiedziałyśmy o tym. Wszystkie. Nie da się utrzymać niczego w tajemnicy w dziesięcioosobowej sali na patologii ciąży. Ból dzielony z inną osobą traci nieco na sile, dlatego rozmawiałyśmy ze sobą zupełnie otwarcie.

Wzięli ją na cesarkę, nie można było już dłużej czekać. Dowiedziałam się potem, że dziecko po porodzie żyło kilka dni, po czym odeszło, zostawiając po sobie krwawiącą ranę cielesną i psychiczną oraz pokarm w piersiach, z którym trzeba było coś zrobić.

Epizod drugi

Kiedy ją poznałam, była w 27. tygodniu ciąży. Wiedziała, że jest niedobrze. Nie leżałaby przecież na patologii. Zresztą ciąża bliźniacza z założenia jest traktowana jako ciąża wysokiego ryzyka i naprawdę los na loterii wygrała ta, u której wszystko przebiegło bezproblemowo. Tutaj dowiedziała się, że jedno z jej dzieci odchodzi i jego szanse maleją z każdym dniem, podczas gdy drugie rozwija się prawidłowo.

Musiała dokonać wyboru, którego nie będzie już można cofnąć. Musiała zadecydować, czy utrzymać ciążę, jak długo się da, i zwiększyć szansę jednego dziecka, godząc się z nieuchronną stratą drugiego, czy też podjąć ryzyko porodu w 27. tygodniu, przez co szanse silniejszego będą małe i narazi je na ryzyko, ale kto wie, może za pomocą nowoczesnej aparatury na intensywnej terapii da się jednak uratować również to słabsze.

Nie wiem, jak potoczyły się jej losy. Kiedy wychodziłam ze szpitala, płakała i mówiła, że dźwiga ciężar, z którym nie potrafi sobie poradzić. Miesiąc później znów trafiłam na patologię (po raz piąty, a czekał mnie jeszcze jeden pobyt), znów pod kroplówki, znów ze skurczami co 7 minut. Nie było jej. Nie miałam odwagi zapytać kogoś, co wybrała.

Wsparcia ludzkiego powszedniego daj nam dzisiaj

Nie bez powodu sięgam pamięcią i odsłaniam dwa bardzo ciężkie przejścia dwóch zupełnie różnych kobiet, które dzieliło wszystko, łącznie z wiekiem, a łączyło tylko jedno – poczucie osamotnienia i braku odpowiedniego wsparcia. Nie zrozumcie mnie źle – miały rodziny i ich rodziny cierpiały razem z nimi, ale brak im było profesjonalnego podania pomocnej dłoni ze strony odpowiednio do tego przygotowanego specjalisty.

Oczywiście, w szpitalu był psycholog. Na ścianach oddziału patologii ciąży w kilku miejscach porozwieszano plakaty informujące o tym, że rodzice, którzy stracili swoje dziecko lub wiedzą, że mogą je stracić, mają możliwość skorzystać z porady w dni takie i takie, w godzinach tych i tych. Kobieta z epizodu pierwszego skorzystała. Mówiła potem, że nigdy więcej tego nie zrobi, bo pomoc – a właściwie „pomoc” – została jej udzielona tak nieprofesjonalnie i z tak kompletnym brakiem elementarnej empatii, że bardziej zaszkodziła, niż pomogła.

Takich historii znam więcej, znacznie więcej. Kiedy dzieli się salę z dwiema, pięcioma czy dziewięcioma kobietami, widzi i słyszy się bardzo wiele. Żyje się tym. Wnika. Przesiąka. Współuczestniczy. Wydaje się wręcz, że nie o jej dziecko chodzi, a o nasze, wspólne z sali X czy Y. I walczy się razem, i wspiera. I wynajduje się z czeluści pamięci przykłady takiej czy innej, której się udało, a miała podobnie, więc tobie też się uda, zobaczysz.

Ale nie o takie wsparcie chodzi i to nie wystarczy. Mówię o czymś, co jest, jak sądzę, nie tylko moim doświadczeniem z jednego, konkretnego szpitala. Sądzę, że problem jest natury ogólnokrajowej. Mówię o tym, że kobiety w ekstremalnie trudnych ciążach, które wiedzą, że doświadczą śmierci swojego dziecka, są właściwie pozbawione odpowiedniej pomocy psychologicznej i psychiatrycznej. A można, jak się okazuje, zrobić tak, by niezwykle trudny poród stał się jednocześnie pięknym pożegnaniem.

