Proszę przyjechać, z dzieckiem coś się dzieje…

W pierwszym odruchu chciałam napisać, że zaczęło się niewinnie, ale to nie byłaby prawda. Zaczęło się jak u Hitchcocka – na początku trzęsienie ziemi, a potem napięcie już tylko rosło. Był więc dzień jak co dzień, odstawiłam dzieciarnię do szkoły, dojechałam do roboty, zdążyłam rozsiąść się przy komputerze i nawet zacząć pracować, kiedy zadzwoniła wychowawczyni grupy zerówkowej i powiedziała, że z Marcysią jest coś nie tak.

Okazuje się, że po zajęciach WFu (a ponieważ szkoła jest przeładowana, zerówkowe pięciolatki mają WF na SIÓDMĄ rano, taki smaczek), Marcelina przybrała na ciele odcień klasycznej strażackiej czerwieni, który stopniowo acz bez zbędnej zwłoki ewoluował w stronę soczystej puprury. Czerwona była twarz, szyja, klatka piersiowa i ręce. Tak poza tym nic się nie działo. Ponieważ nauczycielki widziały takie objawy po raz pierwszy, postanowiły mnie zapytać, czy przypadkiem nie zapomniałam im o czymś powiedzieć.

Nie zapomniałam. Wypadłam z roboty i kiedy dojechałam na miejsce, dziecko wyglądało najnormalniej w świecie i dodatkowo tryskało humorem. Zgarnęłam jednak progeniturę i poszłam do lekarza.

Lekarz rodzinny i sprawy nabrały rozpędu

Nasza lekarka rodzinna wysłuchała, pokiwała głową i zleciła szczegółowe badania moczu i krwi, wraz ze zbadaniem poziomu rozmaitych potasów i innych mikroelementów oraz hormonów tarczycy. Dała nam również skierowanie do poradni kardiologicznej dla dzieci i poradni neurologicznej celem dalszej konsultacji.

Smaczku całej historii dodawała relacja Marii, siostry-bliźniaczki, która konspiracyjnym szeptem doniosła mi, że Marcysia w stadium purpury zasnęła na dywanie. Nie da się tak po prostu zasnąć na dywanie w samym centrum zerówkowego wrzasku i to o ósmej rano, podejrzewałam więc, że dziewczyna zemdlała. Ponieważ kilka dni wcześniej zdarzył się jeszcze jeden epizod zasłabnięcia, sprawy nie można było tak po prostu olać.

W rezultacie rewelacje Marii okazały się po czasie zwykłymi rewelacjami Marii, a Maria jak przysunie fikcją, to się można nogami nakryć i człowiek z opóźnieniem twierdza, że dał się modelowo wkręcić. Wcześniejsze zasłabnięcie w łazience mogło mieć związek z infekcją wirusową w układzie pokarmowym, ale kardiolog został umówiony i to stosunkowo szybko, bo na grudzień i to do tego w ramach, proszę ja was, NFZ. Poszłam więc, jak dają, to brać, jak biją, to uciekać.

Z dzieckiem u kardiologa

Kardiolog dziecięcy okazał się bardzo sympatyczną panią po pięćdziesiątce, dysponującą USG do badania serca i niewahającą się go użyć. Użyła. Podczas wizyty zrobiła Marcelinie USG, zrobiła EKG, przebadała, wypytała się o wszystko i zadecydowała, że założymy holter.

Wiecie, co to jest holter? To takie urządzenie do całodobowego badania akcji serca. Przypina się elektrody w odpowiednie miejsca i przez 24 godziny paraduje z gustowną, małą torebeczką. Nie ściąga się go też na noc, na tym polega zabawa, a dobrze by było zaliczyć w ciągu dnia coś w rodzaju próby wysiłkowej, by potem można było odczytać z zapisu, że „momenty były”. Dobra rada ciotki Klotki dla rodziców – sprawdzajcie co jakiś czas elektrody. Lubią się odczepiać, zwłaszcza w czasie snu. Tragedii żadnej nie ma, ale sprawdzajcie.

