Długo zastanawiałam się, czy ugryźć temat od strony pozytywnej inaczej, zwyciężyła jednak opcja, że informacja o rozczarowaniu również pomocna może być. Być może – i tego życzę sobie, wręcz wypatruję z utęsknieniem, nos do szyby przyklejając – większość narodu spłonie oburzeniem i zakrzyknie: „Ależ droga Krusz.! Peron wyraźnie ci odjechał! To, co ci nie przypadło do gustu, jest świetne!”

Żeby jednak nie pozostać totalnie po ciemnej stronie mocy, zdecydowałam się na gradację. Rozczarowania postanowiłam zrównoważyć, ekhm, nową nadzieją, by zwieńczyć dzieło akcentem pozytywnym i powrócić niczym Jedi. Dobra, zaczynam odpływać, dlatego przejdźmy do adremu. Panie – i panowie, a co tam – przedstawiam wam moje bliskie spotkania z farbą do włosów, pudrem, lakierem i żelem do demakijażu.

Farba do włosów Joanna Multi Cream

Pamiętacie, jak pisałam, że przerzucam się na hennę najbardziej ortodoksyjną z możliwych? Otóż to już nieaktualne. Owszem, doceniam trwałość koloru, doceniam wypielęgnowany włos, doceniam połysk, doceniam ziołową nieinwazyjność, ale, ludzie kochane, upierdliwość procedur rozłożyła mnie na łopatki. Nie, nie i jeszcze raz nie. To metoda dla cierpliwych. Dwa razy próbowałam i wystarczy. Wracam do farb „klasycznych”.

Mój pierwszy raz z henną Khadi w odcieniu indygo

Żeby nie było, że wyskoczyłam jak filip z konopi – te od Joanny stosowałam wielokrotnie. Szampony koloryzujące też i te drugie są naprawdę godne uwagi (choć z niepojętych przyczyn trudno dostępne). Cena bardzo przystępna, trwałością jakoś szczególnie nie różniły się od innych, upierdliwość akceptowalna i było git. Nie mogłam więc nie sprawdzić nowości, czyli farby do włosów w wersji Multi Cream z efektem 3D.

joanna_multi_cream

No dobrze, trzeba powiedzieć, od czego się startuje. Mam z natury bardzo ciemne włosy i poza krótkim epizodem z – pardą – burdelową czerwienią (tak, tak, miałam soczyście czerwone włosy, do dzisiaj się dziwię 🙂 ), obracam się w skali od ciemnego brązu do czerni. Poniżej stan wyjściowy, czyli stara farba (Joanny, a co myślicie) z przezierającymi u nasady odrostami. Sokole oko dostrzeże siwe pasemka.

joanna_multi_cream_przed_farbowaniem

I co? I powiem wam, że zabrałam się do dzieła. Farba rozrabia się łatwo i na plus należy zapisać bardzo wygodną buteleczkę z aplikatorem. Nic a nic nie spływa z włosów, trzyma się perfekcyjnie. Ze spłukiwaniem jest już nieco gorzej, potrzeba cierpliwości, ale ma co upadać na duchu. Zapach z gatunku odorów bagiennych w wersji light, ale w końcu farba to farba, nikt nie spodziewa się perfumy.

Jak z efektem. Wizualnie – bez zarzutu. Włosy są lśniące, jak obiecano, a odżywka dołączona do farby spełnia swoje zadanie i zaraz po nałożeniu wrażenia są pozytywne. Siwe włosy i odrosty specyfik pokrywa dobrze. Zresztą zobaczcie.

joanna_multi_cream_po_farbowaniu

No dobra, to co jest źle? Niestety po dwóch myciach (myję głowę codziennie) włosy zaczynają życie po życiu jako wzorcowe siano. Mogę z czystym sumieniem zastosować do siebie słowa kolędy „ach, ubogi żłobie”. Sztywne są tak, że suplementy diety na potencję mogłyby łypać z zazdrością. Może ktoś z was stosował Joannę Multi Cream i odczucia ma inne, ja jednak do niej nie wrócę. Mogę powiedzieć, że mam kupę siana, i ktoś pomyśli, że dysponuję, ekhm, potężnym potencjałem inwestycyjnym, ale niestety nie 😉

Puder w kamieniu La Luxe

Przyznaję bez bicia, rzuciłam się z pazurami. Rzuciłam się, bo po pierwsze cena nie przekraczała 10 zł, po drugie co nieco już z marki La Luxe miałam i nie było powodów do darcia włosów (czytaj: siana), po trzecie powstała gwałtowna potrzeba z racji nieodwołalnego przejścia do historii poprzedniego pudru. Skoro więc ładowałam do koszyka wszelkie proszki do prania i inne makarony, wrzuciłam też puder w kamieniu La Luxe.