Hospicjum perinatalne

Jeszcze parę dni temu nie miałam pojęcia o istnieniu hospicjum perinatalnego. To jest właśnie to, czego brakowało poznanym przeze mnie kobietom. Hospicjum perinatalne to nie miejsce, w którym się przebywa do czasu porodu, ale system pomocy i wsparcia od strony medycznej i psychologicznej. W hospicjum perinatalnym kobieta (ale patrzymy szerzej, bo też ojciec dziecka i w ogóle najbliższa rodzina) zostanie przygotowana na bardzo trudne przeżycie, jakim będzie poród dziecka, które wkrótce straci.

Najgorszy jest brak informacji i poczucie zagubienia. Najtrudniejsze jest też rozeznanie, kiedy pozwolić dziecku… odejść. Najgorsze są rozstania – jakby to ująć? – niedokończone. Wśród chaosu. Bez odpowiedniego przygotowania. Bez przeżycia żałoby. Bez możliwości powiedzenia otwarcie, co się czuje i myśli. Rodzina nie chce o tym rozmawiać, ucieka w stwierdzenia, że na pewno wszystko będzie dobrze. Ludzie nie chcą współuczestniczyć w czyimś bólu, nie chcą brać jego części na siebie.

Idea hospicjum perinatalnego polega więc na tym, żeby udzielać dokładnych informacji medycznych i psychologicznego wsparcia. Do takiego hospicjum może się zgłosić każda kobieta bez skierowania, a wszelkie świadczenia będą wykonywane za darmo. Ma możliwość wykonania jeszcze raz wszystkich badań medycznych i za to również nie zapłaci ani złotówki.

Hospicjum perinatalne uzgadnia ze szpitalem, w którym kobieta urodzi, szczegóły porodu tak, aby wszystko odbyło się z jak największym poszanowaniem jej trudnej sytuacji. Decyduje się o tym (wszystko w porozumieniu z rodzicami), w jaki sposób zostanie rozwiązany poród, kto będzie przy nim obecny, czy rodzice będą chcieli dziecko ochrzcić zaraz po przyjściu na świat, a jeśli tak, czy będzie im to umożliwione. Lekarz z hospicjum perinatalnego jest obecny przy porodzie.

Opieka jest zapewniona również po porodzie. I po pogrzebie. Znam osoby, które straciły nowonarodzone dziecko. Wiecie, co mówią? Że bardzo dużo dało im to, że mogły się pożegnać. Dlatego tak niezwykle istotne i niezwykle pomocne jest to, że można się właściwie do tego pożegnania przygotować. Wtedy człowiek bez porównania lepiej radzi sobie ze stratą. Nie chodzi o to, żeby ukoić ból. Nic go nie ukoi. Nie ma gorszej straty niż śmierć dziecka. Chodzi o to, żeby ból nie wyniszczył.

Gdzie uzyskać pomoc?

Niestety hospicjów perinatalnych jest tylko kilka na terenie całej Polski i wszystkie one utrzymują się z darowizn, są prowadzone przez fundacje. Hospicja perinatalne znajdziecie we Wrocławiu, w Łodzi, w Warszawie, w Gdańsku i w Katowicach. Tutaj znajdziecie dane adresowe każdego z nich oraz listę organizacji pomagających rodzicom po stracie dziecka –> klik, klik, klik.

Hospicja perinatalne pomagają rodzicom, których dziecko ma letalną wadę genetyczną lub kiedy ciąża przebiega tak źle, że wiadomo, że trzeba się liczyć z tym, że krótko po narodzinach nastąpi pożegnanie. Na wypadek, gdyby ktoś rzucił argumentem „ale ciążę z wadą letalną zawsze można usunąć”, spieszę poinformować, że to jest mniej więcej taki sam rodzaj porady jak wobec bezpłodnych „zawsze możecie adoptować”. Radzę po nią nie sięgać. Życie naprawdę jest o wiele bardziej skomplikowane.

Inspiracją dla tekstu był wpis znaleziony na blogpublika.com. Zdjęcie z pixabay.com.