USG serca i inne badania robione w gabinecie nie wykazały żadnych wad anatomicznych. Żadnej zwężonej aorty, żadnych nieprawidłowości w komorach i przedsionkach, żadnych niezamkniętych jakichś tam, żadnych dziurek, gdzie ich być nie powinno. Wszystko cacy. To ważne. Parę dni później (po świętach Bożego Narodzenia) założono holter (kosztowało mnie to 100 zł plus dwie baterie typu paluszki), dobę później zdjęto, następne kilka dni potem dostałam mailem wynik. I zemdlałam.

serce_maliny

Tachykardia – wtf?

Zemdlałam, jak się okazało potem, zupełnie bezpodstawnie, bo powodu nie było, a raczej był, tylko jego skala nie powinna wywołać gwałtownego „łotdefakingu” na mem obliczu. Zapis wykazał najwyższe tętno na poziomie 211 uderzeń na minutę, najniższe na poziomie 50 uderzeń na minutę. Dodatkowo pojawiło się info o „epizodach zahamowania zatokowego z zastępczymi pobudzeniami węzłowymi”. Oraz że „nie zarejestrowano arytmii komorowej”. I jeszcze „nieliczna arytmia nadkomorowa pod postacią pojedynczych pobudzeń”.

Co robi rodzic, jak zobaczy wynik, z którego nic nie rozumie? Bingo, wertuje internety. Nie popełnijcie mojego błędu i nie róbcie tego, będziecie mieć spokojniejsze noce. Internety mają to do siebie, że jeśli już coś opisują, lubią sięgać do sytuacji ekstremalnych i drastycznych. Coś na zasadzie, że jeśli zapytasz o zadrapanie na paluszku, otrzymasz info o gangrenie. O tachykardii wyczytałam więc rzeczy straszne, a sprawy rysują się zgoła inaczej, niż przypuszczałam. Uprzedzając fakty – problem jest, ale nie tam, gdzie sądziłam.

Co to jest tachykardia? To po prostu przyspieszone bicie serca, a przyczyny tego przyspieszenia bywają przeróżne. Najczęstszą jest zwyczajny wysiłek fizyczny. Innymi słowy, jak sobie pobiegasz, popływasz, pojeździsz na rowerze w tempie nieco szybszym niż żółwim i nieco dłużej niż moment, zaliczysz tachykardię i będzie to dla ciebie stan normalny. Twoje serce musi dostarczyć znacznie więcej tlenu do komórek, bo te spalają go znacznie szybciej, a wzmożone zapotrzebowanie wymaga intensywniejszych działań. Proste? Proste.

Czy 211 uderzeń na minutę to dużo czy mało? To oczywiście bardzo dużo, ale jest to wynik dla dziecka dopuszczalny. Inaczej mówiąc, dziecku może się takie tempo po wysiłku przytrafić, a wysiłek zaistniał naprawdę spory, bo przed prawie godzinę dzieci urządzały sobie wyścigi (Marcysia z tym holterem oczywiście). Po wyścigach zaobserwowałam na dziecku ten właśnie odcień bordo, o jakim donosiła mi wychowawczyni (zdarzeń takich do momentu wizyty u kardiologa było w szkole kilka).

Bardzo ważna rzecz. Nie porównujcie waszego tętna z tętnem dziecka. Serca dzieci młodszych niż siedmioletnie biją Z NATURY szybciej niż u dorosłego. Serce noworodka bije 140 razy na minutę i to jest NORMA. Serce pięciolatka bije średnio około 90 razy na minutę i to też jest norma. Serce pięciolatka po godzinnym, intensywnym wysiłku miało prawo bić ponad 200 razy w ciągu 60 sekund.

No dobrze, a co poza wysiłkiem? Czy tachykardia może mieć inne podłoże? Jak najbardziej. Na przykład stres, napięcie, alkohol (u pięciolatka nie podejrzewamy, prawdaż), silna infekcja bakteryjna, odwodnienie i na przykład przyjmowane leki. Isnieje prawdopodobieństwo, że możemy się podpiąć też pod tę ostatnią opcję.

Co z tym problemem i parę słów ku pokrzepieniu serc (he he) na drugiej stronie.

