Wiecie, co to jest shopping, prawda? Shopping jest wtedy, kiedy wychodzisz do sklepu, żeby sobie coś kupić, a wracasz z nowymi śpiochami dla dziecka. Znamy to, znamy. Statystyczna matka, jeśli ma na czymś zaoszczędzić, zaoszczędzi na sobie, od dentysty zaczynając (zbieram właśnie plony, nie idźcie w moje ślady), na kosmetykach kończąc. A już na pewno zaoszczędzi na kosmetykach do makijażu.

Jeśli położyć jej na szali Diora i wypasioną karuzelkę Fisher Price, wybór będzie oczywisty i przez następne trzy miesiące karuzelkowa melodyjka będzie na szczycie domowej listy przebojów 😉 Matka nie przestaje być jednak kobietą, oko machnąć sobie potrzebę czasem ma, kupić coś w tym celu także. Omija więc najczęściej wyższą półkę, szukając perełek gdzieś niżej i… czasem je znajduje.

Co jakiś czas wykopuję gdzieś na sklepowych półkach coś, co warto polecić i po kupnie czego zostaje jeszcze spory margines finansowy na bajery dla dziecka 😉 Był podkład Celia, był korektor do brwi Wibo, była i supertania maskara z Biedronki.

Maskara z Biedry za 10 zł odmieniła moje życie!

Magda, która odwiedza moje blogowe progi,  chce się z wami podzielić właśnie taką perełką. Kupiła maskarę Golden Rose, machnęła zdjęcia, przysłała mi swoją recenzję, a ja niniejszym mam ogromną przyjemność wam ją zaprezentować. Poczułam nagle wielką potrzebę wyprawy do sklepu, ekhm 🙂 Oddaję głos Magdzie. Cola, popcorn i czytamy.

Golden Rose Miracle Lash

Jakiś czas temu skończył mi się tusz do rzęs… mhh oczywiście w najmniej odpowiednim momencie. Zawsze używałam maskary Maybelline the colossal volume express smoky eyes. Byłam z niej bardzo zadowolona i – nie oszukujmy się – przyzwyczajona. Mało tego, miałam takie szczęście, że zawsze udało mi się ją nabyć w promocyjnej cenie. Niestety nie tym razem! Dodatkowym problemem dla mnie jest to, że mam trochę daleko do jakiejś sieciówki, gdzie mogłabym złowić coś po wyjątkowej cenie.

Postanowiłam wesprzeć lokalnych przedsiębiorców i tu zaczyna się moja przygoda z tuszem firmy Golden Rose Miracle Lash. Cena 10.99 zł! Zaskoczenie już od pierwszej chwili rozmowy z miłą i wiedzącą o czym mówi ekspedientką. Z wielkim dystansem do opinii sprzedawczyni zastanawiałam się… kupić czy nie kupić? Niestety nie lubię silikonowych szczoteczek, ale po spróbowaniu testera stwierdziłam, że raz kozie śmierć, za takie pieniądze mogę zaryzykować.

golden_rose_miracle_lash

Zdjęcie przerobiłam ja – pozwoliłam sobie na zabawę z filtrami, sorki 🙂

golden_rose_miracle_lash2

Podsumowując produkt, moje kochane kobiety: tusz świetnie się sprawuje, cały dzień trzyma się na rzęsidłach. Jak się postaram, to rzęsy są rozdzielone, długie i w ogóle piękne. Bardzo polecam – dobry tusz ze śmieszną ceną.

golden_rose_collage

Po lewej oko przed pociągnięciem tuszem, po prawej już po pomalowaniu.

Powiem wam jeszcze jedną rzecz ,możecie się ze mną zgodzić lub nie i oczywiście to rozumiem, bo każdy ma inne rzęsy, ale nawet do tuszu trzeba mieć cierpliwość i dać sobie czas na przyzwyczajenie się do niego albo nauczenie się nim malować. Prawda jest taka, że trzeba dobrych parę razy przeczesać rzęsy aby dobrze wyglądały. Raz niestety nie wystarczy… a szkoda. Wytrwałości w testowaniu!

Wytrwałości, dziewczyny, wytrwałości. I odnajdywania perełek. To napisawszy, zabieram dzieciarnię na wystawę Lego (zaoszczędziłam na pudrze, hy, hy), a wróciwszy, zamierzam odbyć pielgrzymkę do Rossmanna (mam po drodze na przystanek, to jest zbrodnia domagająca się kary 😉 ) i rzucić łaskawym okiem na maskarę Lovely, o której donosiłyście na fejsie, że jest świetna. Kto wie, co dalej będzie, kto wie 😉

BRAK KOMENTARZY