Ciemna strona ludzkiej natury, czyli o serialu, który wciska w fotel

27
2483

Już myślałam, że jestem klinicznym przypadkiem antyserialowym bez szans na terapię. „House of Cards” nie zachwyciło (od ostatniej notki o tymże zobaczyłam w sumie 17 odcinków i ugrunowałam się w pierwotnej opinii), „Gra o tron” głęboko rozczarowała, „Sherlock” wkurzył. „Sense 8” wyłączyliśmy, zanim zdążyły przelecieć napisy (wtf?!), „Więzy krwi” znudziły w połowie pierwszego odcinka. Z rozpaczy chciałam już wrócić do coraz bardziej męczącego Franka Underwooda, kiedy mój mąż trafił na coś, co pochłonęło nas bez reszty.

Obejrzeliśmy cztery odcinki pod rząd i przerwaliśmy tylko dlatego, że pomysł zarywania nocy jest kiepski, kiedy ma się w perspektywie poniedziałkową pobudkę o 5.30. Ciary na plecach, każdy odcinek wciska w fotel, sprowadza do parteru, a następnie rozszarpuje i miażdży. Przykuwa wzrok do ekranu i wprowadza w stan serialowej hipnozy. Działa jak narkotyk – jedyną opcją są kolejne dawki. Od rana myślę tylko o nim i nie mogę się doczekać wieczoru, kiedy po robocie wbiję zad w wersalkę. O czym mowa? O serialu „Black mirror”, czyli „Czarne lustro”.

black-mirror4

O mój Boże, jakie to dobre jest! Sukces być może zasadza się na trzech filarach. Po pierwsze każdy odcinek jest osobną, zamkniętą historią, zupełnie niezwiązaną z innymi, ani poprzez fabułę, ani poprzez bohaterów. Dzięki temu opowieści są zwarte, dialogi idealnie dopasowane, akcja toczy się szybko, a na końcu zawsze mamy zaskakującą pointę niczym wisienkę na przesmacznym torcie.

Po drugie surrealistyczny, raczej mroczny klimat, kojarzący się z „Raportem mniejszości” lub „Matrix”. Akcja odcinków dzieje się albo w bliżej nieokreślonej przyszłości, albo w „rzeczywistości alternatywnej”, a bohaterowie korzystają z rozmaitych zdobyczy techniki, która w mniejszy lub większy sposób rzutuje na ich codzienność. Raczej w większy. Dinozaury takie jak ja pamiętają, że za komuny (lub krótko po) w telewizorni leciała „Strefa mroku”. Jeśli ją pamiętacie, to wiedzcie, że w „Czarnym lustrze” atmosfera jest podobna.

black_mirror

Wszystkie zdjęcia z filmweb.pl

Po trzecie wreszcie sama fabuła. W każdym odcinku poszczególni bohaterowie poddani są swoistej wiwisekcji. To jest laboratoryjne rozbieranie psychiki ludzkiej na czynniki pierwsze. Mamy presję tłumu i bezradność jednostki, mamy celowe ogłupianie za pomocą programów telewizyjnych i gier, mamy hipokryzję, niemożność pogodzenia się ze stratą, mamy zniewolenie umysłów i ciał, mamy wreszcie pełną goryczy polemikę z powiedzeniem „prawda was wyzwoli”. Dos-ko-na-łe. No i ta pointa! Palce lizać!

black_mirror3

Gorąco, przegorąco polecam. Każdy odcinek po pierwsze dostarcza pysznej rozrywki, po drugie stawia przed widzem tezę, wobec której ten musi zająć stanowisko. Każdy zadaje niepokojące pytanie „a co ty byś zrobił na jego/jej miejscu?”. Każdy wbija kij w mrowisko, przełamuje tabu, bezlitośnie rozprawia się z ludzką naturą i wzywa widza do raportu – hej, a czy przypadkiem z tobą nie jest podobnie? Gdziekolwiek namierzycie – oglądajcie. Oszczędne dialogi, zwarta fabuła, a niezwykle dużo treści. Mnią.

27 KOMENTARZE

  1. Znam i podziwiam ten serial, jest naprawdę niezwykły i każdy odcinek pozostawia materiał do przemyśleń… a trzeba przyznać, że mało kto oczekiwałby tego po serialu 🙂
    Czytałam wcześniej notkę o House of Cards, pisałaś tam, że irytuje Cię, że bohater jest taki schematycznie i jednoznacznie zły, że nie ma tam żadnych niuansów – skoro wolisz inne klimaty, to chętnie Ci coś polecę (choć pod notką o Franku było już sporo poleceń, to pewnie masz materiały na najbliższe lata- choćby Shameless, które wspominało kilka osób – rewelacja 😉
    Mój osobisty serial wszechczasów, Damages, z Glenn Close i Rose Byrne. Glenn Close gra demoniczną szefową kancelarii prawniczej a Rose Byrne młodą absolwentkę prawa, która do niej dołączyła. W pierwszej scenie pierwszego odcinka widzimy, że ktoś próbuje zamordować postać graną przez Byrne a potem cofamy się o rok i serial opowiada o tym, jak doszło do tej sytuacji i co się właściwie stało (tzn zabili ją, czy nie). Glenn Close jest niesamowita i jej postać jest świetnie napisana, bo właśnie niejednoznaczna i po każdym odcinku zastanawiasz się, jaka jest jej rola, po czyjej stoi stronie, czy jest tą złą czy jednak tą dobrą 🙂

      • To ja podpowiem, że na podobnej kanwie zbudowane jest „how to get away with murder”. Wprawdzie jest więcej głównych postaci, jednak prawie każda ma swoje drugie, trzecie, pięćdziesiąte ósme dno i pobudki, i każdy odcinek jest zakończony kolejną migawką z teraźniejszości (ta sama konstrukcja co w rewelacyjnych Damages – oglądałam ze 3 razy i za każdym coś nowego znajdowałam) pokazującą, że sceny z odcinka miały za zadanie raczej wprowadzić w błąd niż doprowadzić do logicznej konkluzji 😛 I tak samo – środowisko prawnicze – polecam.

        • O to z kolei ja dziękuję z polecenie, zaraz sobie poczytam o tym serialu!
          A słuchajcie, przypomniał mi się jeszcze jeden, rewelacyjny, taki z dreszczykiem – Fortitude. Rzecz dzieje się na Spitsbergenie, klaustrofobiczna atmosfera, ziemia skuta lodem, pod miasteczko podchodzą niedźwiedzie polarne… i w tej atmosferze dochodzi do zbrodni. To mała, zamknięta społeczność i wiadomo, że liczba podejrzanych będzie dość ograniczona. Żeby rozwikłać zagadkę przysłany zostaje inspektor z zewnątrz, gra go rewelacyjny Stanley Tucci. Na razie był tylko jeden sezon ale zakończył się tak, że normalnie zagryzam paznokcie w oczekiwaniu na kolejny. Tylko ostrzegam, że atmosfera serialu jest taka, że potem się człowiek boi sam w ciemnym mieszkaniu 😀
          A jak ktoś by chciał się pośmiać, to są dwa zabawne seriale z krótszymi, półgodzinnymi odcinkami: Silicon Valley o ciapowatych ale przesympatycznych programistach i Plebs, o trzech chłopakach, którzy przyjechali do wielkiego miasta, żeby zrobić karierę i poznać faj e dziewczyny, tylko, że to się rozgrywa w starożytnym Rzymie 🙂

  2. No a „Breaking Bad”? Próbowałaś? Podobno ten serial się albo kocha, albo nienawidzi, ja należę do tej pierwszej grupy. Bardzo, bardzo polecam.

  3. A dla fanow Jo Nesbø jest „Occupied” – norweski thriller polityczny o niedalekiej przyszlosci, o tym co by bylo gdyby Norwegia zostala sama przeciw wszystkim. Tez daje do myslenia, choc obejrzalam poki co tylko dwa odcinki. Na razie nikt nikomu nie wypruwa flakow i, za przeproszeniem, nie rzna sie co trzecia scene; to plus, chyba ze ktos wlasnie tak lubi…

    • Fajna rekomendacja, dzięki 🙂
      W ogóle to ja wchodzę tutaj jako mama małego dziecka, poczytać o macierzyństwie i takich tam babskich różnościach, a wychodzę z przynajmniej kilkoma pomysłami na ciekawe seriale, które z dziećmi nic wspólnego nie mają 😀 Nie ma to jak dobry interes 😉

    • Jo Nesbo to pisarz, za którego zabiorę się, jak tylko rozprawię się z Pratchettem, Krajewskim i Bondą. Pewnie szybciej niż później, ale jest kolejka 🙂 Małżonek mój za to jest fanem Nesbo, a gust mamy podobny, więc… 😉

      • Nesbo znakomicie się czyta (pierwszy tom jest beznadziejny, drugi trochę lepszy, a każdy następny – znakomity), Bondzie w ogóle nie powinni dać matury, bo pisze niechlujnie i pod względem językowym, i myślowym (strasznie się to czyta, jak referat trzecioklasisty – i nie mam tu na myśli gimnazjum ani liceum), a Krajewski jest ciężki jak ołów – jeśli ktoś lubi kryminały, w których policjant jest niewiele lepszy od przestępców, to czemu nie.

        • Krajewskiego czytałam wszystko i postać obydwu detektywów (Mock i Popielski) jest w swoim, pardon, sukinsyństwie pociągająca. Choć Władca liczb rozczarował, dlatego Arena szczurów jeszcze czeka. Czeka też Bonda – mam, ale nie czytałam 🙂

          • Ja jakoś nie mogę, Mocka chętnie zamknęłabym w ciupie za sam charakter.
            Ale, jak pisałam, w kryminałach lubię klarowne sytuacje, zabili go i uciekł czy coś w tym rodzaju 😉
            Ale ale – jedyna postać, która jest średnio jednoznaczna i którą jestem w stanie znieść (ba, nawet dziada lubię), jest Zyga Maciejewski z książek Marcina Wrońskiego. Jest ciężkawo, brudno i nie do końca wiadomo, kto po której stronie, ale kryminał palce lizać.

  4. Przeczytałam Twoją opinię i opinie w sieci – i wiem, że nie obejrzę. Rzeczywistość jest wystarczająco popaprana, niesprawiedliwa, wbijająca w fotel i zmuszająca do myślenia, w filmie wolę jasne, klarowne sytuacje, w których zło dostaje po łbie, jak u Christie (chociaż u niej trafiła się przynajmniej jedna powieść, gdzie przestępca nie wyskoczył oknem ani nie został aresztowany zaraz po tym, jak został ujawniony). W posłowiu do książki ‚Jak pisać kryminały’ Chmielewska napisała kiedyś, że jest jedna zasada – musi być chociaż jeden bohater, którego czytelnik może polubić i dobrze mu życzyć. Czytanie książek, w których wszyscy są źli, a niektórzy źlejsi, jest zaiste cholernie męczące, oglądanie takich filmów jeszcze bardziej.
    ‚Hustle’ – to jest to, co lubię. ‚Sherlock’ (we wszystkich wariantach), ‚Castle’, ‚Bosch’, ‚Poirot’ (koniecznie z Davidem Suchetem), ‚Układ’. O. 😉

          • 🙂
            Poirot z Davidem Suchetem jest wyśmienity, to jest – przynajmniej dla mnie – dokładnie TEN Poirot. Ekranizacje filmów z panną Marple też są bardzo ok, i te nowsze, i te starsze, chociaż najlepiej do roli miłej staruszki pasuje Geraldine McEwan, słodka, milutka, ale jak grzmotnie, to klękajcie, narody (świetnie jest zrobiony odcinek o jakże oryginalnej nazwie ‚Tajemnica obrazu’, na podstawie ‚Domu nad kanałem’, gdzie śledztwo prowadzi nie tylko wpadająca w alkoholizm Tuppence, ale i panna Marple).

            A Christie była genialna – osobiście uważam, że napisanie dobrego kryminału z porządnie pociągniętą intrygą jest wielką sztuką, a co dopiero napisanie takich kryminałów w ilości hurtowej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here