18 KOMENTARZE

  1. Co do pasożytów, moja zaufana pediatra jest zdania,że trzeba odrobaczac całą rodzinę 2 razy do roku, a zwłaszcza po sezonie piaskownic. Pierwszy raz żarlismy całą rodziną Vermox, jak u średniego zobaczyłam białego ruszajacego się, fuuuu. Wtedy ta mądra pani dr dala mini wykład,że: 85% społeczeństwa ma robale i o tym nie wie, że badania rzadko kiedy wykazują ich obecność i to, że u mojego widziałam lokatora w twardych dowodach mogło świadczyć o ich dużej ilości w organizmie :-/ a przeważnie nie lubią wylazić, siedzą tam gdzie mają żarcie. Od tej pory odrobaczam cała rodzinę na jesień i na wiosnę lub tylko na jesień. Zniknęły młodego problemy z migdałami, z krtanią, z wiecznymi smarkami koloru khaki ( jak juz ma to w kolorze przezroczystym), do tego zmieniłam mu mleko na roślinne i jest zupełnie inaczej. Ogólnie chodzi mi o to, ze badania mogą nie wykazać pasożytów, wydaje mi sie lepszym rozwiązaniem się odrobaczyc raz na czas. Lekarze zdania mają podzielone, nie każdy uważa tak,jak moja pediatra, ale jeśli mamy dzieci w przedszkolu, szkole to można przyjąć, iż jesteśmy w grupie dużego ryzyka.

      • vermox i pyrantelum na receptę – są stosunkowo niedrogie. Jest też kilka preparatów bez recepty, na bazie ziół, ale też sporo droższych, np. Para farm (polecam internetowo, bo cena w stacjonarnych aptekach dwa razy droższa). Nam udało się dorwać do recepty, choć nasza lekarka niezbyt skora do jej wypisania i zleciła JEDNO (!!!) badanie kału (kpina po prostu), w którym nic nie wyszło; receptę wypisała nam przy okazji inna lekarka, która z koeli sprawdziła obecnośc owsików… wahadełkiem. Hmmm – waham się co do skuteczności tej metody. Jeszcze inny lekarz (który ogólnie tematowi robali u nas zalecił się przyjrzeć), stwierdził, że jak wahadełko pokazuje, a nie wyłażą, to dac im spokój. No i bądź tu człowieku mądry o.O
        Ostatecznie zdecydowałam się podać dzieciom chemię (bo te na receptę to ponoć straszne świństwo), teraz wprowadzam zmiany w diecie: więcej kwaśnego/kiszonego, mniej słodyczy (choć i tak mało ich u nas), no i zobaczymy jakie będą efekty…. Też mi się wydaje, że jak dzieci w przedszkolu, w piaskownicy (zwłaszcza nie przykrytej) – taka w placówce), i zarobaczony (wiecznie) kot w domu, to ryzyko duże.
        Są jeszcze ponoć dwie metody skutecznie badające obecność pasożytów – wymaz z odbytu na plasterku naklejony na szkiełko (ale to jak się trafi, kiedy owsiki składają jaja, a przecież nie robią tego codziennie, tylko ok. raz na 2 tyg.) lub badanie z tzw. żywej kropli krwi, ale te ostatnie ponoć swoje kosztuje….

      • Tak,na receptę. Vermox koszt 3,20 zł za 6 sztuk na ryczałt, zwykle przepisujä 2 pudełka, żeby po 2-3 tygodniach powtórzyć. Pyrantelum zawiesina,ale nie pamiętam ceny. Jeśli chodzi o ziołowe, to dr powiedziała, żeby zapobiegawczo potraktować te specyfiki pomiędzy tymi tabletkowymi odrobaczeniami. Kupiłam Para farm, ale nie użyłam ani razu, bo spróbowałam i gorycz absolutna, ble( zawiera bodajże piołun). Zmiana diety jak najbardziej wskazana, tak jak pisał ktoś w komentarzach, ale u nas główny posiadacz lokatorów, to akurat średniak,który żywi się tylko kilkoma produktami, ogólnie niejadek, wiec ni cholera nie zmusi go do kapuchy czy kiszonego ogóra,niestety.