10 KOMENTARZE

  1. Byłam w 27 tygodniu ciąży, gdy jedna z moich bliźniaczych córek zmarła. To byla ciąża trudna – bliźniacza, jednokomórkowe, jednoowodniowa. Po cesarce, ja na patologii w sali z kobieta w 32tc, dziecko z hipotrofia. Piętro wyżej moja ważąca niespełna kilogram córka. W innym budynku – druga, ta, która nie przeżyła. Oczywiście przysłano do mnie pomoc psychologiczną – ekhm, młodego psychiatrę, bo nikogo innego nie było. Poprosił żebym opowiedziała co sie stało. Zapytał, czy byliśmy gotowi na cos takiego (mówiono nam, ze tak może być, ale czy mozna być gotowym?). Po czym zapytał czym ja sie zajmuje, czym mąż, i czy miałam myśli samobójcze. Czy pomógł? Jasne. W kilkanaście godzin po tragedii, jaka nas spotkała, śmiałam sie. Z rozpaczy chyba, jak wyglada pomoc psychologiczna w Szpitalu na Kopernika w Krakowie…. Może miałam pecha. Mam nadzieje 🙂

  2. Ja o troche innej sytuacji. Gdy urodziłam swoją córkę 6 lat temu obok mnie na sali leżała dziewczyna, która zdecydowała sie zostawić dziecko w szpitalu, warunki osobiste, lokalowe nie wiem. Miała juz dziecko. Dla mnie nie do ogarnięcia było to ze leżała z nami tzn mi to nie przeszkadzało tylko byli mi strasznie jej szkoda ze musi patrzeć jak każda z pozostałych dziewczyn zajmuje sie swoim maluszkiem karmi, zachwyca sie rodzina itd. Żadna pomoc psychologiczna tez nue była jej udzielona! Widac było po niej ze gdyby mogła zabrało swoją córeczkę i uciekła. Zachowała sie według mnie bardzo odpowiedzialnie. Nie moge do tej pory zrozumieć ze w mieście powiatowym nie bylo psychologa który choć minimalnie by jej pomógł!!!! Pomoc psychologiczna dla kobiet w ciąży i po ciąży utraconej jeszcze bardzo bardzo mocno kuleje!!!

  3. Dziękuję Ci bardzo za ten wpis. Dzięki Tobie wiem, gdzie w tym roku pójdzie mój 1% podatku.
    Dziękuję Ci za te wszystkie trudne ale potrzebne wpisy, dzięki nim czuję się bardziej świadoma i czuła na wiele spraw i staram się uczulać też innych.

  4. Ja mam podobne doświadczenia z pomocą, a raczej jej brakiem, psychologiczna na oddziale onkologii CZD. Były chyba dwie zatrudnione psychologii na etatach. I to tyle… Nikt nigdy do nas nie przyszedł i się nie zainteresował jak sobie radzimy z wieścią o chorym niemowlaku. Dodam, że dwa spotkania, prywatnie opłacone, dla mnie zdziałały cuda. Zresztą jak więcej o tym myślę, to po usunięciu martwej ciąży w 9 tygodniu w dużym warszawskim szpitalu nikt o możliwości uzyskania pomocy psychologicznej nawet nie wspominał. Mam wrażenie, że o nasze ciała w szpitalach lekarze dbają jak mogą, często w uragajacych warunkach. Ale o psyche to się jeszcze nie zreflektowali, że takowe jest i dobrze się tym zająć…

  5. Na pocieszenie dodam (chociaz nic w tym milego) ze nie tylko w Polsce jest tak kiepsko. Mieszkam w Anglii. Niecaly rok temu na badaniu usg dowiedzialam sie ze serduszko przestalo bic i moje dziecko nie zyje. Zaraz wizyta u kekarza, on mi mowi ze za tydz zrobia mi zabieg jesli koniecznie chce, ze moge poczekac 2 tyg i moze sama poronie i takie tam. Na koniec wizyty pada pytanie: czy jestes z tego zadowolona? Nosz kur.. Jak mozna kobiecie ktora dopiero sie dowiedziala o stracie dziecka zadac takie pytanie. Nawet jesli to glupia wyuczona regulka odnosnie przebiegu konsultacji

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here