la_luxe3

Miał być matujący i transparentny, z jedwabiem i takie tam wodotryski. Nie żebym spodziewała się cudów, jednak pojęcie „transparentny” rozumiem jednoznacznie i nie ma tu żadnych marginesów tolerancji.

la_luxe2

Jak z działaniem? Kruszy się, ale bez przesady, można wytrzymać. Znam takie, co kruszą się bardziej. Ilość w opakowaniu bardzo zacna – 14 gramów. Cena boska. Co z tego, skoro puder, który w opakowaniu wygląda przyzwoicie, jeśli chodzi o odcień…

la_luxe

ciemnieje na twarzy w ciągu dnia. Ciemnieje bardzo zauważalnie. Puder transparentny, zaznaczam. Zgroza. Efekt jest taki, jakbym przesadziła z solarium i to na dodatek fragmentarycznie, bo o ile nos i broda jakoś jeszcze się bronią, to policzki i czoło już z daleka machają białą flagą. Niestety szybko muszę kupić coś innego. Wydanie niecałych 10 zł w tym przypadku nie okazało się żadną oszczędnością, a dodatkowym, niepotrzebnym kosztem. Błądzić jest rzeczą ludzką, mać.

Żel do demakijażu La Roche-Posay

Zostawmy rozczarowania, czas na „nową nadzieję” 🙂 Żel do demakijażu La Roche-Posay wydaje się rozwiązaniem idealnym dla kogoś, kto ma totalnego szmergla na punkcie oszczędności czasu. Połączenie funkcji mydła i płynu do demakijażu.

zel_do_demakijazu_LRP2

Rozumiecie, sposób użycia jak dla mnie – identyczny jak mydła w płynie. Za jednym zamachem pozbywam się całego makijażu z maskarą włącznie (nie używam wodoodpornej, nie wiem, jak poradziłby sobie z taką). Czy to działa? Pewnie, że działa. Działa bez zarzutu. Naprawdę świetnie zmywa makijaż, pozostaje nałożenie kremu i wio.

zel_do_demakijazu_LRP3

Pompka dozuje odpowiednią ilość, wszystko wskazuje na wysoką wydajność i właściwie trwałabym w nirwanie, gdyby nie dwie rzeczy. Po pierwsze cena – 45 zł w PROMOCJI to, ekhm, ekhm, drogawo. I powiem wam, że nie bolałoby to może tak bardzo, gdyby nie ta druga sprawa. Otóż po użyciu skóra twarzy jest wyraźnie ściągnięta. Jak po mydle. Jasne, przyczyną może być woda w kranie, która niewiele różni się od Ankh z powieści Pratchetta (jedyna rzeka, z której wodę można było wynosić sitem), ale mimo wszystko…

zel_do_demakijazu_LRP

Jeśli już żel do demakijażu z wodą termalną, jak piszą, dla skóry wrażliwej normalnej i mieszanej, jak piszą, zapewniający delikatny demakijaż, jak piszą, kosztuje 45 zeta w promocji, to mam prawo oczekiwać wodotrysków. Oczyszczanie jest świetne, ale poczucie napięcia skóry zapisuję na minus.

Lakier do włosów Wellaflex

Kończymy powrotem pozytywnych doznań. Bardzo pozytywnych. Kupiłam lakier Wellaflex, bo nagle stał się dostępny z racji dopiero co otworzonego na moim zadupiu Rossmanna. Tysiąc pięćset kosmetyków również pojawiło się w zasięgu, z czego połowa w promocji, co ma spore szanse doprowadzić mnie do ruiny. Ten również w promocji był. Zamiast 14,90 zł kosztował 7,90 zł. I to już wystarczyło, żeby wrzucić go do koszyka.

wellaflex_heat_creations

Oczywiście dopiero w domu i to po kilku dniach zorientowałam się, że kupiłam lakier do… układania na ciepło przy użyciu suszarki, lokówki lub prostownicy. Nie wiedziałam, stosowałam go więc, no, klasycznie. I wiecie co? Jest rewelacyjny.

Moje włosy (czytaj: obecnie siano) potrzebują broni masowego rażenia. Ciężko jest znaleźć lakier, który ujarzmi je, ale nie zamieni w hełm. Ten sprawdza się idealnie. Cena bez promocji jak na lakier do najmniejszych nie należy, ale jeśli jest rabat, to można brać w ciemno. Włosy trzymają się przez cały dzień tak, jak im to nakazano, a jednocześnie zachowują sprężystość i nie są obciążone. Jestem bardzo zadowolona, wręcz tryskam optymizmem.

I tyle. Ciekawa jestem, czy ktoś z was zetknął się z tymi kosmetykami, a jeśli tak, czy podzieli moją opinię 🙂