  2. Czy mogę spytać, gdzie byliście u kardiologa i nazwisko pani doktor? Może być na priv. U nas kardiolog dziecięcy poszukiwany, a jako takich nie ma za wielu w naszym pieknym mieście. Jesteśmy na razie zarejestrowani do jakiegoś na Klinikach, ale wiadomo ,ze dobrze miec wariant B 🙂

  3. Dodam 5 groszy od siebie, jako że tachykardię znam z autopsji (większość młodzieńczego życia na nią chorowałam, aż musieli mnie zopetować a i tak nie wyleczyli do końca).
    Jeśli incydenty przyśpieszonej akcji serca się powtarzają (z czasem mogą nie tylko podczas wysiłku) i trwają dłużej niż kilka sekund, to może również być częstoskurcz, czyli tachykardia wywołana dodatkową drogą przewodzenia (serce ma wiele żyłek i czasami zdarza się że pracuje ich więcej niż powinno, przez co mogą powodować nierówny rytm, tachykardię jak i chwilowe zatrzymanie serca).
    Ja zaczęłam chortować mniej więcej w wielu Twoich bliźniaczek. Czym to było spowodowane? Do tej pory nie wiadomo. Mogłam się z tym urodzić i dopiero po kilku latach się uaktywniło, jak również mogło to spowodować przedawkowanie leków jak miałam 6 miesięcy i z zapaleniem opon mózgowych w stanie agonalnym wylądowałam w szpitalu (lekarze ratowali mnie czym popadnie).
    Wiem natomiast, że z czasem tachykardia zaczęła się nasilać a w okresie dojrzewania (11-12 lat) była już nie do zniesienia, bo miałam ataki kilkanaście razy dziennie (a w szpitalu byłam częściej niż w domu).
    Nie chce Cię straszyć, bo z tą chorobą da się żyć (nie u każdego z wiekiem się nasila), ale radze nie bagatelizować problemu, bo z punktu widzenia dziecka jest to cholernie upiedliwe, nieprzyjemne i męczące (dlatego dziecko podczas ataku jest ospałe i może stracić przytomność).

        • Nie wiem, dlaczego tak jest. Może część usług mają zakontraktowanych, część nie, czasami tak jest. Pracowałam kiedyś w diagnostyce (jako typowa biurwa rozliczająca NFZ) i pracownia startowała do konkursu ze wszystkim, co mogła robić, ale decyzja NFZ była taka, że przyznano kontrakt na część badań, a na część nie, choć i tak można było je technicznie wykonać z palcem w nosie. Te drugie były wyłącznie odpłatnie. Tu może być podobnie, nie wnikałam.

  4. A ja chciałam od drugiej strony.
    Takie objawy daje Eurespal (występuje też pod nazwą Elofen, Pulneo i inne).
    Akcja serca po tym leku jest jak u maratończyka. Dziecko się nie skarży, bo nie jest to dokuczliwie. Przyjaciółka przestrzegała mnie przed tym lekiem dobrych parę lat, ale, jako, że nie widziałąm żadnych innych niepokojących objawów, podawałam dalej.
    Do czasu.
    Do czasu, aż zachorowałam i ja i moja mama. Mama wylądowała na SORze z migotaniem przedsionków, a mnie po jednej dawce serce chciało wyskoczyć przez gardło i poskakac po stole. Więcej nie fundowałam dzieciom takich jazd, nie pozwalam na zapisywanie tych leków. I przeraża mnie, że sa teraz do kupienia bez recepty.

    Buziaki!!! :*

    • W ogóle tętno podnoszą leki zawierające pseudoefedrynę (np. syropy hamujące kaszel i katar – taki odpowiednik kropli do nosa w postaci syropu, zapomniałam nazwy).
      W ciąży brałam fenoterol (teraz ponoć jest wycofany), często dożylnie, bo ten lek zapobiegał przedwczesnym skurczom macicy, ale skutkiem ubocznym było to, że podnosił tętno u płodu.
      Będzie dobrze 🙂

  5. Kurde nie wiedziałam, że Pulneo JEST SZKODLIWE. My często go stosujemy bo malego kaszel męczy często i długo, a ma też małe problemy z sercem, jakaś dziurka nie zarośnięta. Nie pamiętam nazw musiałabym zajrzeć w karte, ale teraz kazano nam przyjść z małym dopiero jak pójdzie do szkoły ( ma teraz 3,5 roku). Kardiolog kazała teraz tylko obserwować przy dużym wysiłku, ale jak na razie nic niepokojącego nie zauważyłam.
    Cholera chodzi się do tych lekarzy a oni mówią i robia co chcą i komu tu wierzyć. U mnie małe miasto jedna kardiolog a druga dopiero 120 km dalej a na NFZ to dantejskie kolejki i jak tu żyć???
    Życzę zdrówka